![]() |
|
Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Wersja do druku +- Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat (http://www.gorskiswiat.pl/forum) +-- Forum: Wyprawy, relacje, opisy (/forumdisplay.php?fid=18) +--- Forum: Górski Świat (/forumdisplay.php?fid=21) +--- Temat: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 (/showthread.php?tid=3929) |
Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 30-08-2011 05:35 PM Motto (dedykacja dla Szewczyka): "Szewcze, w kopczykach nigdy nie jest tak, jak się wydaje. Piękno Taterek przyciągają jak magnes. Człowiek musi iść i dostaje często kopa, że aż zjedzie po tyłku. Piękno Dolomitków odpycha jak magnes. Człowiek, powiedziane ustami Tomtura: "Tam na to mam wyjść?", ma obawy i potem podczas macania kamienia czuje się jak u siebie w domu aż tyłek trzeba wychylić od skały" Tak mi się w tym roku przytrafiło, że od GŚ otrzymałem jednego klienta - zwany potocznie Tomturem - który miał wypróbować na własnej skórze czym jest łażenie po kopcach - potocznie zwanych Dolomitkami. To, że nam pogoda w tym roku bardzo sprzyjała, zaskoczyła i mnie, który w tym rejonie powoli czuje się jak u siebie na podwórku, zna tutejszy klimat i za parę lat będzie mógł już zaliczać się do żywego inwentarza albo dziedictwa kulturowego tego regionu. Z racji ilości pojedynczych wypraw, oznaczyłem nasze wyczyny jako "Dziesięciobój gorski" podobny do znanego wszystkim dziesięcioboju lekkoatletycznego. Nasza baza wypadowa znajdowała w campingu Palafavera na wysokości 1500 m (fajne dla aklimatyzacji), między dwoma fantastycznymi trzytysięcznikami - Civetta i Monte Pelmo. 1. dzień: Via ferrata de Ra Gusella i Via ferrata Averau - bieg na 100 m Rano wstajemy dosyć późno. Mamy jednak czas. Dzisiaj nas czeka wycieczka miodzio. Zapoznanie się z tutejszymi kopczykami, pierwsze obmacywanie skały i nauczenia się ubierania sprzętu do ferratowania. Nie jestem żadnym profesjonalnym przewodnikiem, ale pewne zasady trochę znam. Tomtura rodzice nauczyli chodzić i teraz posłali go do przedszkola Ferraciarzy. Wyżej wymienione ferraty, zwłaszcza tę pierwszą, ja bym nie nazywał ferratami. Są to właściwie chodniki górskie z zamocowanymi poręczówkami w pewnych miejscach. Ale gdzieś trzeba zacząć. Z bazy wyjeżdżamy na przełęcz Giau (2236 m). Dla autka to pestka - 900 m wysokości trzeba pokonać na odcinku 13 km i z 29 zakrętami. [attachment=40262] - druga połowa odcinka (dla przypomnienia Tomturowi) Na przełęczy jesteśmy o 8:00. Jest jeszcze spokojnie. Turystyka na razie śpi. [attachment=40263] - widok na Marmoladę Od razu widzimy nasz pierwszy cel - Ra Gusela (2595 m) [attachment=40264] Objuczeni sprzętem ruszamy żwawo. Sił jest na razie sporo a wysokość gorska jeszcze nas w pełni nie dopadła. Chodnik prowadzi w prawo naszego kopczyka. Widoki nas jednak zmuszają do częstego zatrzymywania i pstrykania fotoaparatami. W jednym miejscu Tomtur nawet próbował wywrócić jeden ogromny kamień, bo zasłaniał widoki. [attachment=40265] - na drugim planie Tofana de Rozes, nasz jeden z dalszych celów) Nim się porządnie upociliśmy, doszliśmy nad jedną półkę skalną, gdzie trzeba było wypróbować nasze ubranka do ferrat. Jednak faktyczny stopień trudności tutaj nie przekraczał najmniejszy stopień A. [attachment=40266] Mój klient dobrze się starał i bez żadnych trudności pokonał tą przeszkodę. Po wyjściu na skalne plató, zadecydowaliśmy zejść trochę z trasy i wyjść na Guselę, gdzie mieliśmy mieć pierwszoplanowy widok na przełęcz Giau i dalsze kopczyki. Jeszcze przed osiągnięciem tego celu, mogliśmy sobie popatrzeć na pierwsze schronisko na Nuvolau (2575 m), które z tego miejsca było na wyciągnięcie ręki. [attachment=40267] Nie upłynęły jeszcze dwie godziny, kiedy stanęliśmy na Guseli. Piękny okrągły widok, zwłaszcza na Giau, którą niedawno opuściliśmy z Civettą i Pelmem w tle. [attachment=40268] Po powinnym obstrykaniu się idziemy dalej na wspominany Nuvolau. Przcież już czas na prawdziwą włoską kawę. Po drodze czekała nas jedna poręczówka, gdzie się nam nie chciało nawet zabezpieczać. [attachment=40269] W takim miejscu kawa smakuje i gdyby nam kto do niej piołunku nasypał. [attachment=40270] Jednak od teraz towarzyszył nam jeden znany w tego typu miejscach mankament. Ktoś rozgrzebał ludzkie mrowisko i ludziki wylęgły się na wszystkie strony. Do tego dopomogło bliskość kolejki linowej przy dalszym, niżej położonym schronisku (Rif. Averau 2416 m). [attachment=40271] Postaraliśmy się jak najprędzej przejść to miejsce i nie być przy tym przysłowiowym ?słoniem w porcelanie?. Bez utraty własnego i cudzego zdrowia, prześlizgujemy się wokół schroniska i wnet wyruszamy na dalszą zaplanowaną miniferratę. Czekał nas jeden wariant ścianki albo wąskiego kominku z poręczówką. Na koniec jeszcze mały piarg. My wybieramy raczej ściankę, bo kominek po pierwsze jest upchany ludzikami a po drugie nasze proporcje cielesne by chyba upchały kominek na stałe. [attachment=40272] - ścianka [attachment=40273] - poręczówka [attachment=40274] - piarg I jesteśmy na dalszym kopczyku (Averau 2647 m) skąd widzimy nasze doteraźniejsze cele. [attachment=40275] Na szczycie krótki popas. W międyczasie obserwujemy też scenę, kiedy samiczka wróbla karmi swojego potomka. Bobas, wielkościowo równy jak mama, zamiast sam zbierać ziarenka, które rozsypywaliśmy, to tylko otwierał dziubek a mama musiała sama mu je tam wkładać. Byłem tym zaskoczony, bo zawsze myślałem, że takie rzeczy dzieją się tylko u gatunku ludzkiego. Po tej lekcji wychowania nastał czas myśleć o powrocie. Tym razem miniferratkę robimy w odwrotnym kierunku. Piarg, poręczówka, ścianka i wmig jesteśmy przy schronisku z ludzkim mrowiem. Dalsza droga, to typowa ścieżyna wiodąca u stóp przejdzionych kopczyków do punktu wyjściowego. Po 7 godzinach lajtowego dreptania jesteśmy z powrotem na przełęczy Cdn. W następnym odcinku: Tunel skalny w masywie Kleiner Lagazuoi RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - szewczyczek - 30-08-2011 07:48 PM Dziękuję Stasiu za dedykację ![]() Musisz mi jednak wyjaśnić drugą jej część, z racji tego, że nigdy tego pasma nie widziałem, a jej charakterystyczne "poziome cięcia skał" wydają mi się bardzo atrakcyjne! Dlaczego więc piękno Dolomitów odpycha jak magnes?
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Pablo - 30-08-2011 10:22 PM http://www.gorskiswiat.pl/forum/attachment.php?aid=40275 Pelmo z tej strony wygląda jak wielki zamek nie do zdobycia ![]() ps. czekam niecierpliwie na ciąg dalszy
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Łukasz - 31-08-2011 06:26 AM Bardzo gustowne rękawiczki ma Twój uczeń. Ja to kolejnym razem zabiorę bramkarskie. RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Tenshi - 31-08-2011 06:43 AM Dolomity wywierają na człowieka magnetyczny wpływ
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - PiotrekDz - 01-09-2011 07:24 PM Stasiu, widoki na zdjęciach takie, że eh...piękne ![]() (choć na 6 od góry chyba jakiś agent Ci wszedł w kadr )
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 01-09-2011 07:56 PM PiotrekDz napisał(a): Stasiu, widoki na zdjęciach takie, że eh...piękne
![]() (choć na 6 od góry chyba jakiś agent Ci wszedł w kadr )
Wiesz Piotrek, pełno się takich tam smyka po kopcach i ciężko zrobić foto aniż ktoś swój łeb wsadzi w kadr. RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 01-09-2011 08:17 PM 2. dzień: Tunel skalny masywem Kleiner Lagazuoi - skok w dal Pogoda nam pokrzyżowała plany i musimy wybierać mokry wariant. Jedyny dzień, kiedy nam na szlaku towarzyszył deszcz. W takim przypadku mam w Dolomitach w rezerwie jedną turkę - przejście skalnym tunelem o długości 1100 m z posmakowaniem trochę historii z czasów I wojny światowej. Z bazy wyjeżdżamy w celu zaparkowania autka na przełęczy Falzarego (2105 m). [attachment=40304] Jest wskazane, żeby tunelem raczej schodziło się w dół, niż podchodziło się do góry i z tego powodu nam trzeba w pionie pokonać 700 m. Do tego nam mogą służyć własne nogi albo kolejka linowa. Nam (coś o tym pisał Mallaidh o Beskidach), jak jest wszystkim wiadomo, pozostaje drałować po własnych pod górkę. Jesteśmy w dobrym nastroju. Krople deszczu spływają po kurtkach a krople potu po całym ciele. [attachment=40305] I to dopiero jesteśmy na przełęczy Travenanzes, w połowie naszego wyjścia. Z tąd schronisko wygląda jeszcze nieosiągalne. Dalsze metry nam już jednak umilają odwiedzania kawałka historii. Przechodzimy koło byłych pozycji bojowych wojsk austriackich. [attachment=40306] - tutaj w tle nawet Tofana di Rozes wygląda groźnie Niektóre kawerny wnękają nam uczucie, jakby żołnierze swoje pozycje opuścili przed niedawnem. [attachment=40307][attachment=40308] Nareszcie schronisko. Czas na ciepłą herbatę, bo przy postoju zimny wiaterek nam lezie za pazuchę. Obsadę schroniska można podzielić na dwie sorty. Większa część, z wyśmianymi gębami, to Ci, którzy kolejką wyjechali do góry i teraz pałaszują jakieś dobroci z oferty kuchni. Mniejsza część, wyglądający jak zmokłe kury, to Ci, którzy wyszli piechotą przez tunel albo się dopiero do niego szykują. Po małym odświeżeniu czas na główny punkt programu - zejście skalnym tunelem. Najpierw trzeba kawałek zejść pod schronisko, pokonać odnowione okopy i raptem jesteśmy przy wejściu do tunelu. [attachment=40309] Tutaj to już dawne pozycje włoskich żołnierzy. Tunel jest zabezpieczony poręczówką, nawet w przewodniku pisze się o ferracie, ale z punktu mojego widzenia nie trzeba mieć zabezpieczenia. Trzeba mieć tylko kask, bo główka to nie kokos a tunel jest niski i trzeba mieć też czołówkę, bo jest doradzane schodzić na trzeźwo i wiadomo, że wtedy oczy nie świecą. Jednak nic dla klaustrofobów. Dajemy nura do sztolni. [attachment=40310] Mokro jest wszędzie. Chociaż to dodaje do atmosfery tego miejsca. Myślę jednak, że Falco by nam wybił z głowy odwiedzania takich miejsc. On coś takiego ma codzinnie w celu utrzymania rodziny a ja z Tomturem z własnej woli i darmowo szwędamy się po podziemnych korytarzach i obijamy głowy. Jednak historia nas i tutaj dopada. [attachment=40311] Kto zna niemiecki, może i tutaj posłuchać: http://www.youtube.com/watch?v=W7GXa-7PMWY Czas od czasu wychodzi chodnik na powierzchnię albo jest w skale wykute okno. Wtedy jest czas na zrobienie urokliwego zdjęcia [attachment=40314] albo zacisza [attachment=40315] Nie jest szansa opisać wszystkiego i całej atmosfery. Tutaj, jak wszystko w Dolomitach, trzeba odwiedzić to miejsce osobiście. Jeszcze jeden mały tunel [attachment=40317] i kończymy naszą podziemną wędrówkę. Na powierzchni wszyscy cieszą się z naszego powrotu. Nawet przestał padać deszcz. Niebawem dołączamy do chodnika, którym przed paru godzinami drałowaliśmy pod górkę. Zejście do przełęczy Falzarego, to już bagatelka. Cdn. Następnym razem - via ferrata Hans-Seyffert-Weg zachodnim grzbietem Marmolady. RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Pablo - 01-09-2011 09:24 PM Jak kiedyś zejdę tym tunelem to będę wiedział czy lepiej jest wchodzić czy schodzić, bo stopnie dość wysokie i uciążliwe
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 01-09-2011 09:29 PM Pawle, już myślałem, że w obu kierunkach. Górna połowa tunelu się rozwidla i tuż przed górnym wyjściem się znowu spaja. Trzeba przejść obie odnogi.
