Odpowiedz  Napisz temat 
Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011
Autor Wiadomość
Stasiu

*****


Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #1
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011

9. dzień: Vie ferrata degli Alleghesi - rzut oszczepem

Ten dzień można by nazwać "Złotym gwoździem naszej wyprawy". Dla Tomtura egzamin dojrzałości ferraciarzy. Dla mnie próba się z biegiem czasu. Rano wstajemy wcześnie, jeszcze przed wschodem słońca.
   
Śniadanko i kawka z zaparzonej wody na własnym kocherze przed schroniskiem wyśmienite. Wielce mnie ździwiło, że o tej porze na wysokości ponad 2000 m jest bardzo ciepło. Z jednej strony to było fajnie sobie wysiadywać przed schroniskiem, ale z drugiej strony co to będzie w południe na skale. O tym mieliśmy się wkrótce przekonać. No, teraz nad tym się zbytnio nie zastanawialiśmy. Pierwsza na trasę wystartowała grupa Słoweńców. Potem to za nimi wyglądało podobnie jak na wiosnę, kiedy jeden gospodarz zacznie sadzić ziemniaki i wtedy wszyscy zaczną robić to samo, żeby nie być ostatnim. I tak to było teraz. Spuściła się ludzka lawina. Pod ferratę trzeba jeszcze z godzinkę podreptać i dlatego to jest droga na nastrojenie organizmu na właściwą temperaturę.
    - słońce wychodzi zza Mt. Pelma
900 m ferraty w pionie może się komuś wydawać, że to nic takiego. Jednak to już poważna zabawa na minimum 3 godziny. Nawet, kiedy nam się pokazuje pierwszy raz w tym dniu nasza księżniczka, wydaje się, że wierzchołek jest na wyciągnięcie ręki.
   
Nic więcej błędnego taka górska fatamorgana. Kopczyki, a zwłaszcza te rodzaju żeńskiego, nie dają nic za darmo. Trzeba wypluć płuca, serce wykołatać, paść na kolana i kiedy to nie wystarcza, to jeszcze na nas zesłać dech z północy albo (w tym przypadku) dech z południa.
   
Z drugiej strony trzeba powiedzieć, że my, zwłaszcza mężczyźni, jesteśmy więcej zaekscytowani, kiedy nagroda nie jest zdobyta łatwo. Wiedziałem, że tak będzie i teraz. Pod ścianą normalka. Pierwszym warownym palcem było to, że wyłazi się po południowej ścianie tzn., że opiekanie będzie pierwszoplanowe. Na szczęście Alleghesi nie jest technicznie zbyt ciężka. Sporo klamer i drabinek.
http://www.youtube.com/watch?v=3W-DOKuhgQw
Zdjęcia można robić tylko z góry
   
albo od dołu. Problemy nam jednak robiła pogoda. Ktoś pomyśli, mają słoneczną pogodę i jeszcze narzekają. No tak, ale co robi mieszczuch, kiedy jest bezwietrze i 30 stopni w cieniu? Szuka ochłody dla zewnętrznej i wewnętrznej części ciała w jakieś cieczy. A my głupole? Rwiemy do góry i maksymalnie możemy przyciskać się do skały, która i tak jest rozpalona.
               
W takich warunkach o zabawę postarano. Wyżłopałem już 2 l bukłak wody i to mieliśmy dopiero 2/3 ferraty za sobą. Życie mi uratował płat śniegu, gdzie chłodziłem swoją buzię tak, aż z płatu podobnie syczało, jak przy prasowaniu spodni przez mokrą szmatę. Wtedy też wznikła pamiętna fotografia.
   
Dzięki temu dozwolonemu dopingowi dochodzimy odświeżeni do siodła w głównym grzbiecie. Tutaj największe trudności mamy za sobą.
       
Czeka nas jednak jeszcze do wierzchołka 1 godzina. Taka sobie dreptówa w ślimaczym tempie i w pocie kasku. Powoli dochodzimy do szczytowych partii. Nawet widoki w dół nam się więcej odsłaniają.
   
Po 5,5 godzinowym boju samych z sobą, księżniczka pozwoliła nam na szczytową audiencję (3220 m). Nareszcie możemy porządnie odetchnąć. Już nie będzie trzeba pokonywać grawitacji. Po ochłonęciu następuje sesja zdjęciowa.
    - jedno z wielu
Popas i piwopój planujemy dopiero przy schronisku położonym niżej. No tak, ale co to była za droga! Kobiece góry nie dają za darmo, kiedy przychodzimy je odwiedzać. To samo można powiedzieć o powrotnej drodze. Nie głaskają po głowie albo nie klepią po ramieniu, jacy jesteśmy fajni, ale dostajemy kopa w... Ten kop jest w postaci ujeżdżającego piargu i to około połwy z 1700 m wysokości. Viking wie o czym mówię. Na szczęście nas czeka jeszcze ludzka oaza w postaci schroniska Torrani (2984 m),
   
który mi bardzo przypomina to pod Rysami w Taterach. Podobne strategiczne położenie. Jeżeli mnie jeszcze ktoś wyciągnie na Civettę, to wtedy tutaj złożę główkę do spania (przytulne miejsce, fajni gospodarze) i zejdę ferratą Tissi zamiast via Normale.
   
Ja wiedziałem, jakiego ostatniego kopa dla nas Civetta przygotowuje. Dla Tomtura to była niespodzianka. Było wszystko to, co takie schodzenia ma mieć. Był piarg, była posypana drobnymi kamyczkami skała i nawet była dwójeczka ferratowa. No, nie jest to najlepsze ćwiczenie dla kolan?
    - tutaj Tomtur patrzy co to jest przejść godzinową via Normale
   
Na tym zdjęciu się Tomtur uśmiecha i pokazuje co akurat zszedł. Były to jednak tylko pozory. To, co Tomtur wymawiał podczas schodzenia, słyszałem tylko ja, jeden niemieckomówiący turysta i okoliczne skały. Wszystko podlega ścisłej cenzurze. Kto go zna, może się domyślać. W tym miejscu czekała nas też ostatnia faza odwiedzin. Najpierw dojść do punktu, gdzie ruszaliśmy na ferratę, ponieważ schodzi się o jeden boczny grzbiet dalej, potem lekkim terenem
    dojść do schroniska Coldai, ze schroniska zejść już na Mieciurowym autopilocie
    do godpodarstwa Pioda, żeby na dobre obrać styl "odwrót wojsk niemieckich od Stalingradu" i zejść do kempingu Palafavera.
   
Tym ostatnim zdjęciem chciałbym zakończyć nasze odwiedziny Civetty, która z przystankami trwała 12 godzin.

Cdn. I już ostatnia wycieczka z odwiedzinami schroniska Venezia.



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
19-09-2011 08:02 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Odpowiedz  Napisz temat 

Wiadomości w tym temacie
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 19-09-2011 08:02 PM



Pokaż wersję do druku
Wyślij ten temat znajomemu
Subskrybuj ten temat | Dodaj ten temat do ulubionych

Skocz do: