Na pewno jeszcze wiele czasu upłynie nim śniegi w Tatrach znikną, ale niestety był to mój ostatni wyjazd zimowy w tym sezonie.
Na razie kilka zdjęć jako "zwiastun" (jeszcze w pracy ) krótką relacyjkę zamieszczę później Pogoda i towarzystwo dopisało, pierwszy raz nocowalem w starym Moku, wrażenia bardzo pozytywne w porownaniu do nowego dużego obiektu.
Oki, fotki:
pierwszy raz nocowalem w starym Moku, wrażenia bardzo pozytywne w porownaniu do nowego dużego obiektu.
zgodzę sie w 100%, mi szczególnie spodobała się kuchnia, bardzo klimatyczna
to był mój drugi zimowy wypad w Tatry i z całą pewnością będą kolejne.
Pablo, Doktorze dzięki za towarzystwo w wędrówce
"Jeżeli kobieta chce się realizować, wszystko jedno w jakiej dziedzinie, wcześniej czy później stanie przed wyborem między swoimi dążeniami a związkiem uczuciowym. Bo jeśli nawet partnerzy patrzą w tą samą stronę najczęściej widzą coś innego." E. Matuszewska
Kuchnia w starym Moku ma rzeczywiście świetny klimat. Jedyna wada - gleba kosztuje tyle co łóżko.
Dobrze, że pogoda dopisała i wędrówka w takim gronie się udała. Czekam na relację i więcej zdjęć.
Z Żabiego widziałem chyba najwspanialszą panoramę ze szczytów Tatr Polskich. Cudowne miejsce. Miałem w tamtym roku w planach wyjść tam od Moka ale jakoś takoś wyszlo, że wyszliśmy od Żabich Stawów.
Dawać zdjęcia
"I będziesz źle spał dopóki nie zapłacisz podatku"
No, no Sąsiad-piknie Ja również czekam na relacyję i fot więcej! Pogoda widać super, towarzystwo też-fajnie chyba było
"Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował, tego czego nie zrobiłeś niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślny wiatr.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj. "
No to Pablo czekamy na szerszą relacyjkę, Edyto Tobie życzę coraz częstszych wyjazdów, Pablo fajne foty zrobilłes, buziaki na zdjęciu usmiechnięte towarzystwo zadololone i o to chodzi)))
Życie jest za krótkie....więc po cholerę być przeciętnym człowiekiem.... Kazimierz Kutz
Godzina 16sta, koniec pracy, do domu, dopakować się, szałerek i wio na pociąg. Bana wypełniona po brzegi nie ma szans na wyspanie się, ale to normalne...
O 6.30 przesiadam się w Krakowie na autobus i tu już głowa się kiwa z rozdziawiona paszczą, póki spod przymrużonego oka nie ujrzałem zaśnieżonych szczytów. W Zakopanem zakupy w moim ulubionym sklepie społem "Jagna", miedzy innymi kilka 0,5l. puszek napoi izotonicznych hehehhhh. Szybko busikiem dostaję się do Palanicy Białczańskiej i w drogę. Wiadomo jaki asfalt jest każdy wie - do d.. Wariant przez starą Roztokę "umila" drogę zlodowaciałym śniegiem. Przy skrótach miłe spotkanie z Gandzią i DrEtkerem, dalej już razem, kwaterujemy się w starym schronie. Jest puściutko, ja kładę się na drzemkę, Doktor w międzyczasie odkopuje tylne drzwi, dzięki temu nie musimy biegać naokoło po drzewo do pieca i tak razem do późnego wieczora gadamy, snujemy plany, nawadniając się odpowiednio przed jutrzejszą turą. Po godzinie 22giej ruszamy naprzeciw Edycie85, która to wbrew wszelkim znakom przeciwnym jej od początku drogi, dzielnie dociera do Palenicy i po zmroku sama podąża do schronu. Witamy się przy skrótach i dalej już razem z powrotem eskortujemy naszą Forumowiczkę, jako obrońcy przyrody, chroniąc przed nią misia, który to gdzieś tam w okolicy się obudził. Idziemy spać już "dzisiaj" ale na dodatek wszystkiego jeszcze zbłądzony turysta robi nam pobudkę w nocy, w akcie łaski wpuszczamy go do środka ( jakbyś to przeczytał dobry człowieku to pozdrawiam )
Rano szybka kawka i atakujemy, Edyta, Doktore i ja, niestety mrozu nie budiet więc brniemy na początku przez las w dość nieprzyjemnej kaszce. Jak każdy wie, przy takiej wycieczce trzeba korzystać z usług przewodnika, i tak też robimy zapoznając się z nim dzień wcześniej i wyciągając go czasem z plecaka. Pogoda piękna widoki cudne, zespół szybki, tylko mi się jakoś niemrawo idzie - nie wyspałem się czy co? Na szczęście czasu jest sporo nie trzeba się spieszyć. W oczywistym miejscu wychodzimy na grań, a tam czeka na nas nagroda za wysiłek w postaci pięknej panoramy Tatr Słowackich ahhhhh . Po małej przerwie na herbatę napieramy dalej granią na sam szczyt. Tam stwierdzamy jednoznacznie, że dzień należy do tych bardziej udanych i trzeba to uwiecznić na wspólnej fotce. Focę na około jak japoński turysta, jest pięknie, ale wiaterek mówi nam, że czas już wracać. W powrotnej drodze już częściej zapadamy się miejscami w głębokim śniegu (albo to raczej tylko ja) Drogę kończymy na ładnym lawinisku bezpiecznie drepcąc sobie przy lawinowej jedynce. Na koniec telefon do Gandzi czy szlak mamy przetarty na dole, po potwierdzeniu udajemy się w stronę werandy na uczczenie wycieczki małym jasnym Gandzia opowiada nam różne śmieszne historie o turystach którzy po karkołomnym wysiłku dotarcia do stawu stwierdzają że musiał w nocy być przymrozek i zamarzł i inne takie przezabawne historie. Po jakimś czasie docierają pozostali forumowicze. W kuchni wieczorem spotykamy się w składzie Gandzia, Doktor, Mar.an, Edyta, Bober i ja i tak w sympatycznej jak zwykle atmosferze przy herbatce i górskich opowieściach snujemy plany na przyszłość i następny dzień... ale to już zupełnie inna historia.
Jeszcze na koniec chciałem tylko krótko o osobach występujących w tejże noweli: Gandzia była dobrym duchem naszej wycieczki i łącznikiem z główną bazą. Doktore po tak długim czasie w górach był po prostu nie wiem jak to napisać... wtopił się w otoczenie, zrósł się z nimi, z daleka nikt by go nie odróżnił od skalnej wanty A Edyta... ani razu nie dała poznać, że to dopiero drugi raz w zimowych Tatrach. Ja to mam jakieś takie szczęście trafiać na dobrych kompanów.
Doktore po tak długim czasie w górach był po prostu nie wiem jak to napisać... wtopił się w otoczenie, zrósł się z nimi, z daleka nikt by go nie odróżnił od skalnej wanty
Po prostu zakonserwowałem się dobrze
Kto pije i pali
ten nie ma robali