|
Wołowiec i Starobociański - góry, które nas nie chciały
|
| Autor |
Wiadomość |
Stasiu
    
Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status:
Offline
|
Wołowiec i Starobociański - góry, które nas nie chciały
Ja z Tomturem postanowiliśmy trochę przedreptać miejsca w Tatrach, gdzie nas jeszcze nie było. Pod lupą znalazł się odcinek Zachodnich od Wołowca po Pyszniańską Przełęcz. Nie trzeba było się długo zastanawiać i decyzja zetrzeć zelówki na szlaku między tymi dwoma punktami była natychmiastowa. Styl przecierania szlaku był nasz, swojski - w soboty po południu dojście do jednego ze schronisk, nocleg i niedziela przeznaczona na pełny zacier.
Wołowiec i Starobociański - tutaj sobie odpuszczę przedstawiania tych dwóch kopczyków. Wszyscy na forum wiedzą, gdzie takie kopczyki się znajdują i jaką geomorfologią się prezentują.
Pierwsza wyprawa, 13.-14.10.2012
Przyznaję, że Wołowiec nie był tutaj celem, ale dopiero właściwym punktem startowym do uzyskania celu. W planie było z Chochołowskiej, przez Grzesia, Rakonia i Wołowca przejść aż do Kończystego i potem przez Trzydniowiański osiągnąć znowu Chochołowską. O 16:00 meldujemy się u wylotu doliny i gotowi do boju wkraczamy w jej ramiona. Czeka nas wszystkim znane dreptanie 8 km do schroniska. Nudę przebierania nogami umilamy sobie po swojemu. Nawet natrafiamy na jedno góralskie weselicho.
Para młoda zapragnęła ten dzień uwiecznić najpierw pod Koryciańskimi Turniami i potem na Polanie Huciska. Jeszcze nigdy nie byłem na prawdziwym góralskim weselu. Chyba musi być ciężko. Na szczęście się rychło zaciemniło i mogliśmy z Tomturem umknąć w głąb doliny. Musieliśmy dotrzeć do schroniska jeszcze przed zamknięciem jadalni, no i zawsze mówię, że po kopczykach trzeba chodzić z czystą głową.
Szkoda, że kopczyki owiły się mgłą. To mógł być zły znak na następny dzień. Cały czas jazdy samochodem w Taterki było jasno, ale kiedy wyglądaliśmy nasze kopczyki, wtedy były one zakryte. No nic, dzisiaj sobota i czeka nas jadalnia schroniska. Trzeba się starć nad dzisiejszym dniem. Jutrzejszy dzień będzie miał swoich starości dosyć. Myślałem, że o tej porze roku będzie w schronisku spokojnie. Jednak myliłem się. Zapomniałem, że 14.10 jest dniem nauczyciela i połowa belfów w Polsce postanowiła to święto uczcić w górach. Na szczęście nie wszyscy doszli na czas i dla nas też znalazł się pokoik do spania. W jadalni było jak w ulu. Dla mnie to nie było odpowiednia atmosfera do relaksu. Za to Tomtur był w swoim żywiole, swymi opowieściami bawił wszystkich w około.
Na szczęście w akuratną dobę nas obsługa bufetu przegnała spać.
Rano nie śpieszymy i dajemy śniadanko z oferty bufetu. Większość nauczycieli jeszcze śpi. Miłą niespodzianką jest stwierdzenie, że w kuchni turystycznej założyli automat do wrzątku. Już żadne czekanie na zagotowanie wrzątku. Człowiek sobie przychodzi i nalewa sobie w oka mgnieniu. Może i tak będzie kiedyś i w innych schroniskach? Wiem, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale jestem w nadziei. W nadziei jestem i co do pogody.
Kominiarza widzimy, ale jak to tam na głównej grani wygląda jeszcze nie wiemy. Grzesiu nas wita ładnym widokiem. Jednak zdmuchnąć chmury z głównego grzbietu się jeszcze nikomu nie udało.
Nic nam nie pozostaje, jak wiara w lepsze widoki. Czas jeszcze młody i nie mamy możliwości wycofu. Postanawiamy iść chmurom na przeciwko. W dali Rakoń jeszcze widać a Wołowiec jest niezdecydowany, czy się pokazać, czy nie. Chociaż Długi Upłaz nas nęka swymi kolorami. To tęcza jak gigantyczny ołówek maluje kolorami jesieni.
Nawet niektóre kopczyki zaczynają patrzeć z pod tej chmurzystej kołdry. Takie to symboliczne przeciąganie liny nam towarzyszy do Rakonia. Wynik na razie remisowy. Ani ryba, ani rak. Z prawej Rohacze nie są widoczne a o Wołowiec chmury też wciąż zahaczają. Tylko niżej wciąż jeszcze coś widać.
Jesteśmy ciekawi końca tej przeciągawki. Kto wygra? Chmury albo słońce. To możemy poznać tylko na własnej skórze na ciemieniu Wołowca. Trzeba też już porządnie przewietrzyć płuca. Do tego momentu, to była taka rodzinna przechadzka. Wołowiec trochę się przed nami kręci i stawia na tylne. Czasami postawi nam zlodowaciały śnieg pod nogi. To wszystko jest marne. My się tych odwiedzin nie chcemy tak łatwo zrzec. Na wierzchołku gospodarz ma dla nas przygotowany główny atut. Wylewa po okolicy mleko i my tak akurat widzimy siebie nawzajem.
Gdzieś niżej czujemy, że jest lepiej, ale nasz plan przewiduje drałować dalej przez Łopatę, Jarząbczy na Kończysty. Miał to być dla nas dziewiczy szlak. Rozlane mleko porządnie naderwało moje przedsięwzięcie poznać nieznane. To nieznane by nie było wogóle widać. Takie sobie proste zaliczenie przejścia bez estetyki. Z ciężkim sercem decydujemy się na powrót. Wołowiec znowu był dzisiaj tylko celem. Schodzimy Wyżną Chochołowską. Wzteczny widok nam potwierdza, że zrobiliśmy dobrze. Te chmury dzisiaj nikt nie rozwieje.
Wołowiec, Jarząbczy i Konczysty gdzieś w tym mleku się nam schowały. Góry znowu były n-ty raz nad nami górą. Ja im tego nie mam za złe. Na pewno będzie jeszcze czas na powtórne, ale już widokowe odwiedziny. Późny obiad w schronisku i już końcówka. Załączam autopilota Mieciura z kierunkiem ku wylotu z doliny.
Cdn. na Starym Bocianie
Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
|
|
| 28-11-2012 09:52 PM |
|
 |
maka
    
Postów: 559
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2012
Status:
Offline
|
RE: Wołowiec i Starobociański - góry, które nas nie chciały
Też mam w planie tamte okolice,a dokładnie to Starorobociański Wierch tylko musi sypnąć trochę śniegu i przymarznąc .
|
|
| 28-11-2012 10:08 PM |
|
 |
dr.Etker
    
Postów: 8,828
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Nov 2006
Status:
Offline
|
RE: Wołowiec i Starobociański - góry, które nas nie chciały
Znać panie uczycielki znalazły w osobie Tomtura -mentora.
Widać to po ich skupionym spojrzeniu.
|
|
| 28-11-2012 10:32 PM |
|
 |
paulina
magurczanka ;)
    
Postów: 1,678
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Feb 2008
Status:
Offline
|
RE: Wołowiec i Starobociański - góry, które nas nie chciały
Kiedy w tęczy na niebie rozpoznasz kolorów życia odbicie, to znaczy po prostu, że kochasz życie! (...)
|
|
| 28-11-2012 10:34 PM |
|
 |
Pablo
pablo
    
Postów: 10,684
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Dec 2006
Status:
Offline
|
RE: Wołowiec i Starobociański - góry, które nas nie chciały
Znać panie uczycielki znalazły w osobie Tomtura -mentora.
Widać to po ich skupionym spojrzeniu. 
"... o taaaaki niedźwiedź czaił się za drzewem..."
Zaprzyjaźnij się z człowiekiem, który chodzi po górach
|
|
| 28-11-2012 10:42 PM |
|
 |
Łukasz
    
Postów: 6,463
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2007
Status:
Offline
|
RE: Wołowiec i Starobociański - góry, które nas nie chciały
bo z naszym tatrzańskim topo mam spore problemy
Wstydź się. Kiedy idziesz i po co ?
"I będziesz źle spał dopóki nie zapłacisz podatku"
|
|
| 29-11-2012 07:30 AM |
|
 |
paulina
magurczanka ;)
    
Postów: 1,678
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Feb 2008
Status:
Offline
|
RE: Wołowiec i Starobociański - góry, które nas nie chciały
Kiedy w tęczy na niebie rozpoznasz kolorów życia odbicie, to znaczy po prostu, że kochasz życie! (...)
|
|
| 29-11-2012 01:39 PM |
|
 |
tomtur
    