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Pablo - 01-09-2011 09:42 PM Trochę się "kręciliśmy" w tych tunelach, ale schodziliśmy z drugiej strony schroniska Sentiero Kaiser Jaeger Link do relacji z tego dnia i nam wtedy ale to na koniec dnia pokropiło
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - szewczyczek - 01-09-2011 09:48 PM Eksponaty w tunelu imponujące. Urzekła mnie ta flaszeczka wina na półce ![]() Z oczu czytelnika wygląda na to, że na prawdę warto się do tunelu wybrać. Mam nadzieję, że nie ma tam zbyt dużych ciasnot? Mam na myśli Mylną... RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Pablo - 01-09-2011 09:57 PM szewczyczek napisał(a): ...
Mam nadzieję, że nie ma tam zbyt dużych ciasnot? Mam na myśli Mylną...
nie ma, to sztolnia wykuta ludzką ręką, dla ludzi, by mogli... no strzelać do innych ludzi. Upraszczając na jednej górce Włosi a na drugiej Austriacy. RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Pablo - 01-09-2011 10:24 PM Tu są oryginały foty Lagazuoi z tamtych czasów http://www.frontedolomitico.it/Fronte/Paesaggi/Lagazuoi/albumGG/AlbumFotoGrandeGuerraLagazuoi.htm i trochę historii całego regionu http://www.krajoznawcy.info.pl/Dolomity-Historie-znajdziesz-na-szlaku-a537.php RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Tenshi - 02-09-2011 06:32 AM Ile czasu zajmuje samo przejście tunelem skalnym? RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Łukasz - 02-09-2011 06:58 AM W Julijskich też można znaleźć pamiątki wojenne. Stasiu - fascynujący ten tunel. Czuć powiew histori. RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 02-09-2011 03:45 PM Tenshi napisał(a): Ile czasu zajmuje samo przejście tunelem skalnym?
Wygląda to na 45 - 60 minut. Zależy czy człowiek zatrzymuje się i na jak długo przy różnych postojach, czy odbiega do licznych odnóg (kawern) itp. Nie jest to nic strasznego. Jedynie dla ciężkich klastrofobów to może być problem.
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 04-09-2011 04:54 AM 3. dzień: Via ferrata Hans-Seyffert-Weg zachodnim grzbietem Marmolady na Punta Penia - pchnięcie kulą Ktoś może pomyśli, że się dotychczas raczej obijaliśmy, niż chodzili po kopczykach. Trzeciego dnia pogoda się raptownie poprawiła i trzeba narszcie zrobić coś porządnego. Tak, jak mają Beskidy swoją królową w postaci Babiej, to Dolomity mają też taką jedną i to w postaci Marmolady (3343 m). Najwyższy punkt w Dolomitach i to już jest wyzwanie. W tym celu siadamy do autka i po godzince znajdujemy się u jej stóp przy jeziorze Fedaia. Nie jesteśmy żadni masochiści (nie te lata) i dlatego postanawiamy część wysokości pokonać stylem wywiezienia cielska na "ryngiszpilu". Okazuje się, że trzeba chwilę poczekać, bo w tygodniu kolejka rozpoczyna jazdę dopiero o 9:00. Na szczęście obsługa zmiłowała się na widok smętnych min (było tam takich więcej) i ruszyliśmy już o 8:30 lżejsi każdy o 8 Euro. [attachment=40334] Już gdzieś pisałem, że podróż tą kolejką jest ciekawa. Trzeba cały czas stać i uważać, żeby człowiek nie wypadł za burtę. Kolejka wywozi nas na jakieś 2626 m. Do ferraty trzeba jednak trochę się przejść i kawałek zejść. Po drodze robię sobie zdjęcie Piz Boe (3152 m) w masywie Sella. [attachment=40335] Przechodzimy pod jedną skalną odnogą Marmolady (najniższy punkt naszej dzisiejszej wyprawy), żeby pokochać się widokiem na przełęcz Marmolada (2896 m). [attachment=40336] Tam już zaczyna się ferrata. Przed nami powoli tworzą się grupki prowadzone przez profesjonalnych przewodników. Każdy wybiera sobie najdogodniejszą trasę, żeby jak najlżej wejść minilodowcem pod przełęcz. Stwierdzam, że z każdym rokiem jest na lodowcu coraz to mniej śniegu i jest więcej zlodowaciały. Kiedyś podchodziłem normalnie pod przełęcz, teraz musimy z Tomturem i tutaj założyć raki a kijki zamienić za czekan. [attachment=40337] Po przejściu na skałę robi się tłok. Przewodnicy wprowadzają swoich klientów na ferratę. Stoimy grzecznie w kolejce i powoli posuwamy się do przodu. [attachment=40338] Wiadomo, że przy takiej obsadzie może się cokolwiek przytrafić. No i poszło. Ktoś posłał kamień w dół. Rzecz jasna w kilku językach wołano: "Kamień, kamień". W danej sytuacji można reagować dwiema sposobami. Albo patrzę, jak się stacza kamień i staram się go wyminąć albo przyciskam się do skały, jak do ukochanej osoby, i czekam aż mnie kamień minie. Nie wiem co jest lepsze. Ja miałem szczęście, ale jedna dziewczyna oberwała w rękę, bo chciała kamień zatrzymać. Gorzej wypadł jeszcze jeden ferraciarz. Na wołaanie o kamieniu wybrał pierwszy wariant i kiedy spojrzał, gdzie kamień się znajduje, akurat oberwał nim w kość licową. Była to bardzo nieprzyjemna sytuacja. Później widziałem, że ta rana nadawała się do szycia. Jednak koleś zachował się dziarsko i wyszedł aż na szczyt. Dochodzimy do przełęczy Marmolada i otwierają się nam widoki na drugą stronę. [attachment=40339] Tutaj podchodzą Ci, którzy chcą odwiedzić królową z całą paradą. Podchodzą z wioski Penia (1500 m) doliną Contrin, przesypiają w schronisku Contrin i potem wyruszają w odwiedziny królowej, dołączając do innych na przełęczy. Muszę to raz wypróbować. Kto dalszy chętny? Tomtur nareszcie posmakowywuje to, co czyni Dolomity Dolomitami. Aczkolwiek, kiedy nie ma śniegu i warunki pogodowe są fajne, ferrata nie jest zbyt ciężka, można sobie posmakować to wyjście. [attachment=40340] - Tomtur, jako przewodnik, wygląda fantastycznie Kto chce popatrzeć, jak sobie Tomtur radzi, niech sobie kliknie tu: http://www.youtube.com/watch?v=3SYMQs6okDw Powolutku nabieramy wysokości. Czas od czasu kontroluję, jak sobie mój klient radzi. [attachment=40341] Wszystko jest OK. Jest nam lekko na duszy, kiedy spozieramy w dół na lodowiec pod przełęczą. Ludziki na nim są coraz to mniejsze. [attachment=40342] W tych miejscach często też spojrzewamy do góry. Królowa miała by się już pokazać. Trochę się nas chyba wstydzi, ponieważ stara się ukryć za chmurkami. [attachment=40343] Kiedy ferrata się kończy i zaczyna się piarg z resztką śnieżnego pola to znak, że wierzchołek już niebawem. [attachment=40344] Staram się trochę pognać do przodu i przygotować się na dojście Tomtura. Jest to jego rekord wysokościowy i chyba na długo. Takiej okazji nie mogę przepaść. Po 3,5 godzinach jestem na szczycie Marmolady - Punta Penia. Przygotowuję aparat i wyczekuję Tomtura. Ten z uśmiechem dochodzi niebawem. [attachment=40345] Jak zwykle, przychodzi euforia. Marmolada jednak poodkrywa swoje wnady i my znowu zamieniamy się w turystów made in Japan. Pstrykamy na lewo i na prawo. Przy krzyżu i przy schronisku. Jesteśmy w dobrym nastroju i z tego powodu postanawiamy ucieszyć personel schroniska (raczej blaszannej budy). Za twardą walutę kupujemy po herbatce i appelstrudel, bo Marmolada to nie Babia, gdzie forumowicze chodzą często jak na pielgrzymkę i trzeba to jakoś uczcić. Lubię też, kiedy jestem fotografowany przy schronisku z miejscowymi specjałami. [attachment=40346] Jakoś nie chciało się nam schodzić i długo obijaliśmy się przy schronisku wchłaniając całą tą górską atmosferę. Pogoda nas tym razem rozpieszczała. Powoli trzeba myśleć jednak o powrocie. Zejście to już inny sortyment. Schodzi się lodowcem Marmolada i to z pełnym rynsztunkiem. Chociaż nie jest to typowa alpejska turystyka lodowcowa. Nawet sobie myślę, że przy takich warunkach moje wnuki (jeżeli będą po dziadkowi) będą już schodzić po skale. Tak szybko lodowiec topnieje. Raki i czekan, to ważne naczynia. Najpierw pokonujemy śnieżną grań. [attachment=40347] Potem znowu przeorientowujemy się na skałę i żelazo, [attachment=40348] żeby znów włazić do szpilek. Lodowiec nie jest jednak taki łatwy, jak się wydaje. Trzeba obchodzić otwarte przeręble, przechodzić zlodowaciałe albo rozwodnione miejsca. [attachment=40349] Jednak najwięcej mieszane uczucia miałem, kiedy przechodziłem przez zamkniętą przeręblę i tylko pod spodem słyszałem cieknący potok. Wszystkie te przeszkody szczęśliwie przechodzimy i wychodzimy na skalne plató nad górną stacją kolejki. Dalsza faza naszej euforii. Zrzucamy z siebie (niemal) wszystko i, jak w świętym Jordanie, zmywamy wszystko zło w potoku wyciekającym z lodowca. [attachment=40350][attachment=40351] Prawdziwa żywa woda. Czujemy się jak nowo narodzeni. Teraz już z Tomturem będziemy żyć wiecznie. Taka oczysta ciała i ducha jest godnym zakończeniem naszej wycieczki. Jeszcze tylko zjechać, starając się nie wypaść, kolejką i możemy godnie powrócić do bazy.Cdn. Następnam razem - via ferrata G. Lipella na Tofana di Rozes RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Pablo - 04-09-2011 10:45 PM Stasiu napisał(a): ... Zrzucamy z siebie (niemal) wszystko i, jak w świętym Jordanie, zmywamy wszystko zło w potoku wyciekającym z lodowca.
