30.11.2012, sobota, jak forumowicze mieli swój wolny dzień
Muszę zaraz na początku przyznać, że ten dzień wogóle nie miałem pod swoją kontrolą. Sam sobie wystawiłem stopień niedosteteczny w trzech przedmiotach. Pierwsza dwója była za indyspozycyjność. Dzień wcześniej przekroczyłem granicę pewnych zasad kulinarnych i od rana miałem z tym problemy. Jeszcze, że do takiej sytuacji byłem przygotowany i na śniadanie sobie dałem serek z masłem, chlebem i popijałem to maślanką. Wyśmienite na zneutralizowanie żołądka. Tylko nie wiem dlaczego Tomtur, siedzący obok, kręcił nosem. Z tego padołu gramoliłem się cały dzień. Druga dwója była za nieprzeprowadzenie głównego punktu programu w sobotę - organizacja górskiej wycieczki. Z powodu wyżej wymienionej indyspozycji, całkowicie zrezygnowałem z tego zadania. Główny plan A przewidywał całodniową wycieczkę w Beskidy Morawskośląskie. Tutaj nie zachowałem się jako profesjonalista i pozostawiłem klientów swojemu losowi. Trzeba było im wtedy wybrać rezerwowy wariant B tj. każdy sobie naplanował wycieczkę sam. Tutaj mam we swej relacji białą plamę, ponieważ jedna grupa (Tomasz, Malwina i Mieciur) poszli na Stożek i druga grupa (Tomasz, Bożenka, Paweł, Aga i Łukasz) przez Filipkę na Łączkę. Jedynie ja zostałem w bazie pilnować domowego ogniska i wybranie ostatniej deski ratunkowej - planu C. Ten przewidywał najkrótszą drogę do gospody pani Łabajowej. Zresztą wszystkie warianty miały swóją metę w tym właśnie objekcie. Mam nadzieję, że znajdzie się chociaż jeden z każdej grupy i pokaże nam zdjęcia i coś opisze. No i jesteśmy przy mojej trzeciej dwóji. Za brak dokumentacji. W ciągu dnia nie robiłem żadnych zdjęć i dlatego moja relacja z tego dnia jest trochę jałowa, tylko pisana, aż na parę wyjątków. Odwiedzenie gospody pani Łabajowej to też już stały punkt programu spotkań na Filipce. Nie często się spotyka, żeby 500 m od bazy górskiej była sobie godpódka. Taki wieczorny powrót pod gwiaździstym niebem i skrzypiącym pod butami śniegiem jest bezbłędne. Trzeba dodać, że po południu do naszej gromady dołączyła resztka bibowej ekipy - Mirek, Kamyczek i Marek. I znowu wieczorem klasyczna impreza, można by powiedzieć niemal rodzinna. Tym razem na programie dnia było opiekanie kiełbasek.
Na zdjęciu brakuje tylko mnie (robię zdjęcie), Mirka (nie wiem, gdzie się poniewierał?) i Kamyczka. Ta z ochotą swoją własną przyjęła rolę kelnera i czas od czasu z garażu przynosiła nam piwo.
Co można dalej opisywać? U wszystkich pogawędek nie byłem i nie mogę też ocenić całości wieczornej imprezy. Mnie się podobało. W chałupie było ciepło i nieczego mi nie brakowało. Nocne wyprawy na Filipkę zaczynają nabierać masowego charakteru. Znów nie odpuszczono i trzeba było przetrzeć znany pijacki chodnik na ten kopczyk.
Tym razem dobrej nocy z Filipki przesyłają Mirek, Aga i Łukasz.