|
"Moje osiem dni w Tatrach" 19-26 Lipiec
|
| Autor |
Wiadomość |
Agnieszka
    
Postów: 793
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Oct 2006
Status:
Offline
|
"Moje osiem dni w Tatrach" 19-26 Lipiec
Już ponad dwa tygodnie odkąd wróciłam z moich ukochanych Tatr, a dopiero teraz nabrałam weny aby skrobnąć jakąś relację Bez przedłużania zaczynamy 
Niedziela 19 lipca 2009
Nareszcie! Po całorocznej przerwie nadszedł czas na pierwszą wędrówkę.
Jak co roku postanowiłyśmy z mamą rozgrzać mięśnie, bo przez cały rok nic nie robienia jeśli chodzi o kondycję na pewno się zastały.
Jeszcze w domu zaplanowałyśmy, że trasą rozgrzewkową będzie Świstówka ponieważ dawno tam nie byłyśmy i wydawała nam się ona dość odpowiednia jak na pierwszy dzień.
No tak. Plany zawsze się zmieniają.
W nocy z soboty na niedzielę porządnie padało, więc stwierdziłyśmy, że nie ma po co pchać się na Świstówkę nawet gdyby rano było bezchmurnie. A nawiasem pisząc - nie było. Nie śpiesząc się więc ze wstaniem odespałyśmy sobotnią podróż z Zielonej Góry do Zakopanego (ponad 500km w ponad 36 stopniowym upale).
Kiedy wreszcie zwlekłyśmy nasze tyłki z łóżek było grubo po dziewiątej. Deszcz trochę odpuścił, więc widziałyśmy choć kawałek świata.
Z domu wyszłyśmy nie znając celu wędrówki. Właściwie kusiła nas ta Świstówka, ale teraz było już za późno a i pogoda była zmienna. Bardzo zmienna.
Idąc ulicami Zakopanego pomyślałyśmy o Ścieżce nad Reglami i nie tracąc więcej czasu natychmiast udałyśmy się do Strążyskiej.
Na trasie pustki. Dopiero w schronisku natknęłyśmy się na kolonię i jakiegoś samotnego turystę, który dolewał do herbaty jakiś niezidentyfikowany trunek.
Zjadłyśmy drugie śniadanie poczym udałyśmy się do Przełęczy w Grzybowcu. Znowu zaczęło padać. Nie odczuwałyśmy jednak tego tak mocno ponieważ ochraniały nas drzewa a podejście było dość męczące, więc odciągało naszą uwagę od niesprzyjającej pogody.
Na trasie nie towarzyszył nam nikt oprócz jakiegoś rozwrzeszczanego ptaszyska miotającego się w gałęziach. Nie wiem jak taki mały ptak może robić tyle hałasu.
Na przełęczy chwila odsapnięcia i dalej do Małej Łąki, choć przyznaję, że kusiło nas pójście wyżej.
Dopiero w drodze do Małej Łąki natknęliśmy się na kilku turystów. Tych mniej i tych bardziej przypominających górołazów.Tutaj już nic nie chroniło nas przed deszczem, więc zanim doszłyśmy do polany byłyśmy przemoczone do suchej nitki. Ze względu na to, że wodę można było z nas wyciskać litrami zeszłyśmy do Gronika. Zmęczone, przemoczone, ale z uśmiechem na twarzy.
Nie pozostawało nam nic innego jak wsiąść w busa i wrócić do Zakopanego, ale w Groniku czekała na nas niespodzianka. Busów brak! Musiałyśmy zasuwać 5 km do Zakopanego po drodze nie spotykając ani jednego samochodu.
W domu byłam padnięta. Od razu położyłam się do ciepłego łóżka i przeleżałam tak pod kołdrą aż do wieczora. Zasnęłam szybko z chęcią kolejnego wyjścia na szlak i jak mówi mama z lekkim uśmiechem na twarzy.
Potok w Strążyskiej
Dolina Strążyska
Agnieszka na trasie
A prowiant też był, gdyby nam zabrakło
Dokąd teraz?
Ja + Góry = szczęście W Małej Łące
W Małej Łące
Płonące góry..
CDN
Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-08-2009 07:39 PM przez Agnieszka.
|
|
| 12-08-2009 07:37 PM |
|
 |
Pedro
Administrator
      
