29.4.2017, dzień drugi - trzeba Oliwce pokazać co oznacza ten Słowacki Raj
Wstajemy z rannym kuropieniem. Kierowcy dzisiaj mają wolne, ponieważ ostry start przewiduje wyjście na swoich już od samego campingu. Ci, co przespali zjawienie się zjawy Tomtura, mają teraz szansę się z nim przywitać. Później nie będzie już możliwości. Tam będzie trzeba się trzymać łańcuchów. Jednak na razie nie zdradzajmy szczegółów, ponieważ Oliwka jeszcze nie wie do czego się wepchała.
Pole startowe forumowiczów z niecierpliwością czeka, jak konie wyścigowe, na wystrzał z pistoletu startowego. 8:30 no i poszli! Do gardzieli. Tam trzeba, żeby być porwanym przez Hornad.
Ładnie się prezentuje zlewanie Hornadu i Wielkiej Białej Wody. Ta "kalniora" to Hornad. Z początku nic się nie dzieje. Chodnik prowadzi po brzegu Hornadu. Jednak nie zawsze tak ma być. W niektórych miejscach skała wciska chodnik do rzeki i pieszy jest zmuszony do wypróbowania metalowych stopni z niezastąpionym widokiem na głębię pod sobą lub nauczyć się chodzić po wodzie.
Tomtur nam tutaj prezentuje jedno takie miejsce. Stopnie pod Zieloną Górą. Trochę się przejmuję, ponieważ Oliwka od teraz będzie wystawiana na próbę. Dla niektórych to może być problem. Co innego jest mieć glebę pod zelówkami i coś innego głębię rwącej rzeki.
Malwina z Mieciurem są uśmiechnięci. W tle Oliwka o czymś dyskutuje z Tomturem, jakby nie przejmowała się, że pod nią jest 3 m próżni. Dalej jeszcze następują już mniej eksponowane stopnie.
Ze zdjęcia widać, że ekipa się niczym nie przejmuje. Nawet niektórzy wyprawiają różne figle. Oliwka, oj nieładnie robić komuś rogi. Przejście Prielomem Hornadu nie jest wysłane tylko metalowymi stopniami, ale monotonność przejścia nam umila czas do czasu forsowanie drugiego brzegu.
Po takim moście można przejść spokojnie lub robić wygłupy z rozhuśtaniem tego metalowego monstra. Słabe natury mogą wtedy mieć niezłe zawroty głowy. Na szczęście mosty w Raju mają solidną konstrukcję i nie może dojść do sytuacji, jak w amerykańskich filmach sensacyjnych. Tam zawsze, podczas przejścia takim mostem, musi minimalnie dojść do złamania jednej belki i nie może się obyć bez dyndania nóg bohatera nad otchłanią lub chwycenie innej osoby, najlepiej bohaterki, w ostatniej chwili za jedną rękę, żeby nie wpadła w przepaść. Tych mostów na Przełomie jest sporo. Nam jednak będzie dane tylko przejść jeden i drugi tak na powrót. Przejście obok Hornadu prezentowało też i niezbyt ładne widoki. Jak bylo powiedziane, dzień wcześniej zakończyły się wielkie deszcze. Hornad był rozwodniony. To było też przyczyną, że wielka woda zabierała wszystko to, co ludziki wyrzucały na brzeg.
Zbiór butelek plastikowych nie robi dobre wrażenie. Kolejna przeszkoda na trasie. Drewniane stopnie.
Kiedy tak patrzę na Mieciura, tak mi się przypomina jedno śląskie powiedzenie: "Francek (w tym przypadku Malwina) trzym się lufta, bo drabina biore". Jednak nie było tak źle. Tylko wystarczy trzymać równowagę i uważać, żeby buzią nie pocałować to drewno. Jeszcze nim dochodzimy do miejsca, gdzie będziemy opuszczać Przełom i wgryziemy się do Klasztorskiej, dochodzimy do smutnego miejsca.
Tutaj przed dwoma laty doszło do katastrofy, kiedy śmigłowiec HZS w czasie akcji ratunkowej zahaczył o linię elektryczną. Cała załoga zginęła. Chwila zadumy i idziemy dalej. Po 1,5 godzinie jesteśmy przy ujściu Klasztorskiej Rokliny. W relacji podanej wyżej, kontynuowaliśmy wycieczkę dalej wzdłuż Hornadu. Tym razem robimy Klasztorską. Chwila odpoczynku.
Od teraz pomoce techniczne zmienią się z poziomych na pionowe. Najpierw zahaczamy o Białą Jaskinię.
Coś dla Zygmunta. Ten ponoć lubi je penetrować. Potem już na dłuższy czas zanurzamy się w roklinę. Dochodzimy do pierwszego wyzwania - 13 m wysoki Strakov Wodospad.
Może teraz Oliwka sobie pomyślała z kim to się dała do kupy. Jednak trzymała się dzielnie. Drabinki przechodziła dzielnie. Wodospadów było sporo, większych i mniejszych. Nie można wszystkiego czytelnikowi przybliżyć. No, jeszcze mogę uwiecznić samego siebie, żeby było widoczne, że ja też tam byłem.
