02-06-2011, 06:27 PM
Motto (dedykacja własna dla Mallaidha): "Maciek, forumowicz GŚ już poznał sporo rzeczy z nr. 11. Jedni przeszli 11 km, może ktoś strzelił karnego z 11 m, inni może wędrowali 11 dni po drogach i bezdrożach... To wszystko może przeżyć użytkownik górskiego forum, ale tylko 9 (miało być 11) bibowiczów GŚ miało to szczęście, że mogło się 11 godzin z powodu pogody integrować na ławie w schronisku gdzieś w Karpatach na wysokości 2000 m."
http://www.youtube.com/watch?v=BbNmBcyD-mo
Znowu nastał ten dzień, kiedy wszyscy powoli są wchłaniani w ustalone życie pobibowe a ja muszę wysilać swoje szare komórki i o swoje przeżycia podzielić się z tymi, którzy byli ze mną na wyprawie i z tymi, którzy z nami nie byli i chcą to z nami przeżyć. No to zaczynamy i życzę wszystkim beznudnego czytania z biby po Niżnych Tatrach (NT)
Dane techniczne:
DOBA : 27.5. ? 30.5.2011
PRZESTRZEŃ: część głównej grani zachodnich NT na odcinku Czertowica - Siodło pod Skalką/Liptowska Lużna, Słowacja
OBJEKTY (do spania): Chata Sztefanika, Kamienna chata i utulnia pod Chabańcem
ODLEGŁOŚĆ (obliczone z czasu wyznaczonego na mapie): 14 km (910 m przewyższenia), 6 km (460 m przewyższenia), 15 km (660 m przewyższenia), 11 km (280 m przewyższenia). Trzeba dodać, że z całego planowanego grzbietu zachodniego (chyba 52 km) zostało nam około ?.
CZAS: 5:35 godz., 2:25 godz., 7:55 godz. i 4:25 godz. (wg mapy)
SUBJEKTY:
w kolejności alfabetycznej - Fabrykadrwin, Gosia3czek, Helighet, Łukasz, Mallaidh, Mieciur, Pedro, Stasiu, Tomtur
27.5.2011, dzień pierwszy
Tym razem zbiórka bibowych uczestników ma się odbyć w Liptowskim Mikulaszu (LM). Ja z Tomturem tworzymy komitet powitalny i dlatego na dwie godziny przed odjazdem busa do ostatecznego punktu wypadowego jesteśmy na miejscu. Wolny czas spędzamy na zwiedzaniu miasta, poznawaniu architektury miasta, wspominamy na Jurka Janosika, który tutaj na wierchu Szubieniczki był powieszony na haku dnia 17.3.1713 i ostatecznie odwiedzamy jeden z lokali gastronomicznych.
[attachment=38158]
Do czasu odjazdu autobusu o 10:30 liczba uczestników zatrzymuje się na liczbie 9. Na spóźnialskich nie czekamy i wyjeżdżamy z LM na czas. W autobusie jest sporo miejsca i dlatego nie mamy problemów z usadowieniem się. Niżej wsadzone zdjęcie pokazuje, który bibowicz zajął najlepsze miejsce.
[attachment=38159]
Podróżowanie autobusem jest wygodne. Po około 1 godz wysypuje nas na przełęczy Czertowica (1232 m) i to o 650 m wyżej od LM. Fajne ułatwienie dla nyszych organizmów obciążonych wypełnionymi po sznurowadła worów. Każda biba ma utworzony plan twórczy. Ten trzeby przedstawić uczestnikom. Najlepiej się go przedstawia w miejscach zbiorowego wyluzowania i takim był pobliski lokal gastronomiczny. Atmosfera jest wyśmienita, gęby uśmiechnięte,
[attachment=38160]
ponieważ nie wiemy co nas czeka. Plan dla każdego uczestnika na ten dzień jest jasny - odwiedzić w co najkrótszym czasie obsługę chaty Sztefanik z dostatecznym obciążeniem, zakwaterować się a na wieczór, przy każdej pogodzie, uczestniczyć w imprezie zwanej: "Wysyłanie Krzyżowców w siną (czyt. mglistą) dal ze szczytu Dumbiera".
Po zadokumentowaniu wstępnych poczynań,
([attachment=38161]
następuje dokładnie o 12-tej ostry start. No i poszli. Jeszcze dobrze, że się przed nami postawił stok narciarski, to trochę otępiło początkowy zapał górołazów do szarżowania. Akurat fajny odcinek na wyprószenie miejskiego osadu z płuc.
[attachment=38162]
Wstępne zapoznanie się z Taterkami mamy za sobą i następuje chwilowo płaski odcinek z widokiem na pierwszy kopczyk - Lajsztroch (1602 m).
[attachment=38163]
Tutaj to już inna kategoria. Odkrywają się już pierwsze widoki na porządne góry. W oddali w pozycji wyczekującej wystaje Dumbier. Ciekawi mnie czym nas wieczorem przywita. Mamy w planie odwiedzić go. Jest jeszcze jedna bibowa tradycja. Tak, jak na początku trasy żegnamy się z cywilizacją przy piwku, tak pierwszy odwiedzony kopczyk zmusza nas do postoju i okosztowania żywej wody, która (rzecz jasna w małych ilościach) wymiecie z głowy ostatnie codzienne problemy i pozwoli na całkowite zanurzenie się w górskim świecie.
([attachment=38164][attachment=38165]
Tylko nie wiem co Ci dwaj knuli za osobiste plany? Dalsza wędrówka prowadzi już tylko otwartym krajem. Po Lajsztrochu czeka nas Kraliczka (1807 m), która nam zasłania dalsze widoki. Zwłaszcza na dalsze kopczyki i oczekiwaną chatę Sztefanika. Trzeba się jednak trochę namęczyć nim osiągniemy grzbiet Kraliczki.
[attachment=38166]
Z niego miały być ładne widoki, ale pogoda zaczyna z nami grać w chowanego i poniekąd zakrywa nam daleki widok.
[attachment=38167] - (Sz) chata Sztefanika, (De) Deresze, (Ch) Chopok, (Du) Dumbier
Po obejściu Kraliczki, czas na dalszy wypoczynek. Do schroniska jest już tylko niecałe 45 minut a my mamy sporo czasu. Na takich postojach ludziom ciekawe pomysły do głowy wpadają. Wezmą do ręki kawałek drewna i już nasuwają się im różne myśli. Łukasz nie wiedział czy ma zostać rycerzem, czy też pielgrzymem udającym się do Świętej Ziemi albo normalnie po zimie będzie darmowo odnawiał zimowe szlaki.
[attachment=38168]
Na szczęście komuś udało się wyrwać mu ten patyk z rąk i Łukasz znowu stał się posłusznym bibowiczem. Bliskość schroniska działała na nas jak magnes. Długo na postoju nie mogliśmy usiedzieć. Przyznam, kiedy zobaczyłem schronisko, spadł mi kamień z serca. Prognozy zapowiadały już od południa burze i deszcze, a tu była 15:30 i jeszcze na szczęście nie padało.
[attachment=38169]
Zakwaterowanie to już klasyka. Każdy wie co ma robić, gdzie jest jego łóżko, jak zimny prysznic sobie nadawkować i co kosztować z oferty schroniskowej kuchni. Na Sztefaniku trzeba koniecznie spróbować - gulasz kociołkowy, herbatę ziołową i ... nalewkę z goryczki. Wszystko było wyśmienite, tylko na gulasz musieliśmy czekać aż do wieczora, bo uprzednie wyprawy go zżarły do ostatka i musieliśmy poczekać aż kucharz przyprawi nową dawkę. Oczekiwanie na gulasz postanowiliśmy sobie skrócić odwiedzinami Dumbiera. Pogoda jednak zbytnio nie namawiała do odwiedzin,
[attachment=38170]
ale duma bibowicza GŚ nie pozwoliła na jakieś wymigiwanie się z odwiedzin. Przcież najwyższego nie wypada nieodwiedzić. Z początku mieliśmy chętki skrócić sobie drogę i wyjść na szczyt po zimowym szlaku. Byliśmy jednak uprzedzeni, że taki skrót nam może uszczuplić finanse przeznaczone na inne zabawy. To, że zbytnio sobie nie pooglądamy pobliskie kopczyki jest nam wiadome przy dojściu na Krupowe siodło.
[attachment=38171]
Jednak Dumbier był trochę łaskawy i odchylił nam kawałek widoków na swoje północne zbocze, które jest więcej skaliste i przepaściste.
[attachment=38172]
Kiedy dochodziliśmy do szczytu,witał nas orszak pasących się kozic. Chociaż mgła utrudniała orientację, rozpoczęła się walka na podchody i osiągnięcie dobrej pozycji na przeprowadzenie obsesji zdjęciowej. I mnie się udało do swojego aparatu upolować parę ładnych okazów.
[attachment=38173][attachment=38174]
Dumbier (2043 m) w tym dniu nie był jednak w dobrym nastroju. Nic nie pomogło, żeby go odmiękczyć. Mogliśmy robić foty tylko przy krzyżu
[attachment=38175]
albo zbiorowe przy obelisku.
[attachment=38176]
My jednak nie daliśmy za wygraną i cierpliwie wyczekiwali na jakieś okienko pogodowe. Wielki D był jednak twardym przeciwnikiem i wiedział co na nas poskutkuje. Kiedy już mu się znudziły nasze odwiedziny, spuścił z nieba parę kropli deszczu i przegonił nas ze swojego domu. Do schroniska doszliśmy już po ?szaroku?.
[attachment=38177]
Nastrój poprawił nam zapach wydobywający się z kuchni. To kucharz miał dla nas przygotowaną nową porcję gulaszu kociołkowego. Chyba smakował wszystkim, bo wszyscy miski dosłownie wylizali. Z wieczornych reji bibowiczów jest godne do opisania tylko złożenie gratulacji urodzinowych dla byłej aktywnej forumowiczki. Admin się postawił przodem do problemu i wręczył solenizantce podarunek.
[attachment=38178]
Z tym podarunkiem do fajnie wymyślił. On go taszczył pół dnia. Gosia natomiast całe dwa dni. Na zakończenie pierwszego dnia wyprawy można dodać, że uczestnicy poszli wszyscy grzecznie spać. I o dziwo, Tomtur był daleko pierwszy, który oddał się w ręce Orfeusza.
Koniec dnia pierwszego
Cdn (kiedyś)
http://www.youtube.com/watch?v=BbNmBcyD-mo
Znowu nastał ten dzień, kiedy wszyscy powoli są wchłaniani w ustalone życie pobibowe a ja muszę wysilać swoje szare komórki i o swoje przeżycia podzielić się z tymi, którzy byli ze mną na wyprawie i z tymi, którzy z nami nie byli i chcą to z nami przeżyć. No to zaczynamy i życzę wszystkim beznudnego czytania z biby po Niżnych Tatrach (NT)

Dane techniczne:
DOBA : 27.5. ? 30.5.2011
PRZESTRZEŃ: część głównej grani zachodnich NT na odcinku Czertowica - Siodło pod Skalką/Liptowska Lużna, Słowacja
OBJEKTY (do spania): Chata Sztefanika, Kamienna chata i utulnia pod Chabańcem
ODLEGŁOŚĆ (obliczone z czasu wyznaczonego na mapie): 14 km (910 m przewyższenia), 6 km (460 m przewyższenia), 15 km (660 m przewyższenia), 11 km (280 m przewyższenia). Trzeba dodać, że z całego planowanego grzbietu zachodniego (chyba 52 km) zostało nam około ?.
CZAS: 5:35 godz., 2:25 godz., 7:55 godz. i 4:25 godz. (wg mapy)
SUBJEKTY:
w kolejności alfabetycznej - Fabrykadrwin, Gosia3czek, Helighet, Łukasz, Mallaidh, Mieciur, Pedro, Stasiu, Tomtur
27.5.2011, dzień pierwszy
Tym razem zbiórka bibowych uczestników ma się odbyć w Liptowskim Mikulaszu (LM). Ja z Tomturem tworzymy komitet powitalny i dlatego na dwie godziny przed odjazdem busa do ostatecznego punktu wypadowego jesteśmy na miejscu. Wolny czas spędzamy na zwiedzaniu miasta, poznawaniu architektury miasta, wspominamy na Jurka Janosika, który tutaj na wierchu Szubieniczki był powieszony na haku dnia 17.3.1713 i ostatecznie odwiedzamy jeden z lokali gastronomicznych.
[attachment=38158]
Do czasu odjazdu autobusu o 10:30 liczba uczestników zatrzymuje się na liczbie 9. Na spóźnialskich nie czekamy i wyjeżdżamy z LM na czas. W autobusie jest sporo miejsca i dlatego nie mamy problemów z usadowieniem się. Niżej wsadzone zdjęcie pokazuje, który bibowicz zajął najlepsze miejsce.
[attachment=38159]
Podróżowanie autobusem jest wygodne. Po około 1 godz wysypuje nas na przełęczy Czertowica (1232 m) i to o 650 m wyżej od LM. Fajne ułatwienie dla nyszych organizmów obciążonych wypełnionymi po sznurowadła worów. Każda biba ma utworzony plan twórczy. Ten trzeby przedstawić uczestnikom. Najlepiej się go przedstawia w miejscach zbiorowego wyluzowania i takim był pobliski lokal gastronomiczny. Atmosfera jest wyśmienita, gęby uśmiechnięte,
[attachment=38160]
ponieważ nie wiemy co nas czeka. Plan dla każdego uczestnika na ten dzień jest jasny - odwiedzić w co najkrótszym czasie obsługę chaty Sztefanik z dostatecznym obciążeniem, zakwaterować się a na wieczór, przy każdej pogodzie, uczestniczyć w imprezie zwanej: "Wysyłanie Krzyżowców w siną (czyt. mglistą) dal ze szczytu Dumbiera".
Po zadokumentowaniu wstępnych poczynań,([attachment=38161]
następuje dokładnie o 12-tej ostry start. No i poszli. Jeszcze dobrze, że się przed nami postawił stok narciarski, to trochę otępiło początkowy zapał górołazów do szarżowania. Akurat fajny odcinek na wyprószenie miejskiego osadu z płuc.
[attachment=38162]
Wstępne zapoznanie się z Taterkami mamy za sobą i następuje chwilowo płaski odcinek z widokiem na pierwszy kopczyk - Lajsztroch (1602 m).
[attachment=38163]
Tutaj to już inna kategoria. Odkrywają się już pierwsze widoki na porządne góry. W oddali w pozycji wyczekującej wystaje Dumbier. Ciekawi mnie czym nas wieczorem przywita. Mamy w planie odwiedzić go. Jest jeszcze jedna bibowa tradycja. Tak, jak na początku trasy żegnamy się z cywilizacją przy piwku, tak pierwszy odwiedzony kopczyk zmusza nas do postoju i okosztowania żywej wody, która (rzecz jasna w małych ilościach) wymiecie z głowy ostatnie codzienne problemy i pozwoli na całkowite zanurzenie się w górskim świecie.
([attachment=38164][attachment=38165]
Tylko nie wiem co Ci dwaj knuli za osobiste plany? Dalsza wędrówka prowadzi już tylko otwartym krajem. Po Lajsztrochu czeka nas Kraliczka (1807 m), która nam zasłania dalsze widoki. Zwłaszcza na dalsze kopczyki i oczekiwaną chatę Sztefanika. Trzeba się jednak trochę namęczyć nim osiągniemy grzbiet Kraliczki.
[attachment=38166]
Z niego miały być ładne widoki, ale pogoda zaczyna z nami grać w chowanego i poniekąd zakrywa nam daleki widok.
[attachment=38167] - (Sz) chata Sztefanika, (De) Deresze, (Ch) Chopok, (Du) Dumbier
Po obejściu Kraliczki, czas na dalszy wypoczynek. Do schroniska jest już tylko niecałe 45 minut a my mamy sporo czasu. Na takich postojach ludziom ciekawe pomysły do głowy wpadają. Wezmą do ręki kawałek drewna i już nasuwają się im różne myśli. Łukasz nie wiedział czy ma zostać rycerzem, czy też pielgrzymem udającym się do Świętej Ziemi albo normalnie po zimie będzie darmowo odnawiał zimowe szlaki.
