Odpowiedz  Napisz temat 
Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011
Autor Wiadomość
Stasiu

*****


Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #1
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011

7. dzień: Ferrata Via delle Trincée - rzut dyskiem

Powoli trzeba było wymyśleć dla Tomtura coś ekstra. Czas na czarną ferratę. Długo rozmyślałem, którą wybrać na pierwszy raz. Wybór padł na Via delle Trincée, która znajduje się w paśmie leżącym między grupą Marmolady i Sella. Mamy też z tego powodu przy ładnej pogodzie zabezpieczone pierwszoplanowe widoki na te pasma. Dojeżdżamy do miejscowości Arabba i pomagamy sobie dalszym cudem techniki - kolejką linową. Jednak 800 m wywiezienia tyłka to duża pomoc. W kabinie kolejki linowej wznikło pamiętne zdanie Tomtura: "Na to mamy wejść?"
    - trochę mniej udane zdjęcie, ale widać co Tomtur zobaczył - Bec de Mesdi
Ucieszył mnie ten wyrok, bo poznałem, że wybrałem ten akuratny szlak. Na początek jednak uczta dla oczu. Po wylezieniu z kabiny kolejki, śmieją się na nas:
Marmolada     i Sella    
Nas jednak czeka porcja adrenaliny. Trzeba od górnej stacji kawałek podejść i już jest się pod ścianą całego grzbietu Padankamm (Crepes de Padon). Najcięższe miejsce jest zaraz na początku. Ściana nie ma w tym miejscu sztucznych kołków albo klamer, tylko stalowa lina. Trzeba 5 - 7 m po górolsku. Dla silnych w ramionach ten styl ma swoje wygody. Problemy są tylko przy przepinaniu karabinków. Skała tego grzbietu ma jednak pewną wygodę. Tutaj raczej mógł by się wypowiedzieć jaki geolog. Skała była tworzona z dwóch rodzajów podłoża. Były to kamienie, chyba pochodzenia wulkanicznego i jakiś piaskowiec. Przypominało mi to papier ścierny, na którym podeszwa przy stylu górolskim się dobrze trzymała. Dolomit, to całkiem coś innego. Jak jest wygładzony, to sĺiski jak diabli. Z pierwszymi metrami się jakoś uporaliśmy.
   
Tomtur jakoby nie wierzył własnym oczom, że można coś takiego przejść.
   
Pionowa (prawie) ściana ma też swoje wygody. Szybko nabieramy wysokości i miejsce, gdzie przed chwilą jeszcze staliśmy, jest dosyć pod nami.
   
I tak powolutku, nie gonieni przez nikogo, wychodzimy na grań, która jest w tym miejscu ostra jak brzytwa.
   
Z widokami na prawo i na lewo podchodzimy pod najwyższy punkt - Bec de Mesdi (2727 m). Na drodze któś nam postawił mostek, żeby nam ułatwić drogę.
   
Może jak dla kogo. Niektórzy mogą mieć problemy przechadzać się po rozwikłanym mostku, gdzie deski są miejscami posunięte:
http://www.youtube.com/watch?v=PwjeCrp_O8E
Za mostkiem trzeba się jeszcze parę razy poprzepinać, zaliczyć znane Tomturowe górolskie podejście z pozdrowieniem dla ferraciarzy
http://www.youtube.com/watch?v=ZA5jq0jWDTo
i jest się na wierzchołku. Wspaniałe uczucie. Po Tomturowej buzi widać, że jest zadowolony z wycieczki. Poczuł, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Trzeba najpierw wypróbować i dopiero potem oceniać. Widoki jak z lotu ptaka, na wszystkie strony same piony. Na szczycie ledwo się mieścimy.
   
Z tego powodu nie fundujemy sobie postój i zasuwamy w dół. Dochodzimy do małej trawiastej przełęczy, gdzie pasące się owce pokazują nam, że tutaj można zakończyć ten wariatków i zejść do punktu wyjściowego. My jednak nie dajemy na ich propozycję i startujemy na dalszą część skalnego masywu. Dobrze zrobiliśmy, jeszcze nas czekała niejedna przygoda. Będzie to jednak kosztem dłuższej powrotnej drogi. Nawet taka skalna półeczka miała swój urok.
   
