12.10.2014, część trzecia - roklina Wielki Sokół
Wczoraj wieczorem czarnego Piotrusia wyciągnęła Malwina i ta miała być następnego dnia czysta jak woda w potoku Wielka Biała Woda. Trzeba było przewieźć całą ekipę do Hrabuszyc-Piły. Tam lądujemy o 9:00. Znów opłata po 1,5 Euro. Wyczytałem, że w cenie biletu jest też ubezpieczenie. Chociaż coś. Zwłaszcza, kiedy się później okazało jaką ślizgawkę przygotował nam Wielki Sokół w Roklinie Rothowej. Z Piły drałujemy doliną do ujścia Sokoła już po swoich. Samochodem dalej nie można.
Jak uprzednio pisałem, wszystkie rokliny w Raju mają swoje naj. Roklina Wielki Sokół jest najdłuższa i najpotężniejsza. Na jej przejście trzeba 2:30 godziny. Była ponoć najprędzej zbadaną. Początek przypomina mi Dolinę Blatnicką w Wielkiej Fatrze.
Obok drogi znajduje się Tajch - rezerwuar wodny. Mogę tylko dla ciekawości zaznaczyć, że zaraz za nim w prawo odbija roklina Mały Sokół. Jeszcze za moich młodych czasów tędy prowadził szlak. Teraz przejście rokliną jest nielegalne. Jest to następny szlak (podobnie było z Tatrami Bielskimi), który miałem możliwość przejść za młodu a teraz, kiedy jestem mądrzejszy, ta możliwość już przepadła. No, pozostaje nam ten Wielki. Skały mają tu około 300 m wysokości i jest na razie całkiem szeroko. Nic nam nie napowiada, że te skały dalej, aniż się obniżą, przybliżą się ku sobie i ta wysokość się jeszcze więcej umocni.
Jest jeszcze następne naj. W nieskończoność przekraczamy potok na prawą, to znów na lewą stronę. Wykorzystujemy do tego drewnianne mostki, powalone drzewa, kamienie lub inne wertepy.
Nareszczie dno doliny się podnosi i daje się wyczuć, że za niedługo rozpocznie się znów zabawa w kurołażenie. Wchodzimy w miejsce zwane Kamienne Wrota. Najpierw nas witają Małe Kaskady i Mały Wodospad.
W Wielkim Sokole nie jest takie nasilenie wodospadów, jak gdzie indziej. Jednak to nie znaczy, że roklina jest mniej atrakcyjna. Potok Sokół w roklinie zawiera sporo wody nawet wtedy, kiedy ostatnie potoki w innych roklinach są ciurczkami. Mały ma około 8 m wysokości. Drabinka była nachylona pod ciekawym kątem. Można było przejść po kurzemu na dwóch z możliwością podtrzymywania się łańcucha albo wychodzić po czterech, ponieważ łańcuch był wolny i nie dawał zbytniej pewności. Tomtur ten styl nazwał "na kocura" trzymając się terminologii stylu chodzenia różnych zwierząt po drabince do kurnika.
Zaraz za Małym są Wielkie Kaskady i Wielki Wodospad. Ma on tylko 7,5 m. Paradoksalnie Wielki jest mniejszy od Małego. Chyba nazwy nie były dane na podstawie wysokości, ale subiektywnego poczucia "wodnatości" obu wodospadów.
Za Kamiennymi Wrotami roklina się trochę poszerza. Jednak panuje tu harmider pospadanych drzew. Po jakieś wichurze drzewa nagromadziły się na dnie i teraz trzeba z nimi się trochę pomęczyć.
Nie wiem co bę będzie jeszcze po dwu takich wichurach. Jednak to jest chyba tak specjalnie pozostawione. Wiadomo park narodowy. Mnie się jednak wydaje, że lepiej by to wyglądało, kiedy by te drzewa posprzątano. Na to się jednak nie zanosi, ponieważ niektóre kłody są dodstosowane do brodzenia.
Po chwili robi się ciasno. Jesteśmy w Roklinie Rothowej. Najwęższe miejsce Wielkiego Sokoła. Tutaj popadene drzewa robią jeszcze większe wrażenie. Jak słupy stoją na drodze.
Zasadniczy problem był w tym, że miejscami trzeba przejść po pniu a te są pernamentnie moczone w wodzie. Przesuwanie się do przodu przypomina chodzenie po namydłonych schodach. Wywalić się można w każdej chwili.
Tak, jak się zaczęło, tak się też kończy. I nawet długie rokliny mają swój koniec. Potok gdzieś znika i my znów poziomo kroczymy do rozstajnika.
Wielki Sokół łączy się z Glacką Drogą. Jest 11:45 i stoimy praktycznie w środku Raju. W prawo jest już mniej znana południowa część. Na pewno kiedyś ją przedrepczemy. Jednak dzisiaj nas czeka drałowanie w odwrotną stronę. Sporo będzie trzeba się namęczyć tomturowym szlakiem, nim dojdziemy do Klasztoriska.
Widać, że Glacka Droga jest szeroka. Można było iść ławą. Tędy wiodła za starych czasów droga handlowa z Gemeru na Śpisz. Teraz my tu wędrowaliśmy nudnym, bukowym lasem. Czasami wynurzaliśmy się z niego na jakieś polany.
Podobało mi się w miejscu Glac - była leśniczówka. Pozostała po niej tylko studnia. I potem znów nudnawo szliśmy i szliśmy, aż po dwu godzinach doszliśmy do oczekiwanej zajezdni na Klasztorisku. Moczymy nasze usta w typicznym napoju turystycznym. W trakcie odpoczynku przebiega też narada o dalszych zamiarach. Minione dwa dni Klasztorisko dzieliło dzień na pół i robiło się drugą roklinę. Tym razem w planach był jeszcze Wielki Kysel. Jednak w tajnym głosowaniu ten wariant nie przeszedł. Większość (z trzech) zagłosowała za wariantem zejścia wspólnie z pozostałą czwórką wprost do Podleska. Na usprawiedliwienie trzeba dodać, że była już 14:35 a nas by czekało jeszcze minimalnie 3:45 godziny. Wymiękliśmy. Trzeba coś zostawić do przyszłości. Nawet, żeby nie było żal Wielkiemu Kyselowi, odpuściliśmy sobie z ostatniego dnia jeszcze jedną roklinę - Klasztorską.
Pożegnamliśmy się z Klasztoriskiem na ten rok i zielonym szlakiem zeszliśmy do Podleska. Tam odbyło się następne pożegnanie. Ekipa się rozlatuje. W Raju pozostaje trójka a pozostała czwórka musi już z ciężkim sercem powrócić do swych domów. Nie tylko górami się żyje. Na mnie i Tratinę dopadł potem smutek ze zbliżającego się końca biby. Tomtur, żeby nas pocieszył, ugotował nam kolację.
Nie pomogło. Wieczorem w chatce było raczej jak na scypie i dlatego wcześnie położyliśmy się spać. Drugim powodem było wczesne wstawanie.
Z Klasztoriska pozdrawia cała ekipa bibowa. Dobranoc.
Cdn... jeszcze jeden