Prawdziwa żywa woda.
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Tenshi - 05-09-2011 06:15 PM Do tej pory, to trzeci dzień najbardziej mi się podoba RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 06-09-2011 07:08 PM Pablo napisał(a): [A szczelina na zdjęciu, na krok, czy do przeskoczenia była?
(...) Ok. czekam na Toffanę ![]()
Tofana, to będzie o szczebel wyżej Tenshi napisał(a): Do tej pory, to trzeci dzień najbardziej mi się podoba
Tenshi, pisałem, że Marmoladę jeszcze odwiedzę ze strony doliny Contrin i będzie to tym razem na całość. Możesz się dołączyć. RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Pablo - 06-09-2011 10:43 PM Tenshi napisał(a): Odkąd siedziałam sobie na tym szczycie http://www.gorskiswiat.pl/forum/attachment.php?aid=40335 Punta Penia stała się moim calem, jestem pod wielkim urokiem masywu Marmolady. Może kiedyś i ja się tam wdrapię?[/align]
Dla mnie z kolei, z tych dwóch to Piz Boe jest ładniejszy niż Punta Penia która jest "przysadzista", przynajmniej od strony lodowca. Dużo ładniejsze są boczne cimy Marmolady np. Gran Vernel RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 08-09-2011 06:10 PM 4. dzień: Via ferrata Giovanni Lipella na Tofana di Rozes - skok wzwyż Jakoś nam posmakowały trzytysięczniki i z tego powodu wybraliśmy następny - Tofana di Rozes (3225 m). Dla mnie chyba najpiękniejsza z trzech Tofan. Stoi jakoby na uboczu swoich syjamskich sióstr. Punktem wypadowym jest tym razem schronisko A. Dibona (2037 m), co oznacza, że to już nie jest lajtowych 700 m jako na Marmoladę, ale już cosika więcej - sympatycznych 1200 m wzwyż. [attachment=40502] Ku schronisku dojeżdżamy w czasie, kiedy tutejsi kwaternicy dopiero pałaszują śniadanie. Nie dla nas takie przyziemne moresy. My z autka ruszamy zaraz pod ścianę. Będzie się trzeba porządnie zapocić, nim wystartujemy na ferratę. [attachment=40503] Ciepło, nawet na takiej wysokości, dawało nam we znaki i sapaliśmy jak maszyny parowe. W jednym miejscu Tomtur namyślał się czy nie dołączyć do dwóch panów przygotowujących się na wspin i tym sobie skrócić drogę. [attachment=40504] Jednak nie mógł mnie zostawić samotnego i z ciężkim sercem poszedł dalej ze mną. Czym bliżej podnóża Tofany, tym więcej imponująco wyglądają jej pionowe skały. Tutaj dopiero Szewczyczek otrzymałby odpowiedź na swoje pytanie: ?Co to oznacza, że piękno Dolomitów odpycha jak magnes? [attachment=40505] Taaak Szewcze, w takie skały trzeba leźć i nie jest to żaden wspin. Po więcej jak godzinie sapania pod górkę dochodzimy do miejsca, gdzie będzie trzeba znowu zacząć obmacywać skałę. Ferrata na Tofanę rozpoczyna się nietradycyjnie. Stalowa drabinka kieruje nas do wylotu sztolni. Wg przewodnika o długości 800 m. [attachment=40506][attachment=40507] I znowu dwaj ferratowcy będą bawili się w górników. Chłopcy z piaskownicy chcą trochę poznać, jak się czuje Falco w czasie pracy. Na szczęście nie musimy mieć na nogach kaloszy. Tunel prowadzi pod górkę, jest ciepło i parno. Pocimy się teraz dwa razy tyle. Ja jeszcze pół biedy, ale Tomturowi pocą się nawet okulary i bez nich nawet czołówka mu nie pomoże. [attachment=40508] Nareszcie koniec tunelu. Nie wiem co się Tomturowi w głowie plątało, ale jakoś mu się nie chciało wyłazić na dzienne światło. [attachment=40509] To, co w tunelu wyszliśmy, wnet znowu połowę tracimy. Trzeba było teraz obejść całą zachodnią ścianę Tofany i to stylem ferratą do góry i piargiem w dół. Bardzo motywujący system. [attachment=40510] Jednak i w takich warunkach trzeba widzieć piękno górskiej drogi. Żeby coś zyskać, trzeba też o coś powalczyć. Niekiedy z naturą i niekiedy z samym sobą. [attachment=40511] Na zdjęciu, pomijając Tomtura, widzimy w tle górę - Castelletto. Tutaj w czasie wojny odgrywały się ciężkie walki. Włosi nigdy nie zdobyli ten przyczułek zajęty przez Austriaków. Nawet kawałek wierzchołka był wysadzony w powietrze. Kiedy się czytam o takich rzeczach, potem mam dziwne uczucia, kiedy przechodzę w tych miejscach po około 90 latach. Ferrata z czasem jednak nabiera na wysokości. Mijamy jakieś jaskinie, które też można przejść albo znów dla odmiany w kilku miejscach, akurat w takich, gdzie się trzeba przepinać, przechodzimy przez małe wodospady i mamy darmową kąpiel w ubraniu. Powoli też robi się kolejka i trzeba niekiedy czekać albo jakiegoś sprintera przepuszczać. Nie lubię jak mi ktoś fuczy na plecy. [attachment=40513][attachment=40514] Ferrata Lipella ma jedną wygodę. W połowie drogi dochodzi się do miejsca, gdzie można zakończyć dalsze wyjście i zejść już do schroniska. Ma to duże znaczenie podczas załamania pogody. Akurat doszliśmy do tego miejsca - punkt wysokościowy Tre Dita (2694 m). My mamy pogodę idealną i nawet nam do głowy nie przyszło, żeby tutaj zakończyć naszą wyprawę. [attachment=40516] Robimy tylko parę zdjątek, bo pierwszy raz się nam odkrywają dwie syjamskie bliźniaczki naszej księżniczki - od lewej Tofana di Dentro i Tofana di Mezzo. Nas jednak czeka następna próba. Po skalnej półce podchodzimy do miejsca skąd będziemy wspinać się północną ścianą ku szczytowi. [attachment=40518] Przepiękne miejsce. Widzimy pełno innych ferraciarzy jak się powoli posuwają do góry. Nas też czeka fajna zabawa. [attachment=40520] Dobry nastrój mi trochę tutaj psują, niektóre typy "pseudoferraciarzy". Bez jakiegokolwiek zabezpieczenia i bez kasku prują do przodu (raczej do góry), zmuszają innych do uwolnienia miejsca bo oni się śpieszą i tu akurat robi się tłok, bo różnego rodzaju ludzie są na trasie. Nic nie mam przeciwko tego typu frajerom. Niektórzy sobie robią na ferratach pewnego typu gimnastykę przed prawdziwym wspinem, ale tutaj jest tak samo, jak na drogach. Zawsze mogę być najlepszym kierowcą, ale stopień bezpieczeństwa jest tak wysoko, jak dobry jest ten ostatni kierowca. Nie trzeba dużej wyobrazni, ale co by taki niezabezpieczony ferraciarz robił, kiedy przed nim mniej doświadczony turysta się poślizgnie i karabinkami mu utnie paluchy. Chyba jedynie musi nauczyć się latać w czasie, kiedy leci w dół 50, 100 albo 200 m. Na szczęście nic podobnego się nie stało. Wychodzimy na końcową półkę i jeszcze Tomturowi robię zdjęcie, tym razem z góry, prawie przebytej skały. [attachment=40523] Chyba jest to bardzo popularne miejsce na robienie zdjęcia, ponieważ już więcej razy widziałem to ujęcie. Tym razem to mam z Tomturem. Koniec ferraty, ale jeszcze nie koniec odwiedzin naszej księżniczki. Jesteśmy na wysokości około 3025 m tzn. trzeba nam jeszcze wyciągnąć swoje ciało o 200 m. Tam dopiero jest wierzchołek. Czeka nas jeszcze normalne dreptanie. Na wierzchołku jesteśmy dużo po czasie, który podają przewodniki. Wiadomo - dziadki. Widoki ze szczytowania nam zasłaniają chmurki i dlatego musi wystarczyć zdjęcie od krzyża. [attachment=40524] W takim miejscu następują standartowe czynności. Przebieranie się do suchego, popas ciała i ducha, pstrykanie zdjęć i podziwianie okolicy. Nawet nie myślimy na to, że nam trzeba zejść 1200 m normalką, z tego w połowie piargiem i usypiskiem skalnym. Na szczęście mamy po drodze schronisko i jak przypuszczam znowu sobie nieodpuścimy wybrać sobie coś z oferty bufetu. Najpierw schodzimy do miejsca, gdzie się kończyła ferrata. Stąd wierzchołek jest jednak przyciągający. [attachment=40525] My jednak mamy przed sobą inną próbę. Czeka nas sprawdzenie stanu wytrzymałości stawu kolanowego. Czy mamy w porządku resory i tłumiki. Nasz wzrok nieustannie kieruje się w stronę małego punkciku w postaci schroniska Giussani (2580 m). Ten się powiększa proporcjonalnie do naszego zmęczenia. [attachment=40526] Nareszcie upragniona kawka w upragnionym miejscu u podnóża naszej księżniczki. [attachment=40527] Ładne miejsce, w którym bym sobie wyobraził spotkanie bibowe. No, i czas na ostateczne zadanie. Zejście do punktu wyjściowego. Czeka nas normalny zygzak dreptakowy. Najpierw mijamy baraki, które podczas wojny służyły dla żołnierzy i potem już tylko wspominane zejście. [attachment=40528][attachment=40529] Lubię tego typu zejścia. Człowiek się więcej nachodzi, ale szanuje głównie kolana. I to są już ostatnie myśli z tej wycieczki. Dochodzimy zbici, ale w dobrym nastroju do autka, które już zawiezie nas do bazy. Cdn. Następnym razem Via ferrata na Toblinger Knoten po drabinkach RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Pablo - 08-09-2011 08:51 PM Stasiu napisał(a): ...
Ciepło, nawet na takiej wysokości, dawało nam we znaki i sapaliśmy jak maszyny parowe. ...
Nieźle, identyczne warunki można rzec Stasiu napisał(a): ... Ferrata na Tofanę rozpoczyna się nietradycyjnie. Stalowa drabinka kieruje nas do wylotu sztolni...
Ze zdjęć wychodzi, żebylismy tam o tej samej porze, u Was 9.27, ja mam na fotce 9.14 Stasiu napisał(a): ... albo znów dla odmiany w kilku miejscach, akurat w takich, gdzie się trzeba przepinać, przechodzimy przez małe wodospady i mamy darmową kąpiel w ubraniu. Powoli też robi się kolejka i trzeba niekiedy czekać albo jakiegoś sprintera przepuszczać.
Właśnie, Dolomity suche są generalnie, ale tam akurat grubo się leje za kołnierz. A z tymi kolejkami..., ze zdjęć widzę iż nam się trafiło zdecydowanie mniej ludzi i wyprzedzania jako takiego nie było często. Stasiu napisał(a): Przepiękne miejsce. Widzimy pełno innych ferraciarzy jak się powoli posuwają do góry. Nas też czeka fajna zabawa.
...Wychodzimy na końcową półkę i jeszcze Tomturowi robię zdjęcie, tym razem z góry, prawie przebytej skały. Chyba jest to bardzo popularne miejsce na robienie zdjęcia, ponieważ już więcej razy widziałem to ujęcie. Tym razem to mam z Tomturem.
Wiadomo, przepiękny amfiteatr Tofany d.R. Stasiu napisał(a): Nareszcie upragniona kawka w upragnionym miejscu u podnóża naszej księżniczki.
Ojojoj... ja jednak wybrałem tam małe piwko RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 09-09-2011 08:24 PM 5. dzień: Leiternsteig i Feldkurat-Hosp-Steig na Toblinger Knoten - bieg na 400 m Zaraz na początku trzeba powiedzieć, że dzisiejsza wycieczka była podjęta w celu pokazania Tomturowi słynnych wieży Drei Zinnen (Tre Cime di Lavaredo), które nie brakują na żadnym kalendarzu z Dolomitów. Ja ich raczej nazwałem "Zęby Smoka". Może by coś o tym powiedział Sylwester, ale długo go nie było na forum. Nie miało być żadnego wielkiego podchodzenia pod górkę. Wyjście drabinkami na Toblinger Knotem było tylko małą namiastką w tym dniu. Z bazy wyjeżdżamy wcześnie, bo czeka nas przeszło 60 km jazdy przez trzy przełęcze. Parkujemy przy schronisku Lavaredo (2344 m), coś w rodzaju górskiej Palenicy Białczańskiej. Ostatni podjazd krzywi nam nasze miny, ponieważ droga jest pod opłatą 22 Euro. Na parkingu szybko zapominamy na to bezczerstwo i raczej podziwiamy okoliczne widoki. [attachment=40532] Tak, jak Taterki mają swoją ceprostradę, tak i Dolomity mają swoją "volkssteig". [attachment=40533] Trzeba dodać, że zdjęcie było robione rano i dopołudniowe nasilenie nie było jeszcze nastawione na maksa. Niekiedy się zastanawiam czego musimy na kopczykach dokonywać, żeby do naszych żył wypuścić trochę adrenaliny. Gonimy po skalistych kopczykach, przekraczamy jakieś czeluście, ryzykujemy zjechanie tyłkiem po płacie śniegu itd. A tutaj niektóre ludziki mają za adrenalinę jeszcze zapłacone. [attachment=40534] Ciekawy to zawód dostarczać towar na górskie schroniska. Żeby podziwiać Drei Zinen z tej prawdziwej strony, trzeba wyjść na szeroką przełęcz Paternsattel (2454 m). Tutaj najpierw w całej swej okazałości pokazuje się Paternkofel i na dalszym planie Toblinger Knoten. [attachment=40535] Dla mnie to jest już pietyczne miejsce. Chyba co roku jest mi dane oglądać te widoki. Z przełęczy zaczynają pokazywać też swoją twarz nasze wieże. [attachment=40536] Jeszcze trochę trawersu pod Paternkofelem i mamy pełny uśmiech Smoka. [attachment=40537] Prawdziwy pokarm dla oczu. Nie mniej ładny widok jest w odwrotnym kierunku, na zbliżające się schronisko Drei Zinnen. [attachment=40538] Za nim się obnaża wyzywająco Toblinger Knoten. Można jeszcze tutaj dodać, że ładnie się też prezentuje skała na prawo - Frankfurter Würstl (Frankfurtska Parówka). Może więcej sprośni by "to" nazwali inaczej. Tak czy siak, obok tej skały zaczyna się ferrata na Paternkofel. Przy schronisku się nawet nie zatrzymujemy i pędzimy pod skałę. Coś nas jakby do niej przyciągało. Może to jest kulisa dźwiękowa wydostająca się z krowich dzwonków? No i jesteśmy pod ścianą. Ktoś może powiedzieć. Co to za wspinaczka po drabinkach z przewyższeniem 100 m. Po nich nawet bez problemu chodzą kury do kurnika. Jednak to tylko pozory. Taka drabinka do przewisu albo powietrze pod stalowymi hakami wymaga siły i koncentracji. Tomtur później orzecze, że to była dla niego technicznie najcięższa ferrata za ubiegłych pięć dni. Od początku pniemy pionowo do góry. Drabinka za drabinką.[attachment=40539] Pozostaje mi Tomtura fotografować tylko z lotu ptaka. Jak takie wchodzenie do kurnika jest wycięczające, poznać po jego buzi. [attachment=40540] Na szczęście na tej trasie męczyć się nie trzeba zbyt długo. Czeka nas jeszcze kominek skalny, [attachment=40541] potem trochę powietrza pod zelówkami, [attachment=40542] obmacania skalnej grani [attachment=40543] i już nasze wyśmiane buzie cieszą się z odweidzin wierzchołka na Toblinger Knoten (2617 m). [attachment=40544] Jakieś krótkie to wszystko było. Człowiek jest przyzwyczajony do całodziennego chodzenia. Na szczycie nie zatrzymujemy się długo. Tylko powinna sesja zdjęciowa i migamy w dół. Powrotna droga jest o wiele łatwiejsza i nie robi nam zbytnio problemów. Jeszcze przed schroniskiem odwiedzamy Sextenerstein. W dzisiejszych czasach mało znaczący kopczyk, ale podczas pierwszej wojny znów miejsce ciężkich walk. Jest to miejsce dla tych, którzy nie mają na Toblinger, szukają spokoju i chcą widzieć Zęby Smoka i Toblinger Knoten w całych swych okazałościach. [attachment=40545][attachment=40546] Dzisiejsza wycieczka jest dla nas takim wypoczynkiem po przedeszłych dniach. Trzeba nam też odwiedzić Zakopane Dolomitów - Cortinę d´Ampezzo i teraz jest ku temu okazja. Ciężko nam jest opuścić ten punkt widokowy. Najgorzej, że nam trzeba przedrzeć się przez to mrowie przy schronisku i nie zadeptać nikogo na drodze powrotnej do autka. [attachment=40547] Jeszcze mi na Forum będzie ktoś mamrotał o dużo turystach przy schronisku na Morskim Oku. Za karę otrzymie karnet na nocleg w schronisku Drei Zinnen ze soboty na niedzielę w środku lata. I z taką myślą dnia możemy zakończyć dzisiejszy dzień.Cdn. Następnym razem Via ferrata Brigata Tridentina w grupie Sella RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 11-09-2011 08:16 PM 6. dzień: Via ferrata Brigata Tridentina w grupie Sella - bieg na 110 m przez płotki Wkraczamy do drugiej połowy naszej wyprawy. Pierwotnie mieliśmy wyjść ferratą na Boéseekofel, mniejszego brata Piz Boé w grupie Sella. Jednak przejazd dwiema kolejkami linowymi kosztowało by 17,6 Euro dla każdego i to nas zniechęciło. Miałem jednak w rezerwie inny wariant wyjścia w tej grupie - Pisciadústeig ferratą Brigata Tridentina. Z tego powodu parkujemy pod przełęczą Gardena. Trasa jest bardzo ładna i dlatego też dużo odwiedzana. Widać to już na małym parkingu, gdzie jest sporo samochodów. W pełni to poznajemy zaraz pod scianą. Kolejka na klamrach była faktycznie długa. [attachment=40550] Jakoś nam się udało dopasować do szeregu i gęsiego zaczynamy pnąć do góry. [attachment=40551] Na szczęście za klamrami nastąpiła przerwa w ferratowaniu i mogliśmy tutaj mniej zaawansowanych wyprzedzić. Przy wodospadzie dalszy ciąg wspinaczki. [attachment=40552] Jednak i tu nie jest lepiej. Też trzeba się poruszać tak szybko, jak osobniki przed nami. Mnie to jednak nie przeszkadza. Można czas czekania wypełnić robieniem foteczek albo nawet kręceniem minividea bez pośpiechu. http://www.youtube.com/watch?v=y6-d8_XN9Z0 Opisywana ferrata ma jeszcze jedną wygodę. Na tej trasie można robić zdjęcia tylko w dwóch poziomach. Przedstawić pion z góry [attachment=40553] albo przedstawić pion z boku [attachment=40554][attachment=40555] Zwłaszcza focenie uczestnika w bocznym pionie pokazuje, jak urokliwa jest ta ferrata. Po przejściu takich miejsc, znowu przerwa w ferracie. Budowniczowie tej drogi chcieli jakby naznaczyć, że tutaj mogą mniej sprawni na skróty i już bez zabezpieczeń dojść do schroniska. Dla tych, co chcą jeszcze trochę adrenaliny, mogą dalej kontynuować swoją przygodę. Od tego momentu jest jeszcze więcej pionowo, lepiej powiedzić, że pion to minumum. Raczej występują momenty, kiedy są miejsca w przewisie. Na szczęście trasa jest dobrze zabezpieczona i przewisłe miejsca osadzone klamrami lub kołkami. [attachment=40556] Chciałem nawet wyfotografować pionową drabinkę i porównać ją z bardziej znaną na OP. [attachment=40557] - Piotrek przepraszam, że mi do kadru znowu wlazło jakieś indywiduo Jednak zbytnio tego nie widać i muszę to powiedzieć własnymi słowami. Różnica jest taka, że na OP nie jesteśmy zabezpieczeni, bo nie ma stalowej liny i zlecimy na łeb około 10 m a tutaj jesteśmy przed upadkiem zabezpieczeni i kiedy nie, to lecimy na łeb trochę dłużej. Jednak prawo swobodnego spadania jest nieuprośne w obu przypadkach. Niespełna tego wszystkiego ująć zdjęciami. [attachment=40558][attachment=40559] Trzeba to piękno tras przeżyć na własnej skórze. No i jesteśmy na końcu naszej wspinaczki. Jeszcze taka kropka nad "i" albo raczej powiedziane "wisienka na torcie". Śmiało zawieszony mostek pod wieżą Exner Turm. [attachment=40560][attachment=40561] Można sobie tysiąc razy wmawiać, że to pestka, ale kiedy się kroczy przez takie miejsce, ma się zawsze mieszane uczucia. Dla przykładu można popatrzeć na przejście tego miejsca przez Tomtura: http://www.youtube.com/watch?v=Y9H5BRkqsz8 Mostek - to już jednak koniec ferraty i stąd to jest parę minut do schroniska Pisciadu (2583 m). [attachment=40562] Jeszcze ostatni widok do doliny, na wieżę Exner Turm z mostkiem i pionową końcówką ferraty [attachment=40563] i możemy cieszyć się na przystanek w postaci schroniska. Z tego miejsca przewodniki proponują jeszcze wyjście na wierzchołek Pisciadú (2985 m) w relacji 2,5 godziny, ale to pozastawiamy na inny dzień albo może na jaką bibę, ponieważ znów natrafiliśmy na miejsce do tego rodzaju spotkań stworzone. Z czasem nawet zaczynamy się troszeczkę przypodobniać do miejscowych turystów. Kupujemy sobie przy schroniskach coś na poczęstunek. [attachment=40564] Miejsce to jest bardzo urokliwe, ale trzeba też myśleć o powrocie. Czeka nas zejście, jak zwykle, stromym piargiem. Jeszcze dla lepszego pamiętania ostatnie spojrzenie na schronisko [attachment=40565] - w tle nasz niedoszły kopczyk - Boéseekofel i już czeka nas nawet coś w postaci lajtowej ferraty, na której nie trzeba się zabezpieczać. [attachment=40566] Jest to jednak pomoc dla naszych kolan. Tutejsze zejścia, stylem co krok to min. 30 cm w dół, dokładnie przewietrzą nasze kolana. W dolnej połowie zejścia poręczówka się kończy i trzeba już tylko o własnych nogach zejść tą rokliną. [attachment=40567] Dopiero przy samochodzie możemy porządnie odetchnąć. Mamy dalsze życiowe przeżycie za sobą. Podczas powrotnej drogi nas czeka jeszcze jedno ujęcie. Z drogi fajnie widać wspominaną wieżę Exner Turn i przy większym przybliżeniu nawet mostek z przechodzącymi ludzikami. [attachment=40568] Cdn. Następnym razem Via delle Trincée RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Tenshi - 12-09-2011 07:38 PM [attachment=40600] Pięknie wyrzeźbiona i uformowana skała. [attachment=40601] A cóż to za płaskowyż z zębami rekina? Patrząc na niektóre zdjęcia Tomtura w pionie, przyznam że robią wrażenie! RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 12-09-2011 08:30 PM Tenshi napisał(a): (...) A cóż to za płaskowyż z zębami rekina? (...)
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 13-09-2011 08:51 PM 7. dzień: Ferrata Via delle Trincée - rzut dyskiem Powoli trzeba było wymyśleć dla Tomtura coś ekstra. Czas na czarną ferratę. Długo rozmyślałem, którą wybrać na pierwszy raz. Wybór padł na Via delle Trincée, która znajduje się w paśmie leżącym między grupą Marmolady i Sella. Mamy też z tego powodu przy ładnej pogodzie zabezpieczone pierwszoplanowe widoki na te pasma. Dojeżdżamy do miejscowości Arabba i pomagamy sobie dalszym cudem techniki - kolejką linową. Jednak 800 m wywiezienia tyłka to duża pomoc. W kabinie kolejki linowej wznikło pamiętne zdanie Tomtura: "Na to mamy wejść?" [attachment=40606] - trochę mniej udane zdjęcie, ale widać co Tomtur zobaczył - Bec de Mesdi Ucieszył mnie ten wyrok, bo poznałem, że wybrałem ten akuratny szlak. Na początek jednak uczta dla oczu. Po wylezieniu z kabiny kolejki, śmieją się na nas: Marmolada [attachment=40607] i Sella [attachment=40608] Nas jednak czeka porcja adrenaliny. Trzeba od górnej stacji kawałek podejść i już jest się pod ścianą całego grzbietu Padankamm (Crepes de Padon). Najcięższe miejsce jest zaraz na początku. Ściana nie ma w tym miejscu sztucznych kołków albo klamer, tylko stalowa lina. Trzeba 5 - 7 m po górolsku. Dla silnych w ramionach ten styl ma swoje wygody. Problemy są tylko przy przepinaniu karabinków. Skała tego grzbietu ma jednak pewną wygodę. Tutaj raczej mógł by się wypowiedzieć jaki geolog. Skała była tworzona z dwóch rodzajów podłoża. Były to kamienie, chyba pochodzenia wulkanicznego i jakiś piaskowiec. Przypominało mi to papier ścierny, na którym podeszwa przy stylu górolskim się dobrze trzymała. Dolomit, to całkiem coś innego. Jak jest wygładzony, to sĺiski jak diabli. Z pierwszymi metrami się jakoś uporaliśmy. [attachment=40609] Tomtur jakoby nie wierzył własnym oczom, że można coś takiego przejść. [attachment=40610] Pionowa (prawie) ściana ma też swoje wygody. Szybko nabieramy wysokości i miejsce, gdzie przed chwilą jeszcze staliśmy, jest dosyć pod nami. [attachment=40611] I tak powolutku, nie gonieni przez nikogo, wychodzimy na grań, która jest w tym miejscu ostra jak brzytwa. [attachment=40612] Z widokami na prawo i na lewo podchodzimy pod najwyższy punkt - Bec de Mesdi (2727 m). Na drodze któś nam postawił mostek, żeby nam ułatwić drogę. [attachment=40613] Może jak dla kogo. Niektórzy mogą mieć problemy przechadzać się po rozwikłanym mostku, gdzie deski są miejscami posunięte: http://www.youtube.com/watch?v=PwjeCrp_O8E Za mostkiem trzeba się jeszcze parę razy poprzepinać, zaliczyć znane Tomturowe górolskie podejście z pozdrowieniem dla ferraciarzy http://www.youtube.com/watch?v=ZA5jq0jWDTo i jest się na wierzchołku. Wspaniałe uczucie. Po Tomturowej buzi widać, że jest zadowolony z wycieczki. Poczuł, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Trzeba najpierw wypróbować i dopiero potem oceniać. Widoki jak z lotu ptaka, na wszystkie strony same piony. Na szczycie ledwo się mieścimy. [attachment=40614] Z tego powodu nie fundujemy sobie postój i zasuwamy w dół. Dochodzimy do małej trawiastej przełęczy, gdzie pasące się owce pokazują nam, że tutaj można zakończyć ten wariatków i zejść do punktu wyjściowego. My jednak nie dajemy na ich propozycję i startujemy na dalszą część skalnego masywu. Dobrze zrobiliśmy, jeszcze nas czekała niejedna przygoda. Będzie to jednak kosztem dłuższej powrotnej drogi. Nawet taka skalna półeczka miała swój urok. [attachment=40615] I widok przed chwilą odwiedzonego szczytu Bec de Mesdi z dalszymi ferraciarzami, tak jakoby widziany z boku, jest też przejmujący. [attachment=40616] Jeżeli ktoś myśli, że wszystkie najcięższe przeszkody są już za nami, to grubo się w tym miejscu myli. Podczas schodzenia dochodzimy do miejsca, gdzie trzeba zrobić parę kroków do jakby pustej przestrzeni. Zawsze się powietrzne partie lepiej wychodzi do góry, ponieważ nie trzeba patrzeć na przestrzeń pod nami, ale teraz w tym miejscu było odwrotnie. Szukać oporę pod but ze spojrzeniem w dół szeroko nam otworzy oczy i powiększy źrenice. [attachment=40628] To