I widok przed chwilą odwiedzonego szczytu Bec de Mesdi z dalszymi ferraciarzami, tak jakoby widziany z boku, jest też przejmujący.
   
Jeżeli ktoś myśli, że wszystkie najcięższe przeszkody są już za nami, to grubo się w tym miejscu myli. Podczas schodzenia dochodzimy do miejsca, gdzie trzeba zrobić parę kroków do jakby pustej przestrzeni. Zawsze się powietrzne partie lepiej wychodzi do góry, ponieważ nie trzeba patrzeć na przestrzeń pod nami, ale teraz w tym miejscu było odwrotnie. Szukać oporę pod but ze spojrzeniem w dół szeroko nam otworzy oczy i powiększy źrenice.
   
To samo miejsce od spodu.
    i dalsza część    
Fajne miejsce. Akurat nam to dobrze rozprądziło krew. To był już jednak ostatni taki adrenalinowy moment. Za skalną półką,
   
gdzie trasa łamie się pod kątem 300 stopni, robi się przyjemniej.
   
Resztki grzbietu będzie się trawersować raz po lewej i raz po prawej stronie. Wg przewodnika mają na nas czekać jakieś sztolnie. Po przejściu mniej ciekawego trawiastego odcinka, dochodzimy do pierwszej dziury. W środku trochę błądzimy, bo korytarz ma pełno ślepych zaułków. Dopiero po chwili znajdujemy ten właściwy otwór, który jest zagrodzony odpoczywającymi owcami.
   
Kiedy nas widzą, niechętnie nas przepuszczają. Chyba pomyślały, co to za olinowane barany przeszkadzją nam podczas południowej siesty.
   
Zmykamy z tego miejsca czym prędzej, żeby nas jaki skuteczny baran nie przegonił. Przechodzimy przez zabezpieczony trawers, żeby znowu powitała nas dziura następnej sztolni. Tutaj jest już wygodniej. Aczkolwiek jest o wiele dłuższa (ma 600 m) od poprzedniej, skuteczna trasa jest wyznaczona strzałkami. Koniec tunelu, to zarówno i koniec ferraty.
   
Po 3,5 godzinach powietrznej zabawy jesteśmy u celu. Pozostaje nam jeszcze odwiedzenie schroniska i powrotna droga już normalnym szlakiem. Po wyjściu ze sztolni wita nas chatka biwaku Bontadini (2552 m)
       
Wyśmienite miejsce dla nocleżników, którzy mają głęboko do kieszeni. Spanie na pryczach, kibelek i woda, to wszystko darmowo. Jako niby z obowiązku, wychodzimy jeszcze na pobliski kopczyk Mesolina (2642 m). Stąd rozprościera się ładny widok na Marmoladę.
    - nad czym wtedy dumał Tomtur patrząc na Marmoladę?
Rychło schodzimy do schroniska Padon i tam dajemy po jednym zasłużonym. Trzeba trochę zreperować siły. Nie jest nam dane jednak porządnie odpocząć. Przy ładnej pogodzie sporo turystów wyjechało tu kolejką i nie jest nam dana możliwość w pełni wchłonąć tutejszą atmosferę. Powrotna droga jest całkiem nudnawa. Normalny dreptak. Czas od czasu spoglądam na Marmoladę i wspominam na chwile, kiedy tam przed paru dniami byliśmy. Pod koniec powrotnej drogi jest nam jeszcze dana możliwość od spodu popatrzeć na pierwszą część ferraty z mostkiem.
   
To już jednak ostatni górski moment. Za chwilę nas kabina kolejki linowej zabierze z tego fantastycznego miejsca do cywilizacji.

Cdn. Następnym razem odwiedziny schroniska Coldai przed wyjsćiem na Civettę.



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
13-09-2011 08:51 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Odpowiedz  Napisz temat 

Wiadomości w tym temacie
RE: Dziesięciobój górski albo jak posmykałem Tomtura po Dolomitach - Dolomity 2011 - Stasiu - 13-09-2011 08:51 PM



Pokaż wersję do druku
Wyślij ten temat znajomemu
Subskrybuj ten temat | Dodaj ten temat do ulubionych

Skocz do: