08-03-2008, 06:50 PM
Tragedia na Małym Jaworowym Szczycie w 1910 roku
(część druga)
(część pierwsza zamieszczona jest w poscie nr 38)
Jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem, Jarzyna dotarł do schroniska nad Morskim Okiem i powiadomił Tatrzańskie Pogotowie o wypadku. Naczelnik - Mariusz Zaruski szybko zorganizował ekspedycję ratunkową, tak, iż w nocy, z piątku na sobotę, góralskimi furami wyruszyła grupa ratowników i taterników w stronę Doliny Jaworowej. Wśród nich znajdował się Klimek Bachleda, Aleksander Znamięcki, Roman Kordys i Stanisław Zdyb.
Jarzyna mimo ogromnego zmęczenia i odniesionych obrażeń powrócił nocą pod ścianę Małego Jaworowego Szczytu, by wskazać ratownikom miejsce tragedii. Spotkał się z nimi rankiem 6 sierpnia.
"Zdałem sprawę Zaruskiemu i wręczyłem mu plany tej ściany. Chciałem iść z nimi. [...] Zaruski i jeszcze ktoś nie chciał się absolutnie na to zgodzić. Twierdzili, że jestem bardzo zmęczony. Oni weszli w ścianę i podzielili się na dwie grupy. Ja wszedłem na przeciwległe zbocze i stamtąd obserwowałem podejście"
Zajrzyjmy teraz na strony "Księgi Tatr" Jalu Kurka, by prześledzić dramatyczną akcję ratunkową.
"Chmury zasłaniały horyzont. Dzień wstał posępny, słotny, padał śnieg pomieszany z deszczem.[...]. Biły pioruny. W każdym żlebie huczała siklawa. Toczyły się kamienie wypłukiwane z łożysk. Lało się z turni i z nieba.[...]". Trzyosobowa grupa (Bachleda, Zaruski, Zdyb) wspinała się "po silnie spękanych płytach, czepiając się czubkami palców ich szczerbin.[...] Weszli na platformę zasłaną wielkimi blokami, przesutą żwirem. Tu zatrzymali się na chwilę we trójkę, usiłując rozejrzeć się w sytuacji. Deszcz padał..[...]Zwinąwszy dłonie przy ustach, nawoływali. Na powtarzane sygnały Szulakiewicz nie dawał żadnych odpowiedzi, a z powodu mgły nie można go było wypatrzyć".
Dalej przez nachylony kominek dostali się na rozległa półkę. Strugi wody wlewały im się przez rękawy i za kołnierze. Przemoczeni, zmarznięci wspinali się po płycie z ukośnym zacięciem. Wreszcie usłyszeli ciche wołanie Szulakiewicza. Ratownicy wśród strug deszczu i walących piorunów, przy ograniczonej widoczności nie potrafili dokładnie określić miejsca, z którego dochodził jego głos.
"Około godziny pierwszej w południe wskutek zacięcia się o głaz liny łączącej Klimka z Zaruskim i Zdybem góral odwiązał się od niej, puścił jej koniec i szedł odtąd nie asekurowany z dołu.[...] Fizyczne siły wyczerpywały się wskutek przemęczenia, bezsenności, wysiłku; reszty dokonywała nieustanna lodowata kąpiel. [...] Klimek, przeszedłszy w prawo jakie pięćdziesiąt metrów, wstąpił na grzędę, posuwając się nią w stronę, z której, jak mu się wydało, wśród szumu deszczu i ciurkania wód dochodziło wołanie."
W tym czasie członkowie drugiej grupy (Znamięcki i Kordys) dotarli do Zaruskiego i Zdyba. Sytuacja stawała się beznadziejnie trudna. Klimek, ponad ich głowami parł nieustannie sam naprzód, a pozostali ratownicy, wyraźnie osłabieni fizycznie i psychicznie nie byli w stanie iść dalej. Zaruski, czując się odpowiedzialny za ratowników, mając do wyboru śmierć Szulakiewicza, albo śmierć wszystkich, podjął niełatwą decyzję o zaprzestaniu poszukiwań. Tylko Klimek nie usłuchał rozkazu naczelnika. Nie usłuchał, albo nie usłyszał. Osiągnąwszy skalną półkę, zwaną obecnie Klimkową Ławką, odwrócił się do pozostających niżej ratowników i dał im tylko znaki rękoma, że zmierza w kierunku grani, przez którą spróbuje przejść na drugą stronę szczytu. Po drodze chciał jeszcze zajrzeć do żlebu, by sprawdzić, czy właśnie stamtąd dochodzi głos Szulakiewicza. Gdy zniknął za skalnym grzbietem, po krótkiej chwili dał się słyszeć huk ogromnej kamiennej lawiny.
Zbliżał się wieczór. Wśród niekończącej się ulewy, czterech ratowników, wyczerpanych tak bardzo, że ledwo sił im starczało na powrót, schodziło w stronę dna doliny. Gdzieś w ścianie, przebywał Szulakiewicz, którego ciche wołanie zagłuszał ciągle podający deszcz. Jego głos słabnął z każdą chwilą, aż zupełnie ucichł.
Powróćmy na chwilę do wywiadu Ewy Kossak z Janem Jarzyną. "Na drugi dzień, a był to siódmy sierpnia 1910 roku pogoda była znów nieszczególna. Oni, zmęczeni po nocy spędzonej w skale, zaczęli schodzić. Wtedy ja pojechałem do Zakopanego, żeby zorganizować nową ekspedycję ratunkową. Nazajutrz byłem wraz ze świeżą grupą u stóp Jaworowego."
W poniedziałek rano Zaruski wyznaczył cztery grupy, poszukujące prawdopodobnie już martwego Szulakiewicza. Pogoda nadal była niesprzyjająca, mglista i niestabilna. Ratownicy natrafiali na wiele przeszkód, zanim znaleźli się w pobliżu miejsca wypadku.
Dalej czytamy w "Księdze Tatr": "Ochotnicy ze wschodniej grzędy zauważyli poniżej kopczyka, gdzieś o 30 metrów nad głową idącego przodem Zdyba, coś podobnego do chustki Szulakiewicza. Wobec tego Zaruski komenderuje pierwszej trójce trawers w lewo, kierując poszukiwania w tę stronę. Alarm okazał się jednak fałszywy, zawrócono więc ku miejscu pierwotnemu, zaznaczonemu na szkicu Jarzyny. On sam z doliny, za pomocą telegrafu wzrokowego upewniał ratowników co do prawidłowości i kierunku drogi. Przejście dwóch żeber zajęło im sporo czasu; na końcu trzeciego żebra powinien znajdować się Szulakiewicz. Na wielokrotne nawoływania nie było odpowiedzi.[...] Rzucono z góry linę, pierwsza partia związała się z drugą. Zdyb, który nie miał asekuracji z dołu przy trawersie, odwiązał się od liny i na polecenie naczelnika pozostał na miejscu. Szło ich więc teraz czterech. Przeszli przez żebro w kolejności: Lesicki, Marusarz, Tylka, Zaruski. Przekroczywszy krawędź, zobaczyli przed sobą Szulakiewicza, już martwego". (Miejsce jego odnalezienia jest nazwane przez taterników Pościelą Szulakiewicza.)
"Spoczywał u podnóża olbrzymiego, skrzesanego pionowo urwiska w szczytowej części ściany, wklinowany w szczelinę pomiędzy urwiskiem a wielkim głazem, na który nałożona była pętla - w pozycji półsiedzącej, z twarzą opartą o blok. Obok były rozrzucone dwa worki turystyczne, dwie pary trzewików skalnych i inne drobiazgi. Żywności nie było wśród rzeczy. Śmierć, jak należało sądzić, nastąpiła z zamarznięcia, prawdopodobnie w nocy z soboty na niedzielę podczas burzy śnieżnej"..
Po odnalezieniu zwłok, ratownicy zaczęli przygotowywać je do transportu. Ze względu na miejsce odnalezienia, nie było to proste zadanie. Znoszenie ciała, przy ciągle złych warunkach atmosferycznych, również było karkołomnym przedsięwzięciem. Ratownicy napotykali na szereg trudności, tak iż późnym poniedziałkowym wieczorem, po zabezpieczeniu zwłok zostawili je w skale. Ze względu na zmęczenie wszystkich członków ekspedycji, Zaruski postanowił czekać na nowych ludzi z Zakopanego, którzy zajęliby się zniesieniem ciała Szulakiewicza, co nastąpiło dopiero wczesnym popołudniem w środę, dziesiątego sierpnia.