samo miejsce od spodu. [attachment=40617] i dalsza część [attachment=40618] Fajne miejsce. Akurat nam to dobrze rozprądziło krew. To był już jednak ostatni taki adrenalinowy moment. Za skalną półką, [attachment=40619] gdzie trasa łamie się pod kątem 300 stopni, robi się przyjemniej. [attachment=40620] Resztki grzbietu będzie się trawersować raz po lewej i raz po prawej stronie. Wg przewodnika mają na nas czekać jakieś sztolnie. Po przejściu mniej ciekawego trawiastego odcinka, dochodzimy do pierwszej dziury. W środku trochę błądzimy, bo korytarz ma pełno ślepych zaułków. Dopiero po chwili znajdujemy ten właściwy otwór, który jest zagrodzony odpoczywającymi owcami. [attachment=40621] Kiedy nas widzą, niechętnie nas przepuszczają. Chyba pomyślały, co to za olinowane barany przeszkadzją nam podczas południowej siesty. [attachment=40622] Zmykamy z tego miejsca czym prędzej, żeby nas jaki skuteczny baran nie przegonił. Przechodzimy przez zabezpieczony trawers, żeby znowu powitała nas dziura następnej sztolni. Tutaj jest już wygodniej. Aczkolwiek jest o wiele dłuższa (ma 600 m) od poprzedniej, skuteczna trasa jest wyznaczona strzałkami. Koniec tunelu, to zarówno i koniec ferraty. [attachment=40623] Po 3,5 godzinach powietrznej zabawy jesteśmy u celu. Pozostaje nam jeszcze odwiedzenie schroniska i powrotna droga już normalnym szlakiem. Po wyjściu ze sztolni wita nas chatka biwaku Bontadini (2552 m) [attachment=40624][attachment=40625] Wyśmienite miejsce dla nocleżników, którzy mają głęboko do kieszeni. Spanie na pryczach, kibelek i woda, to wszystko darmowo. Jako niby z obowiązku, wychodzimy jeszcze na pobliski kopczyk Mesolina (2642 m). Stąd rozprościera się ładny widok na Marmoladę. [attachment=40626] - nad czym wtedy dumał Tomtur patrząc na Marmoladę? Rychło schodzimy do schroniska Padon i tam dajemy po jednym zasłużonym. Trzeba trochę zreperować siły. Nie jest nam dane jednak porządnie odpocząć. Przy ładnej pogodzie sporo turystów wyjechało tu kolejką i nie jest nam dana możliwość w pełni wchłonąć tutejszą atmosferę. Powrotna droga jest całkiem nudnawa. Normalny dreptak. Czas od czasu spoglądam na Marmoladę i wspominam na chwile, kiedy tam przed paru dniami byliśmy. Pod koniec powrotnej drogi jest nam jeszcze dana możliwość od spodu popatrzeć na pierwszą część ferraty z mostkiem. [attachment=40627] To już jednak ostatni górski moment. Za chwilę nas kabina kolejki linowej zabierze z tego fantastycznego miejsca do cywilizacji. Cdn. Następnym razem odwiedziny schroniska Coldai przed wyjsćiem na Civettę. RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 13-09-2011 08:53 PM Proszę jakiego moderatora o usunięcie posta nr. 29. Jest to duplikat posto 30, ale bez zdjęć. RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Pablo - 13-09-2011 09:15 PM Boeseekofel to Piz Da Lech rozumiem? Aaaa leniuszki, można było podejść , wiadomo, trochę jednak czasu by to zajęło ![]() No... w końcu napój turysty http://www.gorskiswiat.pl/forum/attachment.php?aid=40564Naprawdę ładnie wygląda ta ferrata na zdjęciach, szczególnie to jest super http://www.gorskiswiat.pl/forum/attachment.php?aid=40555 ale wiadomo takich chwil do końca nie odda żadne zdjęcie.
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Anna - 13-09-2011 09:48 PM Stasiu,przeczytałam już wszystkie Twoje relacje z Dolomitów(mojego niespełnionego jeszcze marzenia)i co wakacje czekam zawsze na jakąś nową.Bardzo podoba mi się,że co roku konsekwentnie jeździsz w swoje ulubione góry rzeczywiście jeszcze parę sezonów a będziesz znał je jak własną kieszeń![]() Patrząc na dzień 7,to rzeczywiście ferrata wydaje się ekstremalna i chociaż nie mam lęku przed powietrzem pod stopami,to zaczęłam zastanawiać się czy udałoby mi się ją przejść Czy ta ferrata z dnia 7 to już najbardziej ekstremalna z możliwych?czy są jeszcze jakieś o trudniejszym stopniu?I ciekawi mnie sprawa sztolni-czy na całej długości są na tyle wysokie że przechodzi się je swobodnie czy trzeba się przy tym trochę nagimnastykować? ![]() Tomturowe pozdrowienia dla ferraciarzy bezcenne ![]()
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Pablo - 13-09-2011 10:09 PM Świetny dzień mieliście na grani Padon, moc wrażeń i adrenaliny Już się do niej przymierzaliśmy, przypadkowo, nie znając stopnia trudności po tym jak nas pogoda zatrzymała przed wejściem na Marmoladę, na szczęście nic z tego nie wyszło, Bogusia by mnie chyba udusiła za taki pomysł wtedy... ale kto wie może następnym razem ![]() A filmik z Tomturem można wrzucać codziennie dla poprawy humoru
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Łukasz - 14-09-2011 03:39 PM Jadę tam za rok. Już zaczynam oszczędzanie. RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 14-09-2011 06:14 PM Do Pawła - byłem trochę smutny, nie idziemy na Boeseekofel, bo to miała być jedyna ferrata z całego pobytu, na której jeszcze mi nie było dane dreptać. Jednak ostatnio, głównie prawie w Dolomitach, niebardzo mi się chce dreptać tam, gdzie tubylcy, nie liczę klapkowiczów, ale normalnych turystów, wyjeżdżają kolejką a ja muszę dreptać po własnych. Oni potem startują na właściwą trasę świezi a ja zasapany. Do Anny i jeszcze do Pawła - Opisana ferrata z 7 dnia nie jest najbardziej ekstremalna. Znam cięższe. Faktycznie kluczowe miejsce jest zaraz na początku. Jeżeli ma ktoś problemy, to praktycznie ani nie zacznie. [attachment=40630] Jest to też widoczne w schemacie. Tunele są dobre wystarczy schylać głowę. Poruszanie na czworakach tam nie grozi. Do Łukasza - dobrze czynisz poborco, ja też już rozpocząłem wrzucać drobne do skarbonki. RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - gabi82 - 15-09-2011 09:20 AM po 1. bardzo lubię Stasiowy styl pisania, który zawiera zawsze dostateczną szczyptę humoru, szczyptę praktycznych informacji i subiektywne przeżycia/myśli etc.Zawsze dobrze się Ciebie czyta ![]() po 2. jestem pełna uznania dla Tomtura, który dzielnie zmierzył się z Dolomitami, to zdjęcie zrobiło na mnie piorunujące wrażenie http://www.gorskiswiat.pl/forum/attachment.php?aid=40612 , a tu aż mnie dreszczyk przeszedł, http://www.gorskiswiat.pl/forum/attachment.php?aid=40555 bardzo rajcujące Dla mnie to pokonanie grawitacji, lęku, wszelkich słabości etc. po 3. fajnie patrzy się na takie zdjęcia, 2 kompanów, kumpli, którzy jak widać odbierają na takiej samej fali. Wypada jedynie życzyć dalszych sukcesów. Super przygoda i fantastyczne doświadczenie. http://www.gorskiswiat.pl/forum/attachment.php?aid=40544 http://www.gorskiswiat.pl/forum/attachment.php?aid=40564 Oby tak dalej chłopaki! ps. a MORSY mnie całkowicie rozbroiły
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Mallaidh - 15-09-2011 09:32 AM Przeczytałem, obejrzałem. Ładna okolica Delikatnie mówiąc ![]() Ale po tych wszystkich zdjęciach kręci mi się w głowie i nie wiem czy zejdę teraz po schodach
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Łukasz - 15-09-2011 09:35 AM Panie Maćku - Oni byli po conajmniej dwóch setkach i temu tak latali po skałach. Pani Gabi - dreszczyk górski jest bardzo ważny
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Tenshi - 15-09-2011 11:59 AM Stasiu, potrafisz stopniować napięcie. Co dzień więcej emocji ![]() Ręce mi się spociły z wrażenia Mostek to chyba pamięta czasy I WŚ.Bravo dla Tomtura
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Mallaidh - 15-09-2011 12:53 PM Już czekam aż się zobaczę z Tomkiem i usłyszę relację z pierwszej ręki ![]() Będzie co opowiadać przez następne 5 bib! RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 15-09-2011 07:37 PM Maciek, masz rację. Chyba lepsze relacje od moich poda Tomtur na żywo. Jeszcze się jakoś nie wypowiedział. Może czeka na moje zakończenie.
