Koniec rokliny jednoznacznie pokazuje budka źródła potoku Sucha Bela.
Tratina uwierzyła, że jak się z tego źródła napije to nie uschnie. Ja dla pewności wychłeptałem niemal cały kubeł. Nie mamy jeszcze 11:00 i stoimy w znanym miejscu Sucha Bela, wierch i czeka nas przesunięcie się znaną godzinową trasą na Klasztorisko. Tam mamy zaplanowany większy postój. Też, zamiast wody, cieknie tutaj napój turystyczny. Przerwę wykorzystujemy do przygotowania się na następną roklinę ? Dolina Sokoła ze swoim top wodospadem Zawojowym. Żeby wyjść wodospadem, to trzeba najpierw zejść. Schodzimy do Doliny Tomaszowskiej.
Tomtur wygląda jak by to były jego włosności. Zejście jest krótkie, ale strome. Za parę minut tracimy 250 m. Jesteśmy u wylotu Kysela. Nam trzeba pójść trochę dalej. Doliną Tomaszowską kiedyś spławiano drewno, o czym świadczą wyżej położone Klauzy. Dzisiaj wygląda dziko i są tu ślady działania większej wody. Wchodzimy do Doliny Sokoła, gdzie jest jeszcze dziczej.
Nawet się dziwimy, że w takim harmidrze może znajdować się największy wodospad Raju. No tak, jesteśmy w parku narodowym i na dodatek w rezerwacie ścisłym. Tutaj ręka człowieka do niczego się nie wtrąca. Dolina była ostatnią w Raju, która była zbadana. Teraźniejsze przejście zbudowano w latach 1979-81. Jak na szachownicy, kiedy przed królową stoi pionek, tak tutaj przed wielkim Zawojowym stoi malutki Skalny.
Należy do najmnieszych. Ma tylko 3,5 m. Nawet drabinka jest umocowana z boku, żeby nie naruszała jego kruchości. Co jest jeszcze tutaj innego? Dotychczas wodospady nagle wyrastały z płaskiego dna rokliny. U Sokoła jest inaczej. Do Zawojowego trzeba podejść pod górkę i na domiar jest ukryty w lesie.
Taka potęga musi wydawać jakąś energię. Jeszcze nim go zobaczyłem już odczuwałem jego bliskość. Zawojowy Wodospad jest ze swoją wysokością 75 m drugim najwyższym na Słowacji. Może kto wie jaki jest najwyższy? Zawojowy jest pięciokaskadowy. Wiem, że podziwialiśmy go z dwóch mostków, ale nie policzyłem ile obmacywaliśmy drabinek i dreptali po żelaznych stopniach.
Nie wiem jakim sposobem opisać to dzieło natury, które było dosyć późno udostępnione dla normalnego górołaza. Kiedyś się go obchodziło.
Ja byłem tym wszystkim zafascynowany i było to chyba dla mnie największe przeżycie z tych czterech dni w Raju. No i dalsze spostrzeżenie. Drabinki są zamocowane jakby z boku, żeby nie naruszyć całości wodospadu.
W innych roklinach często przechodzi się nad wodą. Tutaj się to dzieje tylko na mostkach. Ten drugi jest tam gdzieś wyżej z widokiem od góry. Trzeba się nam sporo namęczyć, nim do niego dotrzemy. Ale jest to taka ta męka szczęśliwa.
Na zdjęciu widać, że drugi mostek ucina górną, mniej pionową część wodospadu od tej bardziej pionowej i którą akurat przeszliśmy. Parę stalowych stopni i mamy wodospad za sobą.
Czuję się jak dziecko, któremu zabrano ulubioną zabawkę. Ogarnia mnie smutek. Myślałem, że to już koniec na dzisiaj, ale po chwili napotykamy jeszcze mały zadatek w postaci Wyżnego Wodospadu.
Ze swoimi 7 m wygląda raczej na krasnoludka od tego pod nim. Jednak i tutaj trzeba potrenować w kurołażeniu. Nikt nam niczego nie odpuszcza.
Przechodzimy przez Wyżny i tym samym opuszczamy na dzisiaj świat drabinek i wodospadów. Ładnie było. Między popadanymi liśćmi Sokoli potok jest na razie ciurczkiem.
Nic nie świadczy o tym, że po paru metrach woda będzie spadać do największej dziury w Raju. Pół godziny nam wystarczy na to, że dostajemy się znów na górską planinę. Dostajemy informację, że Gosia3ek i Mallalaidh na nas, po przejściu Piecek, gdzieś czekają. Po chwili ich odnajdujemy. Wygodnie wywalają się na łące. Radosne przywitanie braterstwa, których się w boju długo nie widziało. Jesteśmy komplet i pozostaje nam zakończyć dzisiejszą wyprawę. Pierwotny plan przewidywał ponownie przedreptać około Ptasiego Grzbietu do Podleska, jednak Mallaidh nas namówił na inną trasę. Czerwonym szlakiem przez Małą Polanę, Ogurczak do Hrabuszyc-Piła. Ciekawa alternatywa. Idziemy.
Na Małej Polanie możemy nareszcie podziwiać jakieś widoki. W Raju nie ma takich miejsc sporo, wciąż się drepcze w ciemnych roklinach albo lasem. Z wdzięcznością napajamy się wczesnojesiennym słońcem. Długo to jednak nie trwało. Znów wchodzimy do lasu, kiedy trawersujemy górę Pals. Trochę się nam odkrywają widoki w dół na jutrzejszą roklinę Wielki Sokół. Faktycznie wygląda długa i potężna. Za Ogurczakiem zbaczymy w stronę Piły.
Nic już się w trasie nie zmienia. Ćwiczymy nasze kolana. O 17:00 jesteśmy u celu. Pomyślne zakończenie dzisijszej wyprawy odsiadujemy w prywatnej zajezdni.
Przyznam, i Tomtur też to potwierdzi, że mieli świetną kiełbasę z grila. Dałem sobie repete. No i nie zapominam o goryczce. Ta też musiała być. Z Piły do Podleska jedziemy już samochodem. Wieczorem w chatce jest oczym wspominać. O ludziskach długo nie widzianych, o wyprawach dawno przebytych i o planach na jutrzejszy dzień. Zdjęć z tych rozmów nie będzie.
Piątka forumowa życzy dobranoc z drugiego mostka nad Zawojowym Wodospadem.
Cdn.... kiedyś