Koniec kwietnia, piękna pogoda - a więc jedziemy w Beskid Żywiecki.
Jaki będzie nasz cel tym razem? Trzy schroniska, dwa państwa i jak zwykle, widoczki. Po pokonaniu wszystkich utrudnień komunikacyjnych docieramy do Glinki, skąd rozpoczynamy marsz na Krawców Wierch. Nieco skracamy sobie drogę, którą wskazuje nam sympatyczna miejscowa babuszka. Droga co prawda świadczy o tym, jak bardzo mieszkańcy nie szanują pięknych okolic ( ciężko w lesie o miejsce bez jakiegoś papierka, czy butelki ), ale przynajmniej jest krócej. Cenny czas będzie można wykorzystać później.
Szlak początkowo łaskawy, w rezultacie i tak stara się nam uprzykrzyć dzisiejszy dzień - ktoś postanowił rozorać całą ścieżkę. Dlaczego - nie wiadomo.
Docieramy na Krawców Wierch. Widoczność nie zachwyca, ale pomidorówka owszem. Gdzieś tam w oddali majaczy Rozsutec i reszta.
Ruszamy dalej, pustym oczywiście szlakiem. Tu przynajmniej nie ma śmieci. I oto, gdzie docieramy?
Jesteśmy na nowym dachu świata, o.
Schodząc nieco niżej wpatrujemy się w masyw Pilska.
Kwietniowa pogoda zmienną jest, niedługo więc czekamy aż niebo zaniesie się chmurami i pojawi się deszczyk, kapuśniaczek.
Docieramy na Trzy Kopce. Kierujemy się w stronę Rysianki.
Nieświadomi niczego spokojnie spacerujemy lasem, a kiedy tylko z niego wychodzimy naszym oczom ukazuje się... oberwanie chmury. Co prawda dość dalekie, ale widok ten wystarcza, żeby przyspieszyć nasze tempo.
W oddali niestety kiepsko widoczne Tatry.
Jeszcze parę metrów i jesteśmy w schronisku. Odpuszczamy sobie kolejną pomidorówkę. Za to w luźnych planach mamy, żeby odwiedzić ponownie trzy schroniska i w każdej skosztować tej sławnej zupy, aby sprawiedliwie ocenić walory smakowe każdej z nich 
I jeszcze widok na Babią Górę.
I krótki marsz w kierunku naszego trzeciego schroniska tego dnia, a mianowicie Hali Lipowskiej.
Niestety licho nie śpi. Słychać pierwszy grzmot. Decydujemy się na zmianę trasy i zejście do Złatnej niebieskim szlakiem.
W rezultacie zejście wykonujemy o jakieś pół godziny szybciej. Przez większość trasy straszą nas zza pleców ciemne chmury, a przy końcu też i grzmoty. Jakimś cudem udaje nam się umknąć ulewie i docieramy do Złatnej "na sucho".
Żegnamy ciemne chmury i tak kończymy naszą wycieczkę.