[attachment=8847] Ratownicy znoszą ciało Szulakiewicza (zdjęcie z "Księgi Tatr" J.Kurka)
Niepokojącym stał się brak wieści o Klimku. Zaruski przypuszczał na początku, że ten doskonały przewodnik i znawca Tatr, umiejący poradzić sobie w wielu trudnych sytuacjach i warunkach, po przejściu na południową stronę szczytu wrócił do Zakopanego. Do środowego wieczora nie dotarła jednak żadna pomyślna i pewna wiadomość o Klimku. Stało się oczywistym, że góral zaginął.
Następnego dnia, w czwartek z powodu ciągłych opadów deszczu i dużego zamglenia, wszyscy powrócili do Zakopanego. W piątek zebrała się szesnastoosobowa grupa ratowników i ochotników z niezmordowanym Mariuszem Zaruskim na czele, która jeszcze tego dnia, późnym popołudniem wyjechała w rejon Małego Jaworowego Szczytu na poszukiwania Klimka. Rankiem trzynastego sierpnia ruszyły do akcji cztery grupy, z których dwie przeszukiwały północną ścianę, trzecia rejon samego wierzchołka, a czwarta penetrowała południową stronę szczytu, od strony Doliny Staroleśnej. Około południa grupa kierowana przez Stanisława Zdyba, w żlebie opadającym z Hakowatej Przełęczy zauważyła ciało nieżyjącego przewodnika. Ze względu na odległość wszystkich grup od wskazanego miejsca, stosunkowo późną porę dnia oraz duże zachmurzenie, wróżące nowe opady deszczu, podjęto decyzję o zejściu na dno doliny na nocleg.
W niedzielę czternastego sierpnia, w stronę żlebu, kryjącego zwłoki Klimka wyruszyły dwie grupy ludzi. Olbrzymia ulewa i zamglenie nie pozwoliły jednak na dotarcie do miejsca tragedii. Deszcz ustał dopiero nad ranem w poniedziałek. Wówczas trzyosobowa grupa ratowników, przy silnym wietrze i przenikliwym zimnie (miejscami skały były oblodzone) podjęła kolejną próbę wejścia w ścianę. Po pokonaniu niezliczonych trudności dotarli na miejsce tragicznego upadku. (Miejsce odnalezienia Klimka zwane jest Klimkowym Kominem).
Taki oto opis znajdujemy w "Księdze Tatr" : "Leżał na dnie żlebu, przywalony głazem. Ciało było straszliwie zmasakrowane, nie do poznania. Z głowy pozostała tylko krwawa miazga, ręce i nogi połamane. Ubranie w czasie upadku zdarte z ciała, spodnie i bielizna potargane na strzępy. Buty, popękane, zleciały ze zmiażdżonych stóp i tak je obok znaleziono. Przyczyną śmierci był upadek z wysokości około dwustu metrów. Odpadł od skały pośliznąwszy się prawdopodobnie na trawiastej półeczce pod przewieszoną ścianką w odległości kilkudziesięciu kroków od miejsca na żebrze, gdzie widziano go ostatni raz. Zginął w sobotę 6 sierpnia, między godziną drugą a trzecią po południu, w czasie gdy inni uczestnicy wyprawy ratunkowej znajdowali się jeszcze w ścianie. Według wszelkiego prawdopodobieństwa żył jeszcze wtedy i Szulakiewicz".
Jeszcze tego samego dnia, do wieczora zniesiono ciało Klimka na dno doliny. Po dokonaniu oględzin przez komisję sądowo - lekarską, złożono zmaltretowane zwłoki do trumny i pod osłoną nocy, przy świetle pochodni, przetransportowano je do Jaworzyny. Następnego dnia rano, dzwony jaworzyńskiego kościółka żegnały króla przewodników tatrzańskich, udającego się w swoją ostatnią powrotną drogę do Zakopanego.
[attachment=8763] Dolina Jaworowa - ostatnia droga Klimka
Wielu historyków, do dzisiaj uważa akcję ratunkową na Małym Jaworowym Szczycie za najcięższą w dziejach taternictwa. Przy skrajnie niesprzyjających, jak na tę porę roku warunkach, przez dziesięć dni, około trzydziestu ratowników i ochotników z narażeniem własnego życia toczyło nierówną walkę z niedostępnym szczytem i z rozszalałymi żywiołami. Zginął młody, doświadczony taternik, zginął niosący mu pomoc dzielny, pełen poświęcenia ratownik. Tragedia ta rozeszła się głośnym echem w całej Polsce. Środowisko taterników, głęboko poruszone tym wydarzeniem, przez długi czas nie mogło otrząsnąć się z szoku. Ten sierpniowy dramat wyznaczył koniec pewnej epoki w polskim taternictwie. Późniejsze eksploracje Tatr nabrały już nieco odmiennego charakteru. Było to zapewne związane również z burzliwymi zmianami, jakie wkrótce miały miejsce w całej Europie, spowodowanymi pierwszą wojną światową.
[attachment=8764]
Opracowując ten tekst (część pierwszą i drugą) korzystałem z następujących źródeł:
1) "To i owo o Tatrach" tom III - Aleksy Siemionow, nakładem Teresy Caban 1993. Książka ta zawiera wywiad z Janem Jarzyną opublikowany w "Przekroju" w 1960 roku.
2) "Księga Tatr" - Jalu Kurek, wyd. "Iskry" - 1972 rok.
3) "Tragedie tatrzańskie" - Wawrzyniec Żuławski, wyd. "Sport i Turystyka" - 1956 rok.
4) "Z dziejów taternictwa" - Bolesław Chwaściński, wyd. "Sport i Turystyka" - 1980 rok.
5) "Najpiękniejsze szczyty tatrzańskie" - Janusz Kurczab, Marek Wołoszyński", wyd. "Sport i Turystyka" - 1991 rok.
6) "Wołanie w górach" - Michał Jagiełło, wyd. "Oficyna Przeglądu Powszechnego" - 1991 rok.
7) "Dzieje Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego" - Władysław Krygowski, Wydawnictwo PTTK "KRAJ" - 1988 rok.
8) "Zakopiańskim szlakiem Mariusza Zaruskiego" - Maciej Pinkwart, Wydawnictwo PTTK "KRAJ" - 1983 rok.
9) "Tatry Wysokie" - Przewodnik taternicki tom XV i XVI - Witold Paryski, wyd. "Sklep Podróżnika" - 1993 rok.
Autorem zdjęć jest Bartek Pedryc, któremu bardzo dziękuję za ich udostępnienie.
(część druga)
(część pierwsza zamieszczona jest w poscie nr 38)
Jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem, Jarzyna dotarł do schroniska nad Morskim Okiem i powiadomił Tatrzańskie Pogotowie o wypadku. Naczelnik - Mariusz Zaruski szybko zorganizował ekspedycję ratunkową, tak, iż w nocy, z piątku na sobotę, góralskimi furami wyruszyła grupa ratowników i taterników w stronę Doliny Jaworowej. Wśród nich znajdował się Klimek Bachleda, Aleksander Znamięcki, Roman Kordys i Stanisław Zdyb.
Jarzyna mimo ogromnego zmęczenia i odniesionych obrażeń powrócił nocą pod ścianę Małego Jaworowego Szczytu, by wskazać ratownikom miejsce tragedii. Spotkał się z nimi rankiem 6 sierpnia.
"Zdałem sprawę Zaruskiemu i wręczyłem mu plany tej ściany. Chciałem iść z nimi. [...] Zaruski i jeszcze ktoś nie chciał się absolutnie na to zgodzić. Twierdzili, że jestem bardzo zmęczony. Oni weszli w ścianę i podzielili się na dwie grupy. Ja wszedłem na przeciwległe zbocze i stamtąd obserwowałem podejście"
Zajrzyjmy teraz na strony "Księgi Tatr" Jalu Kurka, by prześledzić dramatyczną akcję ratunkową.
"Chmury zasłaniały horyzont. Dzień wstał posępny, słotny, padał śnieg pomieszany z deszczem.[...]. Biły pioruny. W każdym żlebie huczała siklawa. Toczyły się kamienie wypłukiwane z łożysk. Lało się z turni i z nieba.[...]". Trzyosobowa grupa (Bachleda, Zaruski, Zdyb) wspinała się "po silnie spękanych płytach, czepiając się czubkami palców ich szczerbin.[...] Weszli na platformę zasłaną wielkimi blokami, przesutą żwirem. Tu zatrzymali się na chwilę we trójkę, usiłując rozejrzeć się w sytuacji. Deszcz padał..[...]Zwinąwszy dłonie przy ustach, nawoływali. Na powtarzane sygnały Szulakiewicz nie dawał żadnych odpowiedzi, a z powodu mgły nie można go było wypatrzyć".