Po godzinie zabawa w chodzeniu po drabinkach w pionie i poziomie na pewien czas kończy się. Jakoś na końcu uzbierało się więcej ekip i polana Klasztoriska zamieniła się w pole wyścigowe.
Zwycięzca nie musiał stać długiej kolejki do napoju turystycznego, i że przejście przełomem i rokliną człowieka porządnie wysuszy, jest to wygrana nie do zapłacenia. Napój turystyczny zakończył, moim zdaniem, łatwiejszą połowę dzisiejszej wędrówki. Pierwotnie chciałem wypróbować nową ferratę na Kyselu. Jednak nie zorientowałem się, że jest otwarta dopiero od 15 czerwca. I tak nam pozostało ponownie odwiedzić Kysela od Gigantycznego Wodospadu i dalej jeszcze niepoznanego Wielkiego Kysela. Z Klasztoryska schodzimy znanym szlakiem do rokliny.
W dole zauważamy bezradną grupkę nad brzegiem rwącego potoka Kysel. Co się tam dzieje? Podchodzimy i widzimy przyczynę zablokowania. Potok trochę się rozwodnił i uniemożliwił suchą nogą przejść na metalowe stopnie.
Trzeba było z 5 m przejść po wodzie, jak Pan Jezus lub my, normalni grzesznicy, przebiegnąć tak szybko, żeby woda nie wlała się do butów. Później się okazało, że to nie było pierwsze mycie butów. Roklina Kysela jest sama od siebie dzika i do tego jeszcze rwący potok.
Wody było tyle, że przelewała się nawet przez stalowe stopnie. Każdy sobie może wyobrazić, jak fajnie się potem po takich stopniach chodzi z asekuracją łańcucha. Wystarczy mniej uwagi i człowieczyna kąpie się w tym kisielu. Dochodzimy do wodospadu, gdzie z dołu dochodzi ferrata i przed trzema laty przechodziło się na drugi (prawy) brzeg, żeby powrócić na rozstaje Kysela Małego i Wielkiego.
Tomtur nie wyparł się ferraciarza i dlatego musiał chociaż kawałek pościskać stalową linę i pomacać skały. Widać, że mu to robiło wielką radość. Poznajemy, że kiedy wybudowali ferratę, trasę na prawym brzegu Kysela zamknięto i poprowadzono ją od mostku Gigantycznego Wodospadu po lewym brzegu aż do roztaju. Dla nas to oznaczało wrócić z powrotem po zalanych stopniach i zalanym brzegu. Na szczęście tego drugiego przejścia byliśmy oszczędzeni.
Nasi poprzednicy dla swych dam położyli w problemowym miejscu pnie i my mieliśmy możliwość też z tego skorzystać. Nowy odcinek, to nowe wyzwania. W końcu było nam dane okosztować kawałek ferraty. Ona się praktycznie kończy na Gigantycznym, ale nieferraciarze mogą też kawałek okosztować. W postaci Karolinyho Wodospadu. To 25 m wysokie cudo natury można teraz przejść na żywo.
Metalowe klamry są umieszczone akuratnie i stalowa lina nareszcie zastąpiła łańcuch. Dla ferraciarzy (mnie i Tomtura) istny kawałeczek ballady. Nie wiem co pozostali. Jednak trudno nie było. Cała ferrata jest w stopniu trudności "C", jednak na tym wodospadzie bym to oceniał na A/B max. B (nad mostkiem). Pocieszenia nie było sporo i dochodzimy do rozwidlenia. Czytelnik może sobie poczytać w relacji wyżej, jak się nam dreptało w Małym K. W tym roku postanowiliśmy iść na nowość i przedreptać Wielkiego K.
Miały się nam postawić na drodze trzy wodospady. Pawlasovy, Ochrońców Przyrody i w Barierze. Tego pierwszego mi się jakoś nie udało zadokumentować. Byłem zaskoczony dzikością rokliny i umknął mi.
Kolejna dwa
- Ochrońców Przyrody
- w Barierze
udało mi się już zdarnie zweryfikować. Roklina powoli przechodzi w lekki poziom z prześwitami między drzewami. To oznacza, że kończą się wszelkiego rodzaju wygibasy. Wielki K. kosztował nas 1 godzinę przecierania. Mijamy budkę źródełka i wychodzimy z rokliny w miejscu zwanym Biskupskie Chyżki. Od teraz nas czeka już tylko nudnawa droga powrotna. Miałem nadzieję, że na polanie Sucha Bela będą, jak trzy lata temu, proponować ukrócenie powrotnej drogi w postaci zjazdu na rowerze. Jednak było cicho, pusto i nam nie pozostało nic innego, jak dalej wędrować do punktu końcowego na własnych.
Mamy godzinę 17:00 i Mieciur z Malwiną dają nam do zrozumienia, że to dzisiaj koniec z wędrowaniem. Pozostali też mają tego dosyć. Przemoczeni i głodni najpierw zasycamy żołądki w knajpie Rumanka. Potem dopiero oczysta higieniczna i czas integracyjny.
Na dobranoc żegna się z nami Oliwka, pokazując swój krystalicznie czysty styl nowego ferraciarza.
Cdn.