Witam
Trochę późno, ale lepsze to niż wcale.
W drugiej połowie września 2009r. (naszego ulubionego miesiąca w Tatrach) spędziliśmy krotki w tym roku urlop w Zakopcu. W ogóle to nie miało być w tym roku Taterek, bo jakoś się złożyło, że wyszły inne kwestie i niestety rozerwać się nie da. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało sie w ostatniej chwili urlop przełożyć i trochę kaski odłożyć na ten wyjazd.
W drogę wyruszyliśmy z okolic Gorzowa (musieliśmy weselnie odwiedzić rodzinę), niestety kto nie wyjeżdża wcześnie ten w Zakopcu ląduje w nocy. Jak ja nie cierpię jeździć nocą, kiedy autka z naprzeciwka świecą Ci po oczach, a droga nieoświetlona, więc nic nie rekompensuje tego strumienia luxów.
No ale do rzeczy. Trasa była fajna jechało się świetnie, a dzięki Bios-owi i założonemu tematowi (zamki) odwiedziłem Moszną -przepiękny kompleks chociaż uważam, że strasznie zaniedbany. Tak chadzając sobie po parku stwierdziliśmy z żoną, że gdybyśmy mieszkali gdzieś w zachodniej Europie to pewnie kompleks byłby odrestaurowany, park zadbany i w ogóle wszystko by było świetnie zrobione, by tylko ściągnąć turystów. Wiem, niektórym się to nie podoba bo tak kończy się cisza i spokój, ale generalnie mnie nie bawi oglądać wszędzie tylko rusztowania, tu na szczęście nie były przykryte jakąś reklamą i chociaż przez nie można było zobaczyć kawałek zameczku. Kurcze jaki to musiał byc piękny kompleks w czasach swoje świetności. Na pewno jeszcze tam nie raz się pojawimy może za dwa lata (chyba remont się skończy)
Dalsza droga w Taterki poszła łatwo, no za wyjątkiem części słowackiej, gdzie niestety zgubiłem drogę a na CB nikogo po 22 nie było 
Szybkie spojrzenie na mapę cofnięcie się jakieś 5-10 km i dalej prosto do Zakopca. Po 23.00 zameldowaliśmy się na miejscu.
Pierwszy dzień przechadzka pod reglami - nie chodziliśmy tędy od czasu naszego pierwszego przyjazdu w to miejsce jakiegoś 10 lat temu. Romantyzm ? No prawie, gdyby nie nasza pociecha, której trzeba było pilnować na każdym kroku, bo pomysłów to ona ma 100 na minutę 
Przejście pod skocznię potem przerwa 2 godzinna w parku linowym (zamkniętym, ale tam mogło dziecko się spokojnie przespać w wózku), potem Gubałówka.
Pierwszy raz w życiu jechałem kolejka na Gubałówkę i to w dwie strony ! Fajnie się przejechać choć trasa krótka. Dziecku przejażdżka się podobała i to najważniejsze. Co mnie zaskoczyło na górze ?. Kurcze godzina 18.00 a wszyscy się zamykają, knajpki, stragany po prostu wszystko - szkoda bo miło posiedzieć sobie, a zimno wcale nie było.
Kolejny dzień Chochołowska. Przyjechaliśmy na parking po 10.00 w końcu na szczyt się nie wybieraliśmy więc nigdzie się nam nie spieszyło. Na wstępie zaskoczył nas deszczyk, taka mżawka przelotna ale jednak trzeba było założyć ubranka nieprzemakalne. Dziecko było szczęśliwe, zwłaszcza że jeździły koniki i ciuchcia. Przeszło asfaltówką jakieś 3,5 km co uznaliśmy za wystarczająco dużo. Krótka posiadówka na ławeczkach przy drodze i do wózka. Ledwo wyjechaliśmy na asfalt a za zakrętem widać, już postój dorożek, rowerów i przystawek kolejki "Rakoń". Jak doszliśmy, nasza pociecha już spała. Dalsza trasa nam niestety nie wyszła - po przestoju godzinnym na spanie poszliśmy dalej jednak jak się zaczęły prawdziwe kamyczki na trasie musieliśmy zawrócić - wózek z plastikowymi kółkami nijak się ma do takiej trasy (och szkoda, że nie wzięliśmy wózka z pompowanymi kółkami). Powrót to przejażdżka kolejka Rakoń - i tu znowu pierwszy raz w życiu jechałem tą kolejką a dziecko no cóż - szczęśliwe jak mało kto.