Dalej przez nachylony kominek dostali się na rozległa półkę. Strugi wody wlewały im się przez rękawy i za kołnierze. Przemoczeni, zmarznięci wspinali się po płycie z ukośnym zacięciem. Wreszcie usłyszeli ciche wołanie Szulakiewicza. Ratownicy wśród strug deszczu i walących piorunów, przy ograniczonej widoczności nie potrafili dokładnie określić miejsca, z którego dochodził jego głos.
"Około godziny pierwszej w południe wskutek zacięcia się o głaz liny łączącej Klimka z Zaruskim i Zdybem góral odwiązał się od niej, puścił jej koniec i szedł odtąd nie asekurowany z dołu.[...] Fizyczne siły wyczerpywały się wskutek przemęczenia, bezsenności, wysiłku; reszty dokonywała nieustanna lodowata kąpiel. [...] Klimek, przeszedłszy w prawo jakie pięćdziesiąt metrów, wstąpił na grzędę, posuwając się nią w stronę, z której, jak mu się wydało, wśród szumu deszczu i ciurkania wód dochodziło wołanie."
W tym czasie członkowie drugiej grupy (Znamięcki i Kordys) dotarli do Zaruskiego i Zdyba. Sytuacja stawała się beznadziejnie trudna. Klimek, ponad ich głowami parł nieustannie sam naprzód, a pozostali ratownicy, wyraźnie osłabieni fizycznie i psychicznie nie byli w stanie iść dalej. Zaruski, czując się odpowiedzialny za ratowników, mając do wyboru śmierć Szulakiewicza, albo śmierć wszystkich, podjął niełatwą decyzję o zaprzestaniu poszukiwań. Tylko Klimek nie usłuchał rozkazu naczelnika. Nie usłuchał, albo nie usłyszał. Osiągnąwszy skalną półkę, zwaną obecnie Klimkową Ławką, odwrócił się do pozostających niżej ratowników i dał im tylko znaki rękoma, że zmierza w kierunku grani, przez którą spróbuje przejść na drugą stronę szczytu. Po drodze chciał jeszcze zajrzeć do żlebu, by sprawdzić, czy właśnie stamtąd dochodzi głos Szulakiewicza. Gdy zniknął za skalnym grzbietem, po krótkiej chwili dał się słyszeć huk ogromnej kamiennej lawiny.
Zbliżał się wieczór. Wśród niekończącej się ulewy, czterech ratowników, wyczerpanych tak bardzo, że ledwo sił im starczało na powrót, schodziło w stronę dna doliny. Gdzieś w ścianie, przebywał Szulakiewicz, którego ciche wołanie zagłuszał ciągle podający deszcz. Jego głos słabnął z każdą chwilą, aż zupełnie ucichł.
Powróćmy na chwilę do wywiadu Ewy Kossak z Janem Jarzyną. "Na drugi dzień, a był to siódmy sierpnia 1910 roku pogoda była znów nieszczególna. Oni, zmęczeni po nocy spędzonej w skale, zaczęli schodzić. Wtedy ja pojechałem do Zakopanego, żeby zorganizować nową ekspedycję ratunkową. Nazajutrz byłem wraz ze świeżą grupą u stóp Jaworowego."
W poniedziałek rano Zaruski wyznaczył cztery grupy, poszukujące prawdopodobnie już martwego Szulakiewicza. Pogoda nadal była niesprzyjająca, mglista i niestabilna. Ratownicy natrafiali na wiele przeszkód, zanim znaleźli się w pobliżu miejsca wypadku.
Dalej czytamy w "Księdze Tatr": "Ochotnicy ze wschodniej grzędy zauważyli poniżej kopczyka, gdzieś o 30 metrów nad głową idącego przodem Zdyba, coś podobnego do chustki Szulakiewicza. Wobec tego Zaruski komenderuje pierwszej trójce trawers w lewo, kierując poszukiwania w tę stronę. Alarm okazał się jednak fałszywy, zawrócono więc ku miejscu pierwotnemu, zaznaczonemu na szkicu Jarzyny. On sam z doliny, za pomocą telegrafu wzrokowego upewniał ratowników co do prawidłowości i kierunku drogi. Przejście dwóch żeber zajęło im sporo czasu; na końcu trzeciego żebra powinien znajdować się Szulakiewicz. Na wielokrotne nawoływania nie było odpowiedzi.[...] Rzucono z góry linę, pierwsza partia związała się z drugą. Zdyb, który nie miał asekuracji z dołu przy trawersie, odwiązał się od liny i na polecenie naczelnika pozostał na miejscu. Szło ich więc teraz czterech. Przeszli przez żebro w kolejności: Lesicki, Marusarz, Tylka, Zaruski. Przekroczywszy krawędź, zobaczyli przed sobą Szulakiewicza, już martwego". (Miejsce jego odnalezienia jest nazwane przez taterników Pościelą Szulakiewicza.)
"Spoczywał u podnóża olbrzymiego, skrzesanego pionowo urwiska w szczytowej części ściany, wklinowany w szczelinę pomiędzy urwiskiem a wielkim głazem, na który nałożona była pętla - w pozycji półsiedzącej, z twarzą opartą o blok. Obok były rozrzucone dwa worki turystyczne, dwie pary trzewików skalnych i inne drobiazgi. Żywności nie było wśród rzeczy. Śmierć, jak należało sądzić, nastąpiła z zamarznięcia, prawdopodobnie w nocy z soboty na niedzielę podczas burzy śnieżnej"..
Po odnalezieniu zwłok, ratownicy zaczęli przygotowywać je do transportu. Ze względu na miejsce odnalezienia, nie było to proste zadanie. Znoszenie ciała, przy ciągle złych warunkach atmosferycznych, również było karkołomnym przedsięwzięciem. Ratownicy napotykali na szereg trudności, tak iż późnym poniedziałkowym wieczorem, po zabezpieczeniu zwłok zostawili je w skale. Ze względu na zmęczenie wszystkich członków ekspedycji, Zaruski postanowił czekać na nowych ludzi z Zakopanego, którzy zajęliby się zniesieniem ciała Szulakiewicza, co nastąpiło dopiero wczesnym popołudniem w środę, dziesiątego sierpnia.
[attachment=8847] Ratownicy znoszą ciało Szulakiewicza (zdjęcie z "Księgi Tatr" J.Kurka)
Niepokojącym stał się brak wieści o Klimku. Zaruski przypuszczał na początku, że ten doskonały przewodnik i znawca Tatr, umiejący poradzić sobie w wielu trudnych sytuacjach i warunkach, po przejściu na południową stronę szczytu wrócił do Zakopanego. Do środowego wieczora nie dotarła jednak żadna pomyślna i pewna wiadomość o Klimku. Stało się oczywistym, że góral zaginął.
Następnego dnia, w czwartek z powodu ciągłych opadów deszczu i dużego zamglenia, wszyscy powrócili do Zakopanego. W piątek zebrała się szesnastoosobowa grupa ratowników i ochotników z niezmordowanym Mariuszem Zaruskim na czele, która jeszcze tego dnia, późnym popołudniem wyjechała w rejon Małego Jaworowego Szczytu na poszukiwania Klimka. Rankiem trzynastego sierpnia ruszyły do akcji cztery grupy, z których dwie przeszukiwały północną ścianę, trzecia rejon samego wierzchołka, a czwarta penetrowała południową stronę szczytu, od strony Doliny Staroleśnej. Około południa grupa kierowana przez Stanisława Zdyba, w żlebie opadającym z Hakowatej Przełęczy zauważyła ciało nieżyjącego przewodnika. Ze względu na odległość wszystkich grup od wskazanego miejsca, stosunkowo późną porę dnia oraz duże zachmurzenie, wróżące nowe opady deszczu, podjęto decyzję o zejściu na dno doliny na nocleg.
W niedzielę czternastego sierpnia, w stronę żlebu, kryjącego zwłoki Klimka wyruszyły dwie grupy ludzi. Olbrzymia ulewa i zamglenie nie pozwoliły jednak na dotarcie do miejsca tragedii. Deszcz ustał dopiero nad ranem w poniedziałek. Wówczas trzyosobowa grupa ratowników, przy silnym wietrze i przenikliwym zimnie (miejscami skały były oblodzone) podjęła kolejną próbę wejścia w ścianę. Po pokonaniu niezliczonych trudności dotarli na miejsce tragicznego upadku. (Miejsce odnalezienia Klimka zwane jest Klimkowym Kominem).
Taki oto opis znajdujemy w "Księdze Tatr" : "Leżał na dnie żlebu, przywalony głazem. Ciało było straszliwie zmasakrowane, nie do poznania. Z głowy pozostała tylko krwawa miazga, ręce i nogi połamane. Ubranie w czasie upadku zdarte z ciała, spodnie i bielizna potargane na strzępy. Buty, popękane, zleciały ze zmiażdżonych stóp i tak je obok znaleziono. Przyczyną śmierci był upadek z wysokości około dwustu metrów. Odpadł od skały pośliznąwszy się prawdopodobnie na trawiastej półeczce pod przewieszoną ścianką w odległości kilkudziesięciu kroków od miejsca na żebrze, gdzie widziano go ostatni raz. Zginął w sobotę 6 sierpnia, między godziną drugą a trzecią po południu, w czasie gdy inni uczestnicy wyprawy ratunkowej znajdowali się jeszcze w ścianie. Według wszelkiego prawdopodobieństwa żył jeszcze wtedy i Szulakiewicz".
Jeszcze tego samego dnia, do wieczora zniesiono ciało Klimka na dno doliny. Po dokonaniu oględzin przez komisję sądowo - lekarską, złożono zmaltretowane zwłoki do trumny i pod osłoną nocy, przy świetle pochodni, przetransportowano je do Jaworzyny. Następnego dnia rano, dzwony jaworzyńskiego kościółka żegnały króla przewodników tatrzańskich, udającego się w swoją ostatnią powrotną drogę do Zakopanego.
[attachment=8763] Dolina Jaworowa - ostatnia droga Klimka
Wielu historyków, do dzisiaj uważa akcję ratunkową na Małym Jaworowym Szczycie za najcięższą w dziejach taternictwa. Przy skrajnie niesprzyjających, jak na tę porę roku warunkach, przez dziesięć dni, około trzydziestu ratowników i ochotników z narażeniem własnego życia toczyło nierówną walkę z niedostępnym szczytem i z rozszalałymi żywiołami. Zginął młody, doświadczony taternik, zginął niosący mu pomoc dzielny, pełen poświęcenia ratownik. Tragedia ta rozeszła się głośnym echem w całej Polsce. Środowisko taterników, głęboko poruszone tym wydarzeniem, przez długi czas nie mogło otrząsnąć się z szoku. Ten sierpniowy dramat wyznaczył koniec pewnej epoki w polskim taternictwie. Późniejsze eksploracje Tatr nabrały już nieco odmiennego charakteru. Było to zapewne związane również z burzliwymi zmianami, jakie wkrótce miały miejsce w całej Europie, spowodowanymi pierwszą wojną światową.
[attachment=8764]
Opracowując ten tekst (część pierwszą i drugą) korzystałem z następujących źródeł:
1) "To i owo o Tatrach" tom III - Aleksy Siemionow, nakładem Teresy Caban 1993. Książka ta zawiera wywiad z Janem Jarzyną opublikowany w "Przekroju" w 1960 roku.
2) "Księga Tatr" - Jalu Kurek, wyd. "Iskry" - 1972 rok.
3) "Tragedie tatrzańskie" - Wawrzyniec Żuławski, wyd. "Sport i Turystyka" - 1956 rok.
4) "Z dziejów taternictwa" - Bolesław Chwaściński, wyd. "Sport i Turystyka" - 1980 rok.
5) "Najpiękniejsze szczyty tatrzańskie" - Janusz Kurczab, Marek Wołoszyński", wyd. "Sport i Turystyka" - 1991 rok.
6) "Wołanie w górach" - Michał Jagiełło, wyd. "Oficyna Przeglądu Powszechnego" - 1991 rok.
7) "Dzieje Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego" - Władysław Krygowski, Wydawnictwo PTTK "KRAJ" - 1988 rok.
8) "Zakopiańskim szlakiem Mariusza Zaruskiego" - Maciej Pinkwart, Wydawnictwo PTTK "KRAJ" - 1983 rok.
9) "Tatry Wysokie" - Przewodnik taternicki tom XV i XVI - Witold Paryski, wyd. "Sklep Podróżnika" - 1993 rok.
Autorem zdjęć jest Bartek Pedryc, któremu bardzo dziękuję za ich udostępnienie.

! Dzięki Maciek, ciekawa jestem co szykujesz w następnej kolejności... ? 