Postów: 7,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Oct 2006
Status:
Offline
|
RE: Wołowiec i Starobociański - góry, które nas nie chciały
Akurat tego momentu nie pamiętam Ale widzę teraz że są w wieku mojej córki to słuchać musiały
"Bo właśnie tam wiem po co żyję."
|
|
| 29-11-2012 07:10 PM |
|
 |
maciek
Moderator
     
Postów: 3,493
Grupa: Moderatorzy Forum
Dołączył: Jan 2008
Status:
Offline
|
RE: Wołowiec i Starobociański - góry, które nas nie chciały
Z ciężkim sercem decydujemy się na powrót. Wołowiec znowu był dzisiaj tylko celem.
Oj, to prawda, że Góry często są dla nas w jakiś sposób niegościnne - właściwie należałoby powiedzieć niedostępne. Bronią swojego oblicza, jakby chciały powiedzieć: "nie dziś, to nie ten czas, przyjdźcie innym razem..." 
Życzę Wam tego innego razu jak najszybciej.
|
|
| 29-11-2012 08:29 PM |
|
 |
Issay
 
Postów: 27
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Nov 2012
Status:
Offline
|
RE: Wołowiec i Starobociański - góry, które nas nie chciały
Tak to już jest, że czasami góry nas nie przyjmą... Ale zawsze pozostaje szansa zrealizowania planu w innym terminie, przy dogodniejszych warunkach Jeśli chodzi o Starego Robota, ja robiłam w październiku trasę: Dolina Chochołowska - Iwaniacka Przełęcz - Ornak - Stary Robot - Kończysty - Trzydniowiański - Dolina Chochołowska. Bardzo polecam taką konfigurację, trasa przyjemna, widoki zacne (przy sprzyjających warunkach). Pozdrawiam.
P.S. Zazdroszczę upolowania takiej pięknej tęczy
Nobody expects the Spanish Inquisition.
http://www.zgwch.blogspot.com/
http://swistaknaszlaku.weebly.com/
|
|
| 03-12-2012 11:39 AM |
|
 |
dr.Etker
    
Postów: 8,828
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Nov 2006
Status:
Offline
|
RE: Wołowiec i Starobociański - góry, które nas nie chciały
Tak to już jest, że czasami góry nas nie przyjmą...
Słuchaj porządnie góry, ona Ci mówi czy dzisiaj Cię przyjmie czy nie.
I to jest właśnie dziwne... znać Stasiu nie stosował się do swojej maksymy w trakcie opisywanej wycieczki... 
.... w przeciwnym razie po korekcie planu-zdobywałby bar schroniska w Chochołowskiej.
|
|
| 03-12-2012 09:36 PM |
|
 |
Stasiu
    
Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status:
Offline
|
RE: Wołowiec i Starobociański - góry, które nas nie chciały
I to jest właśnie dziwne... znać Stasiu nie stosował się do swojej maksymy w trakcie opisywanej wycieczki... 
.... w przeciwnym razie po korekcie planu-zdobywałby bar schroniska w Chochołowskiej. 
No tak, ale ja przecież doszedłem tam, gdzie mi pozwolono. I był wycof. Całej zaplanowanej trasy nie zrobiliśmy. Co do Starego B., to relacja dopiero się ukaże. Jednak muszę dać pierwszeństwo zrelacjonowania Show Filipi.
Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-12-2012 08:54 PM przez Stasiu.
|
|
| 04-12-2012 08:52 PM |
|
 |
Stasiu
    
Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status:
Offline
|
RE: Wołowiec i Starobociański - góry, które nas nie chciały
Druga wyprawa, 17.-18.11.2012
Przesuwamy się w czasie i znów jesteśmy w schronisku na Chochołowskiej. Jakoś nie mamy szczęśliwej ręki do wyboru terminu. Przed miesącem mieli święto nauczyciele, teraz dla odmiany świętowały ich pociechy - 17.11. Międzynarodowy Dzień Studentów. Schronisko znowu pęka we szwach. Harmider nieobadany. Jednak i teraz szczęście się do nas uśmiechnęło, mamy swoje łóżeczka do spania. Karimatę i śpiwór taszczymy z racji wypełnienia i obciążenia plecaka. W planach mamy wyjście na wprost na Kończysty i Starobociański. Po telefonie dostajemy radę od Pedra, że lepszy wariant wyjścia na Trzydniowiański jest Jarząbczą Doliną. Wieczorem w jadalni schroniska masywnie dopełniamy energię w postaci stałej i płynnej. Rano nie będzie czasu na jakieś wysiadywania przy śniadaniu. Odlot jest naplanowany na godzinę 7:00. W tym okresie dzień jest krótki i noc nadchodzi szybko. Chcemy do autka wrócić jeszcze za dziennego światła. Jest ogólnie znane, że nocą, oprócz zbłąkanych dusz, pracują tylko kobiety w najstarszym rzemiośle i złodzieje. Rano wychodzimy o ustalonym czasie.
Kopczyki na razie są widoczne. Kiedy odkrywa nam się widok z Wyżnej Jarząbczej Polany na dolinę i główny grzbiet, można odnotować, że znów chmury starają się popsuć widowisko.
- głowa Wołka nam się schowała
Do tego dochodzi szum drzew. Na razie jesteśmy chronieni przez las, ale według poruszających się chmur i jakiegoś dziwnego pomruku, można sobie wyobrazić co tam u góry się dzieje. Obawy nie są jeszcze na miejscu. Długo chodzimy po kopczykach i sporo nas wiatru odmuchało, żeby dzisiaj się tym przejmować. Dobrze, że nie pada. Jak będzie dalej opisane, byliśmy później wystawieni na ciężką próbę i przejmować się już tutaj mieliśmy. Podchodzimy zboczem Trzydniowiańskiego.
Podoba mi się ten chodnik. Różnymi zakosami nabieramy wysokości i widoki stają się coraz to więcej otwarte. Po wyjściu na trawiaste zbocze, dopadają nas pierwsze podmuchy hulającego wiatru. Na szczęście jesteśmy dobrze wypasieni i wiatr nam zbytnio nie utrudnia w poruszaniu się do przodu. Na Trzydniowiańskim (1765 m) wiatr opiera się do nas na całego. Przez główną grań przewalają się chmury w jednym ciągu
- droga na Kończysty
ale patrząc na drugą stronę, to chmury szybko znikają i widać, że w głębi Polski jest nadal słonecznie.
- Kominiarski w pełnej gali
Typiczny tatrzański halny. Już samo przebieranie przepoconych koszulek musi wyglądać komicznie. Nie chciałbym gonić po górach, kiedy z mej nietaniej koszulki stał by się latawiec urwany ze sznurka. Odczuwamy, że kopczyki zaczynają się stawiać na tylne i za wszelką cenę nam utrudnić odwiedziny. My jednak nie dajemy za wygraną i postanawiamy dalej kroczyć, aczkolwiek Kończysty nie jest widoczny i chyba nie będzie. Droga do niego jest w normalnych warunkach lekka. Nawet, kiedy mijamy Czubika (1846 m) chmury jakby pofolgowały. Widzimy szczyt Kończystego. Nowa nadzieja dodała nam skrzydła. Jednak przedwcześnie się radowaliśmy. Wiatr dmuchał jeszcze z większym tupetem. Teraz nawet i my mieliśmy problemy poruszać się normalnie po chodniku.
Kończysty (2002 m) wcale nie cieszył się z naszych odwiedzin. Jednak znowu się poddać i zejść drugi raz w doliny bez przejścia chociaż kawałka głównej grani? Przejście z Kończystego po Wyższą Przełęcz wydawało się tak akuratne. Tylko to drałowanie na Starobociański było dużą niewiadomą. My tutaj jeszcze nie byliśmy. Od strony Słowacji chmury wciąż niezłomnie nadlatywały.
Idziemy dalej, taka jest nasza decyzja. Czas od czasu chowamy się za główny grzbiet i wiatr nie ma do nas zasięgu. Czeka nas ostatnie podejście na Starobociański. Do teraz to była tylko przejażdżka na temperamentnym koniu. Do dziś nie wiem jak to ten wiatr zrobił. Wraz ze Starobociańskim przygotowali dla nas kowbojskie rodeo w dyscyplinie ujarzmianie dzikiego konia.