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - tomtur - 15-09-2011 07:51 PM Czekam na metę Stachu
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 15-09-2011 08:07 PM Tenshi napisał(a): Stasiu, potrafisz stopniować napięcie. Co dzień więcej emocji
![]() Ręce mi się spociły z wrażenia Mostek to chyba pamięta czasy I WŚ.Bravo dla Tomtura ![]()
Wiesz co Tenshi. Ferrata Trincée jest chyba najwięcej odpowiednia w Dolomitach, kiedy chcemy rozpocząć dreptać po "czarnych" (włoska skala 3 stopniowa) albo po "bardzo ciężkich" (austriacka skala 5 stopniowa). RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 15-09-2011 08:43 PM 8. dzień: Przejście do schroniska Coldai - skok o tyczce Trzeba zaraz na początku powiedzieć, że w ten dzień nie robiliśmy żadnych górskich wypraw. Ot tak sobie normalna dreptówa do schroniska. Dla niektórych czytelników może być nudnawo. Jak już pisałem, nasza baza była usytuowana w kampingu Palafavera u podnóża Mt. Pelmo z widokiem na Civettę. I ten widok przyciągał każdego dnia Tomturowe oczy. Było mi jasne, że on nie popuści i będzie chciał na nią wyjść. Faktycznie, Civetta jest z tego miejsca bardzo fotogeniczna. I ja mam chyba parę dziesiątek zdjęć. Z tego powodu w tym roku ją zbytnio nie fotografowałem i muszę sobie pomóc zdjęciem z innych lat. [attachment=40633] - ujęcie z 2010 roku jest z trochę wyższego miejsca niż jest kamping Wyprawa na ten szczyt miała być dostojnym zakończeniem naszego pobytu w Dolomitach. Wystarczą dla porównania dwa parametry - od kampingu na szczyt to jest około 1700 m, z tego samotna ferrata ma 900 m. Już dwa razy to szedłem i dlatego sobie powiedziałem, następnym razem na Civettę tylko z noclegiem w schronisku Coldai. Będzie to o 600 m mniej. Z tego powodu to będzie dzisiaj lajtowych 600 m do schroniska. Rano nie musimy chociaż wcześnie wstawać. I namiot nam wyschnie. W południe opuszczamy naszą bazę i na pieszo wychodzimy. Civetta posyła nam pierwsze pozdrowienie - słoneczko niemiłosiernie pali prosto na łby jak gdzieś na plaży a to jesteśmy na 1500 m. Jednak ostatnie dni nas dobrze wyćwiczyły w górskim boju i nie dla nas takie maniery. Pniemy po szutrowej drodze bez problemów. Kiedy skończył się las i droga się trochę wyprostowała, pokazał się szyderczo nasz jutrzejszy cel. [attachment=40634] Tomtur chyba przeliczał ile potu go będzie stać odwiedzenie takiej piękności. Można już teraz przyznać, że ta piękność na drugi dzień wyciągła z nas ostatnie poty. Pierwszym przystankiem jest gospodarstwo Pioda (1816 m). [attachment=40635] [attachment=40636] - ujęcie z 2008 roku Gospodarz oferuje różne produkty, nawet i nocleg, nam jednak wystarczy woda cieknąca z wodopoju. Bydło jest na pastwisku i dlatego nie musimy się z nim przepychać. Od teraz trzeba drałować więcej pod kopczyk, aczkolwiek chodnik nie przekracza taternickiej normy. [attachment=40637] Jest też czas na wygodny odpoczynek i podziwianie okolicznych widoków. [attachment=40638] [attachment=40639] - z roku 2008 widok na Mt. Pelmo (w dole droga do gospodarstwa Pioda) W tym miejscu to już kawałek do końca dzisiejszej wędrówki. O 14:00 jesteśmy przy schronisku Coldai (2132 m). Sporo ludzi, ale i tak o tej porze jesteśmy pierwsi kandydaci na nocleg. Dzięki karcie Alpenverein nocleg kosztuje 10 Euro, bez karty 20. No tak, ale co z napoczętym popołudniem i wieczorem? Najpierw dreptówa na pobliskie siodło Coldai z widokiem na drugą stronę Civetty. Następnie dreptanie w miejscu przy schronisku, popas własnych potraw i kosztowanie miejscowych nalewek (wiadomo zaoszczędziliśmy na noclegu ). Zapamiętałem jedną nazwę - Mugo. To był macerat gałązki sosny. Były też maceraty jakiegoś gorzkiego zioła i kminku.[attachment=40640] Fotografowanie posuwającego się cienia Civetty na przeciwległe kopczyki też zabrało parę chwil. [attachment=40641] Z czasem robiło się jednak nudnawo, bo jak długo można podziwiać widoki? Trochę czasu zabiliśmy zamówieniem jakiegoś jadła z oferty kuchni. Jak we Włoszech, to makaron z czymś. Jadło do nas migiem wpadło i trzeba było jeszcze swoim doprawić, ponieważ górskie powietrze jest i w Dolomitach wytrawne. Ostatnim punktem programu była zaplanowana sesja zdjęciowa zachodu słońca. Z tego powodu powtórnie drepczemy na siodło Coldai. Jednak trochę późno. Słońce się nam zdążyło schować za Marmoladę. [attachment=40642] W tym miejscu mogę dodać, że tuż pod siodłem jest małe jeziorko Coldai, gdzie jest i miejsce na biwak (dla tych co niechą płacić w schronisku i wolą taszczyć swój przybytek). Nawet woda w jeziorze jest całkiem, całkiem. Z takimi wrażeniami i w niecierpliwym oczekiwaniu jutrzejszego dnia idziemy do legierka. Rano trzeba wcześnie wstawać. Muszę przyznać, że byłem trochę zawiedziony z noclegu. Spałem na składanym leżaku. Wiadomo, że ciało nocleżnika jest w takich warunkach zawsze jednakowo wygięte. Dupsko niżej a głowa i nogi wyżej. Bardzo niewygodna pozycja, zwłaszcza na boku. Tym wyżaleniem kończę dzisiejszy dzień. Dobranoc. Cdn. Via ferrata Alleghesi na Civettę. RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Pablo - 15-09-2011 09:31 PM Stasiu a twoja córka to jeszcze jeździ w góry? A ten leżak to z powodu przepełnienia w schronisku czy może dla zemsty, że za mało kasy wydaliście w środku
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 15-09-2011 09:46 PM Pablo napisał(a): Stasiu a twoja córka to jeszcze jeździ w góry?
A ten leżak to z powodu przepełnienia w schronisku czy może dla zemsty, że za mało kasy wydaliście w środku ![]()
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Tenshi - 16-09-2011 08:51 AM Stasiu napisał(a): (...)Trzeba zaraz na początku powiedzieć, że w ten dzień nie robiliśmy żadnych górskich wypraw. Ot tak sobie normalna dreptówa do schroniska. Dla niektórych czytelników może być nudnawo.
Bardzo mi się taka dreptówka podoba RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Łukasz - 16-09-2011 08:58 AM Na kopczyki mi został już tylko Tomtur ![]() Przyjmij szczere wyrazy współczucia. RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 16-09-2011 07:10 PM Anna napisał(a): (...)I ciekawi mnie sprawa sztolni-czy na całej długości są na tyle wysokie że przechodzi się je swobodnie czy trzeba się przy tym trochę nagimnastykować?
![]() Tomturowe pozdrowienia dla ferraciarzy bezcenne ![]() ![]()
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Tenshi - 16-09-2011 09:46 PM Stasiu napisał(a): (...) jeszcze jedno zdjęcie, które potwierdza, że nie trza się dużo zgibać.
Tego typu zdjęcia trzeba odbierać, że widzimy bardzo mał, tylko przy świetle czołówki. Dopiero lampa błyskowa nam pokazuje co się w korytarzu znajduje.
Mogę jedynie się domyślać, że wyglądasz jak ze świata Falco, lub mojego miedziowego Minatore RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - viking - 17-09-2011 07:01 PM Witam i gratki za opisane wrażenia z włoskich ferrat, jednak czekam na wasze odczucia z Magnifici 4, bo "Trincee" to jest jednak tylko słaba "4" w skali do 5 RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 19-09-2011 05:20 PM Czekałem, kiedy się Viking odezwie. Wiedzałem też, że słowem zahaczy o Magnifici 4. Przyznam, że już teoretycznie przygotowywałem się do niej. Nie wiem jednak, czy z upływem czasu mi wyjdzie czas na ten wybryk. Lata przybywają, sił ubywa i ciągle trzeba walczyć z obwodem pasa. Jednak jeszcze nie pogrzebałem sprawy ![]() Viking, a mówi Ci coś ferrata Giani Costantini? RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 19-09-2011 08:02 PM 9. dzień: Vie ferrata degli Alleghesi - rzut oszczepem Ten dzień można by nazwać "Złotym gwoździem naszej wyprawy". Dla Tomtura egzamin dojrzałości ferraciarzy. Dla mnie próba się z biegiem czasu. Rano wstajemy wcześnie, jeszcze przed wschodem słońca. [attachment=40728] Śniadanko i kawka z zaparzonej wody na własnym kocherze przed schroniskiem wyśmienite. Wielce mnie ździwiło, że o tej porze na wysokości ponad 2000 m jest bardzo ciepło. Z jednej strony to było fajnie sobie wysiadywać przed schroniskiem, ale z drugiej strony co to będzie w południe na skale. O tym mieliśmy się wkrótce przekonać. No, teraz nad tym się zbytnio nie zastanawialiśmy. Pierwsza na trasę wystartowała grupa Słoweńców. Potem to za nimi wyglądało podobnie jak na wiosnę, kiedy jeden gospodarz zacznie sadzić ziemniaki i wtedy wszyscy zaczną robić to samo, żeby nie być ostatnim. I tak to było teraz. Spuściła się ludzka lawina. Pod ferratę trzeba jeszcze z godzinkę podreptać i dlatego to jest droga na nastrojenie organizmu na właściwą temperaturę. [attachment=40730] - słońce wychodzi zza Mt. Pelma 900 m ferraty w pionie może się komuś wydawać, że to nic takiego. Jednak to już poważna zabawa na minimum 3 godziny. Nawet, kiedy nam się pokazuje pierwszy raz w tym dniu nasza księżniczka, wydaje się, że wierzchołek jest na wyciągnięcie ręki. [attachment=40732] Nic więcej błędnego taka górska fatamorgana. Kopczyki, a zwłaszcza te rodzaju żeńskiego, nie dają nic za darmo. Trzeba wypluć płuca, serce wykołatać, paść na kolana i kiedy to nie wystarcza, to jeszcze na nas zesłać dech z północy albo (w tym przypadku) dech z południa. [attachment=40734] Z drugiej strony trzeba powiedzieć, że my, zwłaszcza mężczyźni, jesteśmy więcej zaekscytowani, kiedy nagroda nie jest zdobyta łatwo. Wiedziałem, że tak będzie i teraz. Pod ścianą normalka. Pierwszym warownym palcem było to, że wyłazi się po południowej ścianie tzn., że opiekanie będzie pierwszoplanowe. Na szczęście Alleghesi nie jest technicznie zbyt ciężka. Sporo klamer i drabinek. http://www.youtube.com/watch?v=3W-DOKuhgQw Zdjęcia można robić tylko z góry [attachment=40736] albo od dołu. Problemy nam jednak robiła pogoda. Ktoś pomyśli, mają słoneczną pogodę i jeszcze narzekają. No tak, ale co robi mieszczuch, kiedy jest bezwietrze i 30 stopni w cieniu? Szuka ochłody dla zewnętrznej i wewnętrznej części ciała w jakieś cieczy. A my głupole? Rwiemy do góry i maksymalnie możemy przyciskać się do skały, która i tak jest rozpalona. [attachment=40737][attachment=40739][attachment=40741][attachment=40743] W takich warunkach o zabawę postarano. Wyżłopałem już 2 l bukłak wody i to mieliśmy dopiero 2/3 ferraty za sobą. Życie mi uratował płat śniegu, gdzie chłodziłem swoją buzię tak, aż z płatu podobnie syczało, jak przy prasowaniu spodni przez mokrą szmatę. Wtedy też wznikła pamiętna fotografia. [attachment=40745] Dzięki temu dozwolonemu dopingowi dochodzimy odświeżeni do siodła w głównym grzbiecie. Tutaj największe trudności mamy za sobą. [attachment=40746][attachment=40748] Czeka nas jednak jeszcze do wierzchołka 1 godzina. Taka sobie dreptówa w ślimaczym tempie i w pocie kasku. Powoli dochodzimy do szczytowych partii. Nawet widoki w dół nam się więcej odsłaniają. [attachment=40749] Po 5,5 godzinowym boju samych z sobą, księżniczka pozwoliła nam na szczytową audiencję (3220 m). Nareszcie możemy porządnie odetchnąć. Już nie będzie trzeba pokonywać grawitacji. Po ochłonęciu następuje sesja zdjęciowa. [attachment=40750] - jedno z wielu Popas i piwopój planujemy dopiero przy schronisku położonym niżej. No tak, ale co to była za droga! Kobiece góry nie dają za darmo, kiedy przychodzimy je odwiedzać. To samo można powiedzieć o powrotnej drodze. Nie głaskają po głowie albo nie klepią po ramieniu, jacy jesteśmy fajni, ale dostajemy kopa w... Ten kop jest w postaci ujeżdżającego piargu i to około połwy z 1700 m wysokości. Viking wie o czym mówię. Na szczęście nas czeka jeszcze ludzka oaza w postaci schroniska Torrani (2984 m), [attachment=40752] który mi bardzo przypomina to pod Rysami w Taterach. Podobne strategiczne położenie. Jeżeli mnie jeszcze ktoś wyciągnie na Civettę, to wtedy tutaj złożę główkę do spania (przytulne miejsce, fajni gospodarze) i zejdę ferratą Tissi zamiast via Normale. [attachment=40754] Ja wiedziałem, jakiego ostatniego kopa dla nas Civetta przygotowuje. Dla Tomtura to była niespodzianka. Było wszystko to, co takie schodzenia ma mieć. Był piarg, była posypana drobnymi kamyczkami skała i nawet była dwójeczka ferratowa. No, nie jest to najlepsze ćwiczenie dla kolan? [attachment=40755] - tutaj Tomtur patrzy co to jest przejść godzinową via Normale [attachment=40757] Na tym zdjęciu się Tomtur uśmiecha i pokazuje co akurat zszedł. Były to jednak tylko pozory. To, co Tomtur wymawiał podczas schodzenia, słyszałem tylko ja, jeden niemieckomówiący turysta i okoliczne skały. Wszystko podlega ścisłej cenzurze. Kto go zna, może się domyślać. W tym miejscu czekała nas też ostatnia faza odwiedzin. Najpierw dojść do punktu, gdzie ruszaliśmy na ferratę, ponieważ schodzi się o jeden boczny grzbiet dalej, potem lekkim terenem [attachment=40758] dojść do schroniska Coldai, ze schroniska zejść już na Mieciurowym autopilocie [attachment=40759] do godpodarstwa Pioda, żeby na dobre obrać styl "odwrót wojsk niemieckich od Stalingradu" i zejść do kempingu Palafavera. [attachment=40760] Tym ostatnim zdjęciem chciałbym zakończyć nasze odwiedziny Civetty, która z przystankami trwała 12 godzin. Cdn. I już ostatnia wycieczka z odwiedzinami schroniska Venezia. RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - viking - 21-09-2011 11:43 AM Witam Stasiu Oczywiście, że góry nie uciekną, a że zadałem pytanie, no cóż już taki jestem :-), co do ferraty Constantini - oczywiście ze znam i byłem na niej "tylko" dwa razy (raz solo) i poza tym, że na tę trasę czekałem (na pogodę - aby była stabilna i dobra przez cały dzień), to trudności na niej, gdy pierwszy raz przechodziłem ją "solo" nie odczułem, jednak idąc już i innymi, to widziałem ,ze początek (trawers) sprawił co niektórym "ciut" trudności. Acha, tę ferratę zapamiętam do końca życia, bo w schronisku "Carestiato" barman sprzedawał mi 3x piwo (w róznych odstepach czasu) i za każdym razem liczył mi inaczej -hiii, Tutaj jest wątek z 2009r o tejże ferracie i moje zdanie http://www.tatry.netmark.pl/viewtopic.php?t=3593 RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 21-09-2011 03:27 PM No to fajnie Viking. Można ją faktycznie nazwać Królową ferrat w Dolomitach. To tak samo, jak OP w Taterkach. ![]() No i dla Ciebie Viking to już jedynie "F" Może znasz? ![]() http://www.youtube.com/watch?v=Po61lFmQ1pY Albo już przeszedłeś
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 21-09-2011 07:12 PM 10. dzień: Odwiedziny schroniska Venezia - bieg na 1500 m I nastał dzień dziesiąty i ostatni. Dzisiaj nas nie czekają żadne górskie wyczyny. Taka sobie lajtówa. Nawet nie ma co opisywać. Schronisko Venezia (1946 m) jest w opozycji do schroniska Coldai. Będziemy dla odmiany wędrować pod Pelmem a widoki będą na Civettę. Najpierw trzeba trochę wyjść lasem, coś w stylu alá Iwaniecka Przełęcz w Taterkach. Dech południa jeszcze więcej nam daje we znaki. Znowu się z nas leją siódme poty. Po 45 minutach wychodzimy chociaż nad górną granicę lasu i odkrywają się nam widoki. Tomtur został uwieczniony, jak patrzy na ściany Pelma i kamień ze śladami dinozaurów [attachment=40791] a ja pozuję przed naszą wczorajszą królewną. [attachment=40792] Dalszy ospis trasy jest dla mnie nudnawy, bo w zeszłym roku pisałem o tym relację. Kto chce, niech sobie poczyta tu: http://www.gorskiswiat.pl/forum/showthread.php?tid=3108 Zmian na trasie nie było. Zwisający kamień jest wciąż na swoim miejscu, jeszcze nie spadł. Tomtur tą skałę nazwał "Kobra Skalna". Przed schroniskiem robimy sobie odpoczynek już na dobre. Nie opomnę sobie zaznaczyć, że znowu bardzo fajne bibowe miejsce. Przy dobrym napoju [attachment=40793] robimy podsumowanie ubiegłych dni. No i planujemy wyprawy na dalszy rok. W tym nam pomaga ładny widok na okoliczne kopczyki. [attachment=40794] Między nimi jest Sorapis (3205 m), [attachment=40795] który chciałem w tym roku odwiedzić, ale już nie pozostało czasu i Antelao (3264 m), [attachment=40796] gigantyczna piramida przewyższająca okolicę o około 2 km i drugi najwyższy szczyt Dolomitów. Jednak czas zostawić marzeniai i trzeba powrócić do rzeczywistości. Powrotna droga jest dla nas takim smutecznym orszagiem. Trzeba się pożegnać z Dolomitami minimalnie na 1 rok. Po drodze mijamy jeszcze stado wolno pasących się koni, które chyba zamieniły się z krowami z zeszłego roku [attachment=40797] Konie są tutaj bardzo ważne, mają nawet pierwszeństwo na trasie. [attachment=40798] Takiemu się dobrze schodzi z drogi. Gorzej by było, kiedy po ścieżce by sobie maszerował misiu. I tą myślą dnia kończę nasz górski dziesięciobój. Zakończenie: Dla mnie to był jeden z najlepszych pobytów w Dolomitach. Chyba nie było chwili, co by poszło na marne. Tomtur też wyglądał zadowolony i nareszcie poczuł, jak smakują ferraty. Jednak sobie myślę, że cała ta relacja i wklejone zdjęcia nie dają odczuć w pełni atmosfery tego miejsca. To trzeba przeżyć na żywo i naczerpać wszystkimi zmysłami. Dlatego wszystkim kopczykowym, bez względu na swoje możliwości, polecam odwiedzić te góry. Ciąg dalszy już nie nastąpi. Ufff...
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - tomtur - 21-09-2011 08:34 PM Uff nareście Stachu skończyłes co ja mogę powiedzieć pięknie było ale sie skończyło ,dzieki Ci za to ze mnie tam zabrałes i mi dolomity pokazałes ![]() ![]() Jeśli chodzi o feraty za haczyłem polecam wszystkim ,nie taki diabeł straszny jak go maluja ,każdy górołaz który troche pochodził po Tatrach da rade ![]() Dolomity były moim marzeniem od lat ,teraz trza mi nowego celu
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Krzysiek - 21-09-2011 08:46 PM Czekałem na zakończenie opisywania zmagań i co tu dużo komentować... Zdjęcia, opisy, filmy, przygoda
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - viking - 21-09-2011 08:57 PM Stasiu , Gratki za cudowne chwile wspomnień po włoskich ferratach. Tej ferraty "Extremum" nie przeszedłem, bo ja (szczerze) nie przepadam za Austrią. Jestem zakochany we Włoszech i ich górach, toteż gdyby ta ferrata była w Italii - to już bym (na 99,9%) na niej był. Możliwe, ze kiedyś (po drodze wpadnę na nią). Napisze tak , dopiero przejście jakiejkolwiek ferraty po raz drugi, daje prawdziwą rozkosz dla duszy i ciała (ciekawe, ze za drugim przechodząc ferratę, "widać" więcej chwytów, które za pierwszym razem "gdzieś" się skryły- hiii). RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Pablo - 23-09-2011 05:36 PM Stasiu napisał(a): ... Jednak sobie myślę, że cała ta relacja i wklejone zdjęcia nie dają odczuć w pełni atmosfery tego miejsca. To trzeba przeżyć na żywo i naczerpać wszystkimi zmysłami....
tomtur napisał(a): Uff nareście Stachu skończyłes
co ja mogę powiedzieć pięknie było ale sie skończyło ...Dolomity były moim marzeniem od lat ,teraz trza mi nowego celu ![]()
Zdradzisz coś?? Jakie to następne plany RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 23-09-2011 05:44 PM Pablo napisał(a): (...) W ogóle to gratulacje dla Was za tak udany wyjazd
oby takich jak najwięcej ![]()
Pawle, nam nie trzeba gratulować. Z taką pogodą by byle jaki plątała to przeszedł. Głównie trzeba podziękować tym na górze, że nam wyzamiatali całe niebo RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - tomtur - 23-09-2011 07:38 PM Pablo jeszcze RAZ bym chciał zobaczyć Himalaje : Już raz kiedyś chciałem
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Fazik - 25-09-2011 02:14 PM Mallaidh napisał(a): Będzie co opowiadać przez następne 5 bib!
|