Postów: 5,509
Grupa: Administratorzy
Dołączył: Jul 2006
Status:
Offline
|
RE: "Moje osiem dni w Tatrach" 19-26 Lipiec
No i sympatycznie Agnieszka - ważne to umieć cieszyć się z gór w każdej pogodzie.
Górskie Forum Internetowe - Górski Świat (http://www.gorskiswiat.pl)
|
|
| 12-08-2009 08:39 PM |
|
 |
Kasandra
  
Postów: 98
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2009
Status:
Offline
|
RE: "Moje osiem dni w Tatrach" 19-26 Lipiec
Idę w góry-Gdzie mam wszystko, nic mi nie potrzeba, gdzie mogę poczuć kawałeczek nieba, gdzie brak zmartwień i nie męczy trwoga, gdzie złamana w środku poszukuję Boga....-Idę w góry!!!!!!
|
|
| 13-08-2009 07:22 AM |
|
 |
Łukasz
    
Postów: 6,463
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2007
Status:
Offline
|
RE: "Moje osiem dni w Tatrach" 19-26 Lipiec
Cieszę się,że pomimo niesprzyjającej pogody i zmęczenia uśmiech nie schodził z Twojej twarzy  I
Agnieszko czy na tych 5 kilometrach też się uśmiechalaś ?
Opisuj dalsze wyczyny. W tą niedzielę też byłem w Tatrach i pamiętam te deszcze. Później było chyba lepiej.
"I będziesz źle spał dopóki nie zapłacisz podatku"
|
|
| 13-08-2009 08:17 AM |
|
 |
maciek
Moderator
     
Postów: 3,493
Grupa: Moderatorzy Forum
Dołączył: Jan 2008
Status:
Offline
|
RE: "Moje osiem dni w Tatrach" 19-26 Lipiec
Na trasie pustki. Dopiero w schronisku natknęłyśmy się na kolonię i jakiegoś samotnego turystę, który dolewał do herbaty jakiś niezidentyfikowany trunek.
Może to był jakiś chory turysta, który dolewał sobie lekarstwo? 
Agnieszko, opisuj dalej swoje wspomnienia. Mam nadzieję, ze doszłyście w końcu na tę Świstówkę. Lubię tamte okolice.
|
|
| 13-08-2009 09:30 AM |
|
 |
Agnieszka
    
Postów: 793
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Oct 2006
Status:
Offline
|
RE: "Moje osiem dni w Tatrach" 19-26 Lipiec
Poniedziałek 20 Lipca 2009
W poniedziałkowy poranek obudziłam się rześka i wypoczęta. Była 5 rano. Już po lekkim uchyleniu powiek wiedziałam, że ten dzień, jeśli chodzi o warunki pogodowe będzie znacznie bardziej udany od poprzedniego. Słońce już wstało a na niebie nie było ani jednej chmurki.
Z mamą ubrałyśmy się w tempie ekspresowym. Czym prędzej chciałyśmy wyjść na szlak. Po spakowaniu plecaka byłyśmy gotowe do drogi. Naszym celem była Świstówka.
Na dworcu czekałyśmy ponad 20 min na odjazd busa. Kierowca w ogóle nie mógł "nałapać" turystów. Zauważyłam, że nie tylko on miał z tym problem. Wiem, że było wcześnie, ale takich pustek nie spotykałam tu nigdy.
W Palenicy byłyśmy ok. 7. Skręciłyśmy na szlak przez Starą Roztokę, choć niektórzy szli normalną drogą nie zwracając uwagi na szlakowskazy.
W Morskim Oku ogromne pustki. Niektórzy ruszyli w kierunku Czarnego Stawu inni na, Szpiglasową, ale tylko my po zjedzeniu śniadania udałyśmy się na Świstówkę.
Trasa mijała nam w ciszy i spokoju. Zdziwił mnie brak łańcuchów na trasie, ale po moim powrocie do domu dowiedziałam się od Łukasza, że wiszą one w Muzeum Tatrzańskim.
Mniej więcej w połowie drogi usiadłyśmy aby chwilę odpocząć. Siedząc na poboczu szlaku, ciesząc oczy widokami i starając się zapamiętać to piękno na cały rok opróżniłyśmy trochę nasz plecak z prowiantu. Po 15 minutowym fajrancie czas było ruszać. Czyżbyśmy przytyły? Jej, jak trudno było się podnieść.
Szłyśmy i szłyśmy. Minęłyśmy jeden zakręt, drugi, trzeci. Wydawało się, że to już, że jesteśmy na górze, a tu kolejne trzy zakręty. Wreszcie jednak okropnie zasapane doszłyśmy na górę. Popatrzyłyśmy w dół. Ostatni odcinek był wyjątkowy stromy.
Tutaj już znacznie więcej turystów. Było nawet sporo klapkowiczów. Zdziwiłam się jak oni tu wleźli, ale na pewno nie bezboleśnie, ponieważ niektórzy mieli plastry na nogach.
Przez całą drogę towarzyszyło nam słońce, ale w piątce wszystko się zmieniło. Zrobiło się pochmurno, zimno i w dodatku zaczęło padać. Schowałyśmy się na chwilę w schronisku. Poszłyśmy po wrzątek, który o dziwo był za darmo i napiłyśmy się gorącej herbaty, która podziałała jak zastrzyk dodatkowej energii. Potem nie czekając aż pogoda jeszcze bardziej się zepsuje zaczęłyśmy schodzić do Roztoki.
Wybrałyśmy szlak obok wodospadu, ponieważ strasznie lubimy to miejsce. Tutaj ruch strasznie powolny. Wszyscy schodzili ostrożnie po śliskich kamieniach. W pewnym momencie serce podeszło mi do gardła. Jakiś turysta, który na nogach miał sandały poślizgnął się i byłby spadł gdyby w ostatniej chwili jego towarzysz w półbutach nie złapał go za koszulę. Przebrnęłyśmy przez trudny moment a potem już spokojnie zaczęłyśmy schodzić do Roztoki. Nad Krzyżnem zaczęło się przejaśniać.
Teraz w dolinie tłumy, jakie spotykałam tu zawsze. Najwięcej hałasu robiły kolonie i robotnicy, którzy młotem pneumatycznym naprawiali drogę. Dobrze, że w Starej Roztoce było, choć trochę ciszej i zmęczone po całej wyprawie mogłyśmy w spokoju wrócić do Palenicy.
Muchomorek, ale Żwirka brakuje
Widok z nad Morskiego
Mnich
Przez Świstówkę i Opalone
Jak Świstówka potrafi wykończyć
Z mamuśką
I już w piątce
Roztoka
Ten post był ostatnio modyfikowany: 13-08-2009 02:50 PM przez Agnieszka.
|
|
| 13-08-2009 02:47 PM |
|
 |
lapikus
    
Postów: 2,441
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2009
Status:
Offline
|
RE: "Moje osiem dni w Tatrach" 19-26 Lipiec
Brawo dla obu pań, za hart ducha i niepoddawanie się kaprysom pogodowym. Mam nadzieje, że w następnych odcinkach nie spuścicie z tonu i tatrzańska pielgrzymka będzie kontynuowana z równie dużą determinacją, co do tej pory.
Życie już dawno nauczyło mnie wielkiego szacunku, pokory i cierpliwości do gór!!!
|
|
| 13-08-2009 06:33 PM |
|
 |
Kasandra
  
Postów: 98
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2009
Status:
Offline
|
RE: "Moje osiem dni w Tatrach" 19-26 Lipiec
A jednak Świstówka zaliczona-Super
Aż zazdroszczę, bo dawno tam nie byłam, a będąc ostatnio nad Morskim Okiem z moim maluszkiem i wózkiem mogłam jedynie o niej pomarzyć
Idę w góry-Gdzie mam wszystko, nic mi nie potrzeba, gdzie mogę poczuć kawałeczek nieba, gdzie brak zmartwień i nie męczy trwoga, gdzie złamana w środku poszukuję Boga....-Idę w góry!!!!!!
|
|
| 13-08-2009 08:28 PM |
|
 |
Fazik
Kierowca TYRa
    
Postów: 6,690
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jul 2006
Status:
Offline
|
RE: "Moje osiem dni w Tatrach" 19-26 Lipiec
Łaaadnie, bardzo ładnie no, aż mi się chce... Będzie i mój czas 
Na trasie nie towarzyszył nam nikt oprócz jakiegoś rozwrzeszczanego ptaszyska miotającego się w gałęziach. Nie wiem jak taki mały ptak może robić tyle hałasu.
Ja go chyba znam
Wyrwać się z miejskiego betonu, choć na dzień, choć na chwilkę, Żeby nie zwariować...
|
|
| 15-08-2009 12:25 PM |
|
 |
Agnieszka
    
Postów: 793
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Oct 2006
Status:
Offline
|
RE: "Moje osiem dni w Tatrach" 19-26 Lipiec
Wtorek 21 Lipca 2009
We wtorek wstałyśmy z mamą o wpół do siódmej. Pogoda po raz kolejny była idealna do wyjścia w góry - słoneczko, na niebie ani jednej chmurki, i do tego wiał orzeźwiający lekki wiaterek. Wydawałoby się, że nic nie stoi na przeszkodzie wyjścia na szlak. Niestety! Znać o sobie dawało niedzielne przemoknięcie. Ból głowy i katar, typowe jak dla mojej i chyba każdej osoby objawy przeziębienia. Spojrzałam w lustro. No tak. Do tego masakrycznie zaczerwienione oczy. Nie chcąc psuć sobie i mamie dnia postanowiłam nie dać po sobie poznać, że źle się czuję. Jednak mama musiała czegoś się domyślać. Kilkakrotnie pytała mnie czy nic mi nie jest, a ja w życiu tyle nie nakłamałam. Wiedziałam, że w najbliższych dniach może się to na mnie odbić ze zdwojoną siłą. Jednak dzisiejszym celem miał być Kościelec więc nie mogłam sobie pozwolić na leżenie w pokoju.
Niejednokrotnie wspominałam na forum o moich nieudolnych próbach wejścia na Kościelec. Za każdym razem kiedy tylko stanęłam na Karbie na Kościelec nachodziły chmury i albo zaczęło padać, albo grzmiało, po prostu pogoda płatała nam figla.
We wtorek 21 lipca nadeszła próba numer cztery. Czy się uda? Tego nie wiedział nikt.
Dojechała do nas Pani Ela z którą od czterech lat wędrujemy po górach. Zabrała ona ze sobą swą koleżankę Danusię, więc miałyśmy dodatkowe towarzyszki wędrówek.
Do Murowańca wybrałyśmy drogę przez Boczań. Już zapomniałyśmy jak ten szlak jest piękny! Przez las szłyśmy sobie spokojnie, ale na ostatnich odcinkach zdałyśmy sobie sprawę, że naszej kondycji daleko jest do doskonałości. Zauważyłam, że moje towarzyszki nie męczą się tak szybko jak ja. To pewnie przeziębienie utrudniało mi wspinaczkę. Z każdą chwilą czułam, że jest ono coraz silniejsze. O nie! Żadnej chorobie nie pozwolę popsuć tak cudownego dnia!
W schronisku napiłam się gorącej herbaty i od razu poczułam się lepiej. Czułam przypływ energii i rzekłam sobie w duchu: Kościelcu, jesteś mój!
Po 15 minutowym odpoczynku ruszyłyśmy nad Czarny Staw. Droga minęła w spokoju i ciszy. Starałam się nie zwracać uwagi na deszczowe chmury, które gromadziły się nad Orlą Percią. Nad stawem sporo turystów, ale tylko nieliczni wchodzili na Karb.
Zielony szlak był zawsze męczący dla mnie. Bałam się momentów gdzie kosówka tak się rozrosła, że wychodziła na szlak i trudno było ją ominąć. Pod przełęczą zerwał się silny wiatr i bez kurtek się nie obeszło.
Po 45 min moja noga stanęła na Karbie i już wiedziałam co będzie. Boże! Jak lało! Jak było zimno! Pogoda wszystkich pogoniła na dół. 
Cała ulewa trwała ok. 15 minut. Na szczęście nad Zielonymi Stawkami nie spadła ani jedna kropla deszczu i było całkiem ciepło więc mogłyśmy odpocząć na kamieniu z żalem patrząc na nasz szczyt, nad którym już się przejaśniało. Patrząc tak zastanawiałam się jaka jest przyczyna tego, że Kościelec nie chce "mnie na siebie wpuścić". Może to jeszcze nie czas? A może ma to byś moja samotna wędrówka, nie w towarzystwie mamy? Zobaczymy. Na pewno będę próbować i na pewno Kościelec zdobędę!
Nawiasem pisząc mamuśka miała takie same przygody z Giewontem. Próbowała sześć razy i dopiero za siódmym udało się jej zdobyć szczyt było to parę lat temu i zdobyła go ze mną, lecz również w niesprzyjających warunkach pogodowych.
Spojrzałam na zegarek. Była 12. To zdecydowanie nie czas aby schodzić. Zrobiłyśmy sobie tutaj dłuższy odpoczynek. Zjadłyśmy drugie śniadanie i napiłyśmy się kawy, rano zrobionej w termosie.
Kiedy spojrzałam w stronę Liliowego i ujrzałam, że tam świeci słońce pomyślałam: czemu nie? Kątem oka widziałam, że mama również tam spogląda. Rzuciłyśmy sobie porozumiewawcze spojrzenia. Na Liliowym nie byłyśmy kopę lat a i na Kasprowym niewiele mniej. Pozostałym kobietkom propozycja również przypadła do gustu. Doszłyśmy kawałek do rozejścia szlaków i zboczyłyśmy na ten właściwy.
Większość turystów szła bezpośrednio na Kasprowy, tylko nieliczni zdecydowali się iść przez Beskid. Schodząca z góry kolonia miała nietęgie miny. Jeden z chłopców zwrócił się do nas tym o to pocieszającym tekstem:
"Dzień dobry i powodzenia bo jeszcze wam tyle zostało, że ojojoj. Nawet nie będę mówił bo mi się słabo robi." 
Prawda, że słodki chłopak? Śmiejąc się stwierdziłyśmy, że w górach już go nikt więcej nie spotka. 
Na Przełęczy byłyśmy po niecałej godzinie. Pogoda szybko się zmieniła. Była nawet podobna do tej na Karbie. Może nawet ciut gorsza? Oj, o wiele gorsza! Nie dość że padało to jeszcze zbił nas porządnie grad. Kiedy doszłyśmy do tych charakterystycznych na Beskidzie skał wszystko ustało. Zrobiło się cieplej i słońce zdawało się przebijać przez chmury. Gdyby nie wiało byłoby całkiem przyjemnie. Szybka sesja zdjęciowa i na Kasprowy.
Turystów oczywiście multum. Przeważnie Anglików i Niemców. Oj jak dobrze znać choć trochę obce języki. Niemcy pytali czy to długa droga a Anglicy prosili o zrobienie zdjęć. Dogadałam się jakoś. 
Na szczycie chwilę odsapnęłyśmy i spokojnie wróciłyśmy do Murowańca po drodze mijając grupę chińczyków, którzy przesadzili trochę z napojem turystycznym 
Spojrzałam na Kościelec. Oczywiście teraz skurczybyk za przeproszeniem, oświetlony i ani jednej chmurki nad nim nie było!
W schronisku nacieszyłyśmy się jeszcze świeżym powietrzem i cudowną pogodą. Usłyszałam rozmowę jakiejś grupy o forum górskim (nie byłam pewna czy o naszym i dlatego nie podeszłam. Nieśmiałość wzięła górę ). Przez resztę pobytu w Tatrach zastanawiałam się czy nie miałam okazji niektórych z Was poznać osobiście.
Do Kuźnic zeszłyśmy przez Dolinę Jaworzynki, ciesząc się, że nie poddałyśmy się momentami niesprzyjającej pogodzie. Największy uśmiech jednak zakwitł na mojej wtedy gdy mama podziękowała mi za to, że zniosłam dla niej mimo tego iż widziała jak się męczę to przeziębienie i mogłyśmy pójść w góry. 
Szlak przez Boczań -
Nad Czarnym Stawem -
W drodze na Karb -
Widok z Karbu na niezdobyty Kościelec -
Zejście z Karbu -
Nad Zielonymi Stawkami -
Liliowe i Beskid -
Ten post był ostatnio modyfikowany: 15-08-2009 04:15 PM przez Agnieszka.
|
|
| 15-08-2009 04:11 PM |
|
 |
Fazik
Kierowca TYRa
    
Postów: 6,690
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jul 2006
Status:
Offline
|
RE: "Moje osiem dni w Tatrach" 19-26 Lipiec
Kościelec nie zając, nie ucieknie, a tak w zasadzie, chyba się na niego przejdę, ciekawe czy mnie wpuści za pierwszym razem 
Rysy już cztery razy mnie wyprosiły
Wyrwać się z miejskiego betonu, choć na dzień, choć na chwilkę, Żeby nie zwariować...
|
|
| 15-08-2009 06:06 PM |
|
 |
Agnieszka
    
Postów: 793
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Oct 2006
Status:
Offline
|
RE: "Moje osiem dni w Tatrach" 19-26 Lipiec
Powodzenia
|
|
| 15-08-2009 07:05 PM |
|
 |
Agnieszka
    
Postów: 793
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Oct 2006
Status:
Offline
|
RE: "Moje osiem dni w Tatrach" 19-26 Lipiec
Dzisiaj relacja z dwóch dni (niezbyt ciekawych), które przeznaczyłyśmy na małe lenistwo
Środa 22 Lipca 2009
W środowy poranek obudziłam się z uczuciem dotkliwego bólu głowy. Pogoda była jednak tak cudowna, że grzechem byłoby zmarnować tak cudowny dzień na siedzenie w domu. Wiedziałam jednak, że dzisiaj nigdzie wysoko nie wejdę. Tylko bym się niepotrzebnie męczyła zamiast cieszyć się widokami. Mając nadzieję, że lek przeciwbólowy pomoże z uśmiechem wyszłam z domu.
Mama też nienajlepiej się czuła dlatego postanowiłyśmy pójść sobie do Doliny Białego i po prostu poleniuchować nad strumieniem. Do doliny przywędrowało sporo turystów, którzy również chcieli odpocząć. Z niektórymi zamieniłyśmy parę słów. Pewien pan z żoną byli dzień wcześniej na Zawracie i Świnicy, inna grupa na Czerwonych Wierchach. Jeśli we wcześniejszych dniach chodzili intensywnie to odpoczynek jak najbardziej się należy zwłaszcza w taką pogodę.
Na niebie nie było ani jednej chmurki. Słońce dawało niemiłosiernie. Uciekłam do cienia bo głowa nie do końca przestała mnie boleć.
Wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że po pół godzinie zaczęło się nam nudzić. Stąd nigdzie wysoko nie pójdziemy, ale dlaczego nie miałybyśmy się przejść Ścieżką nad Reglami do Strążyskiej (Wiem, że to powtórka z dnia pierwszego, ale przecież sęk leży w tym, żeby chodzić po górach, a nie żeby zaliczać wszystko na siłę, przynajmniej ja tak to widzę)
Droga minęła nam spokojnie. W Strążyskiej tłumy, było zupełnie inaczej niż w deszczową niedzielę. Nie zatrzymując się wróciłyśmy do Zakopanego. I tak minął nam dzień odpoczynku.
Czwartek 23 Lipca 2009
Środowe lenistwo znacznie nam pomogło. Czułyśmy się z mamą o wiele lepiej, choć w nogi trochę bolały. Pomyślałyśmy, że jeśli dzisiaj wejdziