Dwa dni przed świętami stanęliśmy wraz z Dzienciołem na parkingu w Zawoi Markowej. W ten pierwszy dzień kalendarzowej zimy przyjechaliśmy tu wbrew kiepskim prognozom poszukać trochę zimy, trochę śniegu, wiatru, mrozu, zasp, a także tych niesamowitych śnieżno-mrocznych, lodowych postaci jakie zamieszkują o tej porze tereny powyżej górnej granicy lasu.
W Krakowie zima panowała tylko z nazwy. Tutaj w Zawoi choć zastaliśmy trochę ośnieżone zbocza (Babia Góra skutecznie chowała nam się w chmurach), to jednak do pięknej zimy z pewnością czegoś brakowało.
Początek dość monotonny, szlak biegnie wzdłuż drogi dojazdowej do schroniska (oczywiście tylko dla uprzywilejowanych pojazdów), śnieg jest rozmokły, a w koleinach raz po raz to mniejsze to większe kałuże. Z niecierpliwością zdobywamy wysokość, wiedząc, że tam wyżej powinno być to czego szukamy.
W niewielkiej odległości od schroniska sytuacja trochę się poprawia, śnieg przestaje być mokry, warstwa robi coraz to grubsza, a na szlaku pustki. Poza nami nikogo. Szczekanie psa, oznajmia nam że jesteśmy na miejscu. Widzimy też nowy budynek schroniska, co prawda jeszcze dość daleki chwili, kiedy to zostanie oddany do użytku, ale sama konstrukcja już jest. Trochę szkoda starego - w końcu było to miejsce świetnego pierwszego wielkiego spotkania forumowego GŚ w marcu 2007 roku.
Zamieniamy kilka słów z gospodarzem, ubieramy się w trochę cieplejsze rzeczy niż do tej pory i ruszamy wyżej. Tutaj założony jest pojedynczy ślad, a śniegu przybywa przekraczając miejscami niebawem znacznie pół metra, a w miejscach nawianych nawet metr. Widoczność mocno ograniczona, białe chmury łączą się z białą pokrywą śnieżną tworząc niemal jednolitą całość, urozmaiconą jedynie smukłymi choć obwieszonymi śniegiem "choinkami".
Mijamy Bronę, ostani fragment lasu przed nami i chwilę później stajemy oko w oko z... wiatrem. Ten uderza w nas najpierw słabo później śmielej, ale na szczęście od tyłu... Ciekawe jak będzie z powrotem.
Biel zasłania nam tyczki wyznaczające drogę, nie ma możliwości aby stojąc przy jednej dostrzec następną, ta z reguły dopiero odsłania się będąc w niewielkiej odległości od niej, upewniając nas o prawidłowym kierunku marszu w drodze na wierzchołek Diablaka. Uważamy też na północne stoki, chwilami czającymi się blisko nas za znikającym gdzieś w bieli załomem terenu. Panuje lawinowa dwójka, trzeba uważać.
W niedalekiej odległości zaczynają nam majaczyć dwie postacie, odpowiedzialne za założony wcześniej ślad... Dwóch chłopaków w drodze na szczyt tak jak i my, wkrótce ich mijamy aby niedługo potem spotkać się na wierzchołku. A ten wyłania się nam jakoś nagle, nawet nie wiemy kiedy pokonaliśmy całość drogi i znaleźliśmy się na 1725 m npm. Chowamy się za murek, zimny i silny wiatr nie pozwala na zbyt wiele. Chwila przerwy, jakaś herbata, jakieś zdjęcia choć i tak niemal bez tła i wracamy. Tzn. chcemy wracać, ale wiatr oznajmia że łatwo nas nie wypuści.
Zwróceni teraz twarzą ku jemu kierunkowi natarcia dosłownie w moment jesteśmy wysmagani kłującym zmrożonym śniegiem czy też deszczem. Ciężko złapać oddech, ciężko otworzyć oczy aby rozglądnąć się po okolicy w i tak bardzo ograniczonej widoczności. Kilka prób i w końcu zdeterminowani wkładając mnóstwo swoich sił rozpoczynamy zejście z czerwonymi twarzami, ale bardzo zadowolonymi
Im niżej tym łatwiej, choć śnieg staje się czasem białą pułapką przykrywającą kosodrzewinę. Na Bronie krótka rozterka czy może jeszcze udać się na Małą Babią, ale jednak rezygnujemy. Najkrótszy dzień w roku, godzina dość zaawansowana i szlak nieprzetarty, wracamy.
Aż szkoda schodzić z tego innego świata, ale niedługo napewno wrócimy, pewnie nie tu ale w równie bajeczne krajobrazy...
Na koniec, na dole dopada nas ulewa, mocno zmoczeni docieramy do samochodu. I tak kończy się pewnie ostatnia w 2008 roku (choć różnie jeszcze może być wycieczka w góry, kolejna niebawem.
Niezła zima na tej Babiej choć w niedziele u nas w Sadeckim Beskidzie też ze znalezieniem metrowych zasp nie było problemu Ale ten wiatr Babiogórski wiem z doswiadczenia że czasem daje w... no wiadomo co !
pozdrawiam
No jasne. Tomasz jest specem od ładnej pogody na Babiej. A chłopaki dostali w kość, bo Snieshkę z kapeluszem nie zabrali. Ona potem wypuściła Gina z butelki i ten się z nieborakami pobawił.