[attachment=38168]
Na szczęście komuś udało się wyrwać mu ten patyk z rąk i Łukasz znowu stał się posłusznym bibowiczem. Bliskość schroniska działała na nas jak magnes. Długo na postoju nie mogliśmy usiedzieć. Przyznam, kiedy zobaczyłem schronisko, spadł mi kamień z serca. Prognozy zapowiadały już od południa burze i deszcze, a tu była 15:30 i jeszcze na szczęście nie padało.
[attachment=38169]
Zakwaterowanie to już klasyka. Każdy wie co ma robić, gdzie jest jego łóżko, jak zimny prysznic sobie nadawkować i co kosztować z oferty schroniskowej kuchni. Na Sztefaniku trzeba koniecznie spróbować - gulasz kociołkowy, herbatę ziołową i ... nalewkę z goryczki. Wszystko było wyśmienite, tylko na gulasz musieliśmy czekać aż do wieczora, bo uprzednie wyprawy go zżarły do ostatka i musieliśmy poczekać aż kucharz przyprawi nową dawkę. Oczekiwanie na gulasz postanowiliśmy sobie skrócić odwiedzinami Dumbiera. Pogoda jednak zbytnio nie namawiała do odwiedzin,
[attachment=38170]
ale duma bibowicza GŚ nie pozwoliła na jakieś wymigiwanie się z odwiedzin. Przcież najwyższego nie wypada nieodwiedzić. Z początku mieliśmy chętki skrócić sobie drogę i wyjść na szczyt po zimowym szlaku. Byliśmy jednak uprzedzeni, że taki skrót nam może uszczuplić finanse przeznaczone na inne zabawy. To, że zbytnio sobie nie pooglądamy pobliskie kopczyki jest nam wiadome przy dojściu na Krupowe siodło.
[attachment=38171]
Jednak Dumbier był trochę łaskawy i odchylił nam kawałek widoków na swoje północne zbocze, które jest więcej skaliste i przepaściste.
[attachment=38172]
Kiedy dochodziliśmy do szczytu,witał nas orszak pasących się kozic. Chociaż mgła utrudniała orientację, rozpoczęła się walka na podchody i osiągnięcie dobrej pozycji na przeprowadzenie obsesji zdjęciowej. I mnie się udało do swojego aparatu upolować parę ładnych okazów.
[attachment=38173][attachment=38174]
Dumbier (2043 m) w tym dniu nie był jednak w dobrym nastroju. Nic nie pomogło, żeby go odmiękczyć. Mogliśmy robić foty tylko przy krzyżu
[attachment=38175]
albo zbiorowe przy obelisku.
[attachment=38176]
My jednak nie daliśmy za wygraną i cierpliwie wyczekiwali na jakieś okienko pogodowe. Wielki D był jednak twardym przeciwnikiem i wiedział co na nas poskutkuje. Kiedy już mu się znudziły nasze odwiedziny, spuścił z nieba parę kropli deszczu i przegonił nas ze swojego domu. Do schroniska doszliśmy już po ?szaroku?.
[attachment=38177]
Nastrój poprawił nam zapach wydobywający się z kuchni. To kucharz miał dla nas przygotowaną nową porcję gulaszu kociołkowego. Chyba smakował wszystkim, bo wszyscy miski dosłownie wylizali. Z wieczornych reji bibowiczów jest godne do opisania tylko złożenie gratulacji urodzinowych dla byłej aktywnej forumowiczki. Admin się postawił przodem do problemu i wręczył solenizantce podarunek.
[attachment=38178]
Z tym podarunkiem do fajnie wymyślił. On go taszczył pół dnia. Gosia natomiast całe dwa dni. Na zakończenie pierwszego dnia wyprawy można dodać, że uczestnicy poszli wszyscy grzecznie spać. I o dziwo, Tomtur był daleko pierwszy, który oddał się w ręce Orfeusza.
Koniec dnia pierwszego
Cdn (kiedyś)




[
[
Chwilę po wyjściu z chaty znowu nadeszła mgła i wszelki widok zasłoniła. Nie dajemy za wygraną i pniemy jeszcze zaspani na wierzchołek. Tam ogarnia nas taka ta tradycyjna angielska mgła. Ciężka i wilgotna. Akurat widzimy na koniec nosa. 

Już naprawiam.
