W nocy po udanej wycieczce na Conturines, niebo już nie wytrzymało i otworzyło wszystkie zawory. Na drugi dzień - niedziela 25.8.2013 - pogoda nie napajała optymizmem. Trzeba było wymyśleć coś lajtowego. Decyzja pada na wodospady Fanes i jak dobrze pójdzie, to odwiedzimy i "Morskie Oko" Dolomitów - jezioro Braies.
Rano nam nieśpieszno, aczkolwiek nas czeka czasowo długa podróż samochodami. Trzeba objechać całą grupę Fanes przez przełęcz Falzarego i przebić się przez Cortinę. Parkujemy jakieś 3 km za miastem. Dalej trzeba już na piechotę. Po nocnych ulewach rzeczki Boite i Fanes sporo nabrały wody.
Przy takiej okazji zawsze wody przybierają kolor dolomitowego mleka. Idziemy sobie doliną, która nie różni się od innych tego typu. Nawet słychać marudzenie niecierpliwych, że nic ciekawego się nie dzieje, coś takiego można i w Polsce widzieć i kiedy będą wreszcie te wodospady.
- Oooo! Jakie te Dolomity ładne!
Nic nie świadczy o tym, że za chwilę droga się będzie lekko podnosić wraz z reliefem terenu a rzeczka Fanes i jej dorzecza zostaną gdzieś w dole i wytworzy się gigantyczny kanion. Trzeba tutaj przypomnieć, że przejście wodospadami jest zaliczane do Via ferrat i nazywa się Giovanni Barbara. Jeden odcinek, jak się pózniej okaże, można zaliczyć do stopnia trudności B, co przy wiecznie mokrej skale przyspaja dalsze trudności.
Nareszcie dochodzimy do miejsca, gdzie wąska ścieżka odbija z głównego szlaku. Z małej platformy widokowej widzimy w dole pomrukującą rzeczkę. Wszyscy z niecierpliwością naciągają szyję i chcą jak najprędzej zobaczyć te cuda natury.
Ostrożnie i powoli poruszamy się po skalnej półce. Najpierw słyszymy charakterystyczy huk spadającej wody i potem już prawdziwy widok na górną część wodospadu.
Przejście ma jedną zaletę. Nie przechodzi się obok niego, ale za nim. Fajne uczucie nas obejmuje, kiedy te walące się wody niemal przelewają się nam przez głowę.
Przepraszam za złą jakość zdjęcia, ale jak przechodziłem "za" wodospadem, to mi się objektyw orosił jak piwny kufel. Dalej przedzieramy się przez skalną wyrwę i napotykamy już wspominany odcinek trochę trudniejszej ferraty.
Przeżycie chwilki niepewności jest o wiele większe, ponieważ nie mieliśmy tradycyjnego stroju ferratowego i trzeba było ten odcinek przejść na żywo. Przypominam, że skała była śliska i w niektórych miejscach z minimem oparcia na stopy. Przechodzimy ten odcinek bez utraty na zdrowiu. W nagrodę otrzymujemy ładny widok na dolną część wodospadu.
W tym miejscu możemy też zaraz przejść przez mostek, dostatecznie pokropieni przez wodospad i skalną półką opuścić to miejsce (Tomtur się ponaglił i został za to dostatecznie ochrzczony), ale my idziemy dalej lewym brzegiem do miejsca zwanego Belwedere. Trzeba jednak trochę się namęczyć takim niby cik-cak podejściem.
Znów ktoś tam w dole marudził, że dzisiaj nie miało być żadnych kopczyków (zgadnijcie kto?), ale byliśmy znowu wynagrodzeni ładnym widokiem na wodospad. Tym razem pokazał się nam w całej swej świetności.
Kiedy do mnie doszedł Pedro, to mi powiedział mi w cichości, że mam wymyśleć inną drogę powrotną. Jeszcze szczęście, że z platformy widokowej Belwedere prowadził też normalny szlak, inaczej by w wyprawie wybuchnął prawdziwy bunt i prawdopodobnie bym został wyrzucony za burtę (czyt. ze skały). Powrotna droga na parking była już pod znakiem powoli spadających kropli deszczu i z inaczej pojętnymi widokami na góry.
Można tutaj zaznaczyć, że trochę wyżej wodospadów, które odwiedziliśmy, są jeszcze następne wodospady. Są mniejsze, ale też ponoć piękne. Muszę się przyznać, że za te wszystkie lata, kiedy tu chodzę, jeszcze mi się nigdy nie udało do nich dotrzeć. Zawsze wycieczkę kończę u tych dolnych. Po 2 godzinach opuszczamy dolinę Fanes i samochodami przemieszczamy się do innego regionu, do Pragskich Dolomitów ze swoją perłą jeziorem Braies. Po drodze z Cortiny na Toblach nasza ekipa zapozowała przed jeszcze innym klejnotem.
Nad jezioro Braies (Pragser Wildsee) przyjeżdżamy dopiero koło 16:00. I tak trzeba płacić za parkowanie autka 3 Euro (o 17:00 parkingowy zamknął interes). Jesteśmy zgłodniani i fajnie by było w jakieś chateczce nad brzegiem jeziora napełnić brzuchy. To jeszcze nie wiemy, że tutaj nas nie nakarmią i nie napoją. Zawsze myślałem, że tylko Tatry mają stadnie i komercyjnie odwiedzane jezioro. Myliłem się. Teraz poznałem, że i Dolomity mają podobne miejsce. Tutaj jednak nie mają "normalnego" schroniska. Był tu tylko objekt typu fast food albo znowu wykwintny hotel z białymi ubrusami i grubymi dywanami.
Pozostało nam, głodnym podróżnikom, porobić tylko foteczki. Na zdjęciu w tle widać kopczyk o nazwie Seekofel (Croda del Becco) 2810 m. Dla mnie nowy objekt godny do odwiedzenia. Z drugiej strony jest "normalne" schronisko. Może w następnym roku? Muszą tam być ładne widoki na o 1400 m niżej położone jezioro.
Był też i inny kopczyk co mi się podobał. Chyba Herrstein 2447 m. Dalsze losy naszej ekipy były mocno natargane uczuciem głodu. Wytrwalsi - Pedro, Paulina i Tomtur - postanowili jeszcze obejść jezioro, zgłodnialcy - reszta - zatrąbiła do odwrotu. Punktem zbiorczym miała być jakaś pizzeria. Było to jeszcze 40 km jazdy samochodem. I tak zakończył się kolejny dzień dla naszej ekipy w Dolomitach. Następny dzień, wskutek niezbyt zadawalających przedpowiedzi pogodowych, ferraciarze DrEtker, Stasiu i Tomtur opuścili Dolomity i pojechali próbować szczęścia pod Dachsteinem. Reszta miała więcej czasu i pozostała, już uszczuplona, w oczekiwaniu lepszych warunków pogodowych w Dolomitach.