Kolejny dzień to wędrówki po Krupówkach i okolicznych miejscach, trzeba było Amelkę oswoić z różnymi atrakcjami w postaci Kubusia Puchatka, owieczki, psa Pluto i małpki która grała na fortepianie. Jak tak się chodzi to można zaobserwować ile radości daje dziecku spotkanie i rozmowa z Kubusiem Puchatkiem, stanie godzinę i patrzenie na koniki przy dorożkach albo spoglądanie jak małpka (lalka) gra na fortepianie. Szkoda tylko, że nie było w tym roku dziewczynki która grała na skrzypcach, rok temu nasza pociecha patrzyła i słuchała jej przez wiele, wiele minut ? nawet gdzies to mamy nagrane J
Kolejny dzień - niestety pogoda drugi dzień z rzędu taka sobie - niby nie pada ale giewontu nie widać, zresztą zapowiadali burze więc troszkę się poszwędaliśmy potem doszliśmy do Kuźnic - zerknąć jak tam kolejka wygląda i zaczęło padać. Dziecko poszło do wózka spać, choc 15 minut wcześniej cały bus musiał słyszeć, że ona jedzie pierwszy raz bez pasów
cóż dzieci radość okazują bardzo żywiołowo.
Gdy rozpadało się na dobre schowaliśmy się w parku kuźnickim przy wejściu do budynku TPN. Po chwili kilka potężnych uderzeń piorunów, a potem lecący helikopter wiedzieliśmy, że to nie wróży nic dobrego
potem każdy wie co się stało.
Na niedzielę pogoda miała być najgorsza, cały dzień miało padać. Szybka decyzja trzeba gdzieś uciec - padło na Ostrawę. Wyjechaliśmy po 10.00, dotarliśmy na miejsce po 13.00 - no cóż urlop to i nie spieszyło się nam
Spacer po mieście (rynku) i obiadek w knajpce Astoria. Nazwa nam się podobała bo chyba jest hotel taki, no ale to na pewno nie miało nic wspólnego z orginałem

Zresztą zaskoczyła nas ilość osób na rynku - miasto ma ponad 300 tyś ludzi na rynku jak dotarliśmy było kilkanaście osób (!!!) a w owej knajpce tylko my - potem doszła jeszcze jedna rodzinka, także z Polski.
No i oczywiście standard wyjechaliśmy około 17 więc powrót w nocy i co znowu: w tym samym miejscu źle skręciłem - powtórka z rozrywki, ale wtedy mięsem rzucałem J J
Poniedziałek pogoda zdecydowanie lepsza można się przejść, więc ruszyliśmy, chadzjąc po mniej uczęszczanych ścieżkach zakopanego doczekaliśmy się południa - poszliśmy wiec do Alpina i wypożyczyliśmy nosidełko w końcu we wtorek ma być przepięknie i bezchmurnie więc się wybierzemy w góry z dzieckiem. No popołudniu poszliśmy na ścieżkę pod reglami bym zobaczył czy będzie fajnie z nosidełkiem i słodkim ciężarem na plecach. Szło się nieźle choć trochę ciężko (w końcu dwulatek waży już 17 kilo - wysoka dziołcha, wiec ważyć musi). Na spokojnie, powolutko kawałek się przeszliśmy - jednym słowem dam radę. No to co 22 spać bo rano trzeba wstać.
Poranek przepiękny zwiastuje rzeczywiście dobrą pogodę. Szybki telefon po taxi i do kuźnic. Kurcze znowu pierwszy raz jechałem taksówką pod wejście do TPN. No ale cóż, skoro na busa byśmy wydali 18 zł (3 razy po 6 - bo z przesiadką a taxi 20 zł) a samo dojście z dzieckiem by nam zajęło chyba z 2 godziny to trzeba było się przełamać J . Jesteśmy w kuźnicach o 8.05 no to do kolejki na Kasprowy - i co, znowu pierwszy raz kolejką na Kasprusia, decyzja była trudna zwłaszcza, że oboje z żoną mamy lęk wysokości i jakieś spore ekspozycje nie należą do naszej mocnej strony. No ale by zobaczyć górki z bliska i je dziecku namacalnie pokazać trzeba się przemóc. Przejażdżka się udała i żyjemy, choć nie powiem ciężko było, a wyjście na samej górze po tych kratkach uuuuuu pełna jazda 
Kaspruś godz. 9.30 w drogę do Murowańca. Amelka została przyodziana w prowizoryczna smycz by czasem się nie oddaliła od nas (normalnie to sa szelki ale jedną część zostawilismy w pokoju i trzeba było je inaczej umocować). Ludzie się dziwili jak można dziecko na smyczy prowadzić, no cóż lepsze to niż chodzenie w japonkach po górach.
