Stasiu
    
Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status:
Offline
|
RE: Wędrowanie forumowiczów GŚ z pogodą o wielu twarzach - Niżne Tatry, maj 2011
29.5.2011, dzień trzeci
Rano wstaję do kibelka o 4:10 i na wewnątrz widzę, że niebo jest wymiecione. Jestem uszczęśliwiony, bo będzie można fotografować wschód słońca na Chopoku. Nie mogę jednak już dospać i wraz z Tomturem, Pedrem i Fabryką lecimy z aparatami na szczyt w oczekiwaniu przepięknych widoków. Reszta ekipy się jakoś nie kwapi i pozostaje we swych legowiskach. Dołącza do nas jeszcze misiu ze schroniska. Jednak pogoda znów zrobiła na nas długiego nosa. Chwilę po wyjściu z chaty znowu nadeszła mgła i wszelki widok zasłoniła. Nie dajemy za wygraną i pniemy jeszcze zaspani na wierzchołek. Tam ogarnia nas taka ta tradycyjna angielska mgła. Ciężka i wilgotna. Akurat widzimy na koniec nosa.
Długo czekamy na szczycie i mamy nadzieję, że widoki za chwilę się otworzyą i my będziemy w siódmym niebie. Optymista powie, że nadzieja umiera ostatnia, pesymista zaś, że nadzieja matką głupich. Po czasie rezygnujemy i idziemy z powrotem do schroniska. Dośpimy jeszcze ostatnie minuty, ponieważ o 7:00 musimy już być spakowani i jadalnia musi być gotowa do przyjmowania porannych głodomorów. My też smętnie przyjmujemy poranną potrawę. Żeby znowu nam przyszło chodzić cały dzień we mgle? Musieliśmy żałośnie wyglądać, bo w pewnym momwncie Chopok się ulitował i odsłonił się w pełnej krasie. Nawet pokazały się okoliczne kopczyki. Jak jeden mąż wyskoczyliśmy z ławki, naraz w drzwiach zrobił się ścisk, bo nikt nie chciał być ostatni. Jak wystrzeleni z procy pognaliśmy na szczyt Chopoka. A tam pełna euforia. Widoki wybitnie alpejskie. Pod nami chmury, na azurowym niebie tylko słońce i na szczycie 9 bibowiczów jak w transie wypstrykowuje swoje aparaty aż się z nich kurzy. Do dziś się dziwię, że nikt nie zleciał z wierzchołka. Mogę tutaj przytoczyć parę swoich zdjęć.
Inni chyba mają jeszcze lepsze ujęcia. Nareszcie doczekaliśmy się widoków. Po buziach było widać, że każdemu ulżyło a mnie na dodatek spadł kamień z serca. Każdy sobie może wyobrazić 8 niezaspokojonych bibowiczów. Po opadnięciu zdjęciowej euforii, zadowoleni powracamy do chaty. Nie wiem jak inni, ale miałem ochotę zrobić zdjęcie z kibelka z panoramatem do okolicy. I tak to wygląda.
Widoki, widokami, jednak trzeba iść dalej. Dla czterech z nas to dzień powrotu do cywilizacji. Przed chatą powinne grupowe zdjęcie
i wyruszamy w dalszą drogę. Naszym celem są Deresze i siodło Polany, gdzie nas opuszczą 4 ofiary. Reszta przez Polanę, Kotliska i Chabaniec musi dojść (lajtowo) do utulni pod Chabańcem. Znowu wyruszamy do mgły. Tylko nad głowami wyczuwamy, że wystarczy z 300 - 500 m wyżej i znów byśmy byli nad chmurami. Szkoda. Następny odcinek trasy, który trzeba ponownie odwiedzić i nakochać się widokami. W tym dniu nie było nam to dane. Deresze (2003 m) mijamy, ale niektórzy chcą zaliczyć wierzchołek i dlatego za nosem gdzieś zbaczają ze szlaku. Taaak, dla niektórych to droga jest celem a nie czymś co prowadzi tylko do celu.
Co tu można opisywać? Idzie się płaską graniówą i widoczność tak na 10 - 20 m. Po 1,5 godzinie dochodzimy do siodła Polany. Tam Ci, którzy nie mają szczęścia pozostać na dłużej w kopczykach, mają ostatnią szansę dostać się o normalnej porze dnia do cywilizacji. Rozłąka z istną łezką w oku. Jest to minimalnie na pół roku. Ciężko się opuszcza ludzi, którzy są nastawieni na tą samą falę. Ostatnie pusu-mucu i rozdzielamy się. Ekipa w składzie Hemli, Fabryka, Pedro, Stasiu i Tomtur idą w dalszy podbój grzbietu NT. Reszta spływa w dół do Demanowskiej Doliny. Ekipa grzbietowa ma sporo czasu (przcież mieliśmy dwa dni na trasę, którą planowaliśmy na jeden dzień) i po przejsćiu niewyraźnego kopczyka Polana (1889) i Kriżskiego siodła postanawia urządić sobie piknik we mgle - Tomturowy Przystanek. Nazwa taka, ponieważ Tomtur jest tego rodzaju odpoczynkiem największym propagatorem. Można wtedy na kocherze zaparzyć kawkę albo herbatkę, ugotować zupkę z proszku i to w otoczeniu przyrody.
Nawet jesteśmy pod bacznym okiem sprawcy Parku Narodowego NT, czy przypadkiem nie zaśmiecamy przyrody.
Dalszym naszym następnym etapem jest wierch Kotliska (1936 m). Tutaj zaczynam odczuwać pewne zjawisko pogodowe. Kiedy na jego stoku odwracam się w tył widzę trochę zasłoniętą chmurami grań, którą przeszliśmy, między Dereszami i Polaną.
Z północnej strony stoku znajduje się chłodne i wilgotne powietrze a z południowej strony ciepłe i suche powietrze. I akurat na grani dochodzi do przepychanki tych dwóch mas powietrza. Jak ma na wierzchu to chłodne, to mamy mgłę i jak ma większą siłę to ciepłe, to mamy pełną lampę. Nawet to dosyć odczuwam na siebie. Raz mi jest zimno i muszę ubierać kurtkę i za chwilę mi znowu ciepło i wystarczy być w koszulce. Walka tych dwóch mas powietrza będzie widoczna jeszcze przez całą trasę na Chabaniec i do utulni, kiedy koniecznie wygra cieplejsze powietrze. Na Kotliskach robimy czas tylko na zdjęcia. Pedro jednak chwilę walczy z myślą, że jest tutaj możliwość odbić w bok na Skałkę (1980 m) i tak jako niby z boku popatrzeć na główny grzbiet.
Na szczęście szlak ten jest sezonowo zamknięty i nie trzeba nam było drałować parę kilometrów na więcej. Przyznam jednak, że Skałka jest godna odwiedzenia. Ten kopczyk jest widoczny od Sztefanika aż po Chochulę i wszędzie go widać jak latarnię. Po Kotliskach mamy do odwiedzenia ostani kopczyk w tym dniu - Chabaniec (1955 m). Jest to też ostatni skalisty kopczyk. Dalej to już tylko trawiaste górki. Myślę, że wyjście na niego jest wygodne, co poznać po buziach naszych młodych bibowiczów.
Szkoda, że na Chabańcu przewzięło prym chłodne powietrze i nie było znów co widać.
Zbytnio się nie zatrzymujemy i zaczynamy schodzić w dół. Tam gdzieś na nas czeka utulnia. Dopiero po zejściu z Chabańca znów się nam odkrywają widoki i to już na stałe. Po odkryciu Chabańca, postanawiamy, że wieczorem na niego powrócimy, żeby oglądać zachód słońca.
- zejście z Chabańca, w prawo nieznikająca Skałka
Nam już jednak śpieszno nie możemy się doczekać utulni. Nad Siodłem Durkowej się nam pierwszy raz pokazuje to, co mieliśmy osiągnąć już w zeszłym dniu.
Jednak lepiej późno niż wcale. Bardzo sympatyczne miejsce dla oka w NT. Faktycznie tylko minimum wyposażenia dla podróżnego i głównie brak oddźwięków cywilizacji. Przy utulni następuje znowu klasyka. Popas i zakwaterowanie stylem zajęcia najdogodniejszego materaca w zbiorowej sypialni. Potem odwiedziny tradycyjnego kibelka (przyznam, że mi się więcej podobał ten na Kamiennej)
Do tego dochodzi nietradycyjna kąpiel. Z powodu tego, że na Kamiennej byliśmy z higieną na bakier, trzeba było coś ze sobą zrobić. Jeszcze jeden dzień i tatrzańske misie by od nas same uciekały a to nie mówię o innych turystach. Dla nas jednak to nie był problem. Wystarczało nam do tego źródełko zimnej wody. Ze względu na to, że relacja będzie widoczna i w godzinach dostępu nieletnich, nie można pokazać łazienkę z całkowicie roznegliżowanym forumowiczem.
Mogę tylko dodać, że woda była dla nas (nawykłych na gorące prysznice) całkiem zimna. Może za tydzień takiej łaźni byśmy się już w tym źródle wesoło pluskali. Po takiej idylce przy utulni, nadszedł czas znowu odwiedzić Chabańca i na jego szczycie pożegnać słoneczko. Pogoda była już całkowicie po naszej stronie i dla łowców fotografików zachodzącego słońca to zaczynało być ekscytujące.
Tym razem na Chabańca się nam wyłaziło bez worów lżej i można było pełnymi ustami nassawać tą wieczorną atmosferę. W jednam się tylko przeliczyliśmy. Musieliśmy na zachód słońca długo czekać. Ponad godzinę. Z tego momentu mogę włożyć parę fotografii.
Myślę, że wszyscy byli zadowoleni. Chwilę byliśmy myślami z tymi, co nie mogli być z nami i musieli zejść do cywilizacji. Koniec dobry wszystko dobre. Takie hasło pasowało na ten dzień. Do utulni zeszliśmy już o zmroku. Inni turyści (= 3) już poszli spać. My jeszcze chwilkę w jadalni postanowiliśmy podsumować ten odchodzący dzień.
Przyznam, że byłem mile zaskoczony porządkiem w utulni. W porównaniu z ostanimi odwiedzinami, to było 100:1. O 22:30 nas gospodarz zaganiał do spania i trzeba było usłuchać.
Koniec dnia trzeciego 
Cdn
Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 05-06-2011 08:18 PM przez Stasiu.
|
|