Cały czas starali się nas zrzucić ze stoku. Raz naciskał z jednego boku, potem z drugiego i nawet ze spodu. Tutaj nie było pytanie czy ujarzmimy tego konia, ale jak długo na nim wytrzymamy. Zawsze przyjmowałem z uśmieszkiem wyznania turystów, którzy musieli niemal kłaść się na ziemi przed wiatrem. Myślałem wtedy, że Ci Mieciurowej postury mają w takim przypadku chodzić z cegłami w plecaku. Teraz za wszystkie te myśli dostałem pstryczka w nos. Nawet ja musiałem przykucnąć, żebym wytrzymywał te potężne porywy wiatru. Starobociański (2176 m) uznał powalić nas na kolana za bezczelność odwiedzić go w niewłaściwym czasie. Nawet się zabawił z nami w chowanego. Na szczycie nie ma żadnego odznacznika, tylko słupek graniczny. Tego nie wiedzieliśmy i dlatego w tej mgle poszliśmy dalej po grzbiecie w stronę Raczkowej Doliny kryjąc się trochę przed wiatrem. Na szczęście nasza intuicja rychło nam dała do zrozumienia, że coś nie jest tak i zawróciliśmy. Faktycznie. Od szczytowego słupka granicznego trzeba było skręcić ostro w lewo.
Odwiedziny odbywały się z wątku jednej bajki. Nawet dwa paluszki nie mogliśmy sobie ogrzać. Trzeba nam był szybko schodzić, ponieważ ja sam mogłem zamienić się w nielatającego ptaka bez skrzydeł. Jeszcze szczęście, że jeden ze stoków jest przychylny do tak uciążliwego zejścia. Trzeba tylko uważać, żeby nie być blisko grani.
Zejściem ze szczytu kończy się największe dmuchawisko. Tym huraganowym przejściem Starobociańskiego zostaliśmy tak uszlachetnieni, że dalsze podmuchy odczuwamy jako nic nieznaczący zefirek.
Z zainteresowaniem spoglądamy jeszcze w stronę Błyszcza i schowanej we mgle Bystrej. Musimy jednak poluzować. Nie dzisiaj jest nam dana zabawa w gramoleniu się na te kopczyki. Zostawiamy je na następny czas. Takie wyjście z Podbańskiego Kamienistą Doliną nie jest do odrzucenia. Nas czeka Siwa Przełęcz i grań Ornaka.
Na Siwej trochę flirtowałem z myślą pójścia na skróty i zejść Starobociańską. Jednak Tomtur się uparł, że odwiedzamy Ornak. No nic, młodszym nie wypada odmawiać, żeby na stare lata nie mieli z tego koszmarnych snów. Na Ornaku (1854 m) podobał mi się najwięcej widok na trzy pozaszlakowe kopczyki - Kamienista, Smreczyński i Tomanowy. Smaczne kąski godne okosztowania. Szkoda, że nie ma tam legalnego szlaku z Pyszniańskiej do Tomanowej.
Nawet w oddali widzę, że jacyś wybrańcy podchodzą pod Pyszniańską od strony Pyszniańskiej Doliny. Czy tam przypadkiem nie jest rezerwat ścisły? Mnie by się też podobało wyjście na tą przełęcz od Schroniska na Ornaku. Jak już jesteśmy objęci pozaszlakowymi myślami, to oczy nasze przyciąga także zaczynający nam dominować widok na Kominiarza.
Dopiero podczas zejścia na Iwanicką wypatruję na jego południowym stoku naznaki byłego szlaku. Później przeczytałem, że ktoś tam akurat bawił się w Ciuciu Babkę i na ślepo szukał zagubionej drogi. Na Iwanickiej całkowity spokój. Przechodzący tutaj turyści nawet nie wiedzą, że tam u góry jest puszczony gigantyczny wentylator, który każdego śmiałka próbuje zrzucić z grani. Nareszcie mamy chwilkę na odpoczynek i dopełnienie utraconej energii. Szkoda, że nam nikt ławeczki tutaj nie wybudował. Dziadek też potrzebuje wygodnie odpocząć po turystyce a nie siedzić na powalonym drzewie. Nasza wyprawa powoli chyli się ku końcowi. Zejście do Chochołowskiej i dalej na Siwą Polanę należy już zaliczyć do klasyki górskiej turystyki. Tą należcie kończymy w karczmie U Śliwki.
Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
|
|
| 15-12-2012 10:17 PM |
|
 |
tomtur
    
Postów: 7,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Oct 2006
Status:
Offline
|
RE: Wołowiec i Starobociański - góry, które nas nie chciały
"Bo właśnie tam wiem po co żyję."
|
|
| 16-12-2012 12:45 PM |
|
 |
Stasiu
    
Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status:
Offline
|
RE: Wołowiec i Starobociański - góry, które nas nie chciały
Spróbuję coś wyszperać, ponieważ na zdjęciach tego huraganu nie widać.
Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
|
|
| 16-12-2012 01:22 PM |
|
 |
|
|