Nie minęło 100 metrów a Amelce się znudziło takie chodzenie. Szybko do nosidełka i idziemy dalej. Pierwsze kilkadziesiąt metrów to masakra. Nogi jak z waty, trzęsą się przy każdym kroku, później już trochę lepiej. Zeszliśmy pierwszą część tą bardziej stromą i Amelka znów zapragnęła pochodzić - co za radość dla mnie 
Doszliśmy do Murowańca w pięknym słońcu, Ostatnie kilkaset metrów znowu z nosidełkiem pełnym. Dłuższy odpoczynek, tradycyjnie szarlotka i pierwszy raz w życiu browarek w schronisku. Po pół godzinie do schroniska dotarła bozia, a w zasadzie po kolejnych kilkunastu minutach zrobiło się ich sześć. Była to grupka zakonnic, a z uwagi na fakt, iż nasza myszka na każdą zakonnice mówi bozia więc była zdziwiona, że ich tyle na raz. Po raz kolejny trzeba było jej tłumaczyć, że to zakonnice i nastąpił cud - zrozumiała i teraz rozpoznaje różnicę - Matka Boska i zakonnica. Oczywiście dziecko straciliśmy na kwadransik, a ona zyskała od sióstr kilka cukierków 
Potem powrót do Kuźnic przez Jaworzynkę- sam nie wiem czemu wybraliśmy tą drogę, pierwszy raz nią szliśmy - dotąd zawsze był Boczań. Niestety Amcia była już padnięta do tego stopnia, że w okolicach Betlejemki zasnęła w nosidełku i nie wyszła z niego do Kuźnic. Zejście było "wspaniałe" nawet nie sądziłem że zapomnę o ciężarze i szło się całkiem całkiem. No cóż upragniony widok z Murowańca rekompensuje niesiony ciężar.
W kuźnicach czekała na nas niespodzianka. Podobnie jak rano by się nie przesiadać wzięliśmy taksówkę, jechaliśmy tą samą drogą, ale tym razem kierowca powiedział 25 zł (rano było jeszcze 20 zł) - no oczywiście nie wytrzymałem i na końcu się spytałem dlaczego - na szczęście obyło się bez awantury i dostał 20 zł (nie był szczęśliwy, ale nie marudził).
Wieczorem oddaliśmy nosidełko i czas się zbierać do powrotu.
Wyjechać mieliśmy rano, wyszło prawie południe więc od Łodzi do Gdańska moja ulubiona jazda po ciemku - z biegiem kilometrów nawet nie było tak źle (wbilem się za TIRa i jechałem za nim jakieś 200 km, on skręcił na Grudziądz a ja za kilka km miałem już autostradę). Jednak następnym razem trzeba być bardziej stanowczym i skoro mamy wyjechać o 8 max 9 to tak musi być, a nie jeździć po nocy.
Niby tylko 6 dni na miejscu, ale przeżyć co nie miara. Wprawdzie tylko jeden raz zahaczyliśmy o prawdziwe Tatry, ale tyle rzeczy człowiek zrobił pierwszy raz, że wyjazd jak najbardziej należy do udanych. Szkoda tylko, że te prawdziwe górki były tak blisko a jednak w tym roku nieosiągalne no ale cóż dziecku się podobało - a kilka razy już nawet powiedziała nawet, że ona znowu chce w góry. Sądzę, że nie z powodu tego, iż jej się podobało, ale z faktu, że miała rodziców cały dzień tylko dla siebie, a my nie byliśmy zajęci pracą, posiłkami, czy innymi zajęci tylko zajmowaliśmy się cały czas nią, a może się mylę, może rzeczywiście jej się podobały góry. Zobaczymy wkrótce (mam nadzieję, że się uda). My już tęsknimy i w tym roku na pewno więcej pochodzimy w końcu dziecko będzie o rok starsze, więc więcej będzie mogło przejść
. Poza tym dziadków zabieramy

PS
Sorki za tak długą relację, ale jakoś tak wyszło 
Poniżej link do kilku fotek
http://picasaweb.google.pl/jaroslawjedrz...Gory_2009#
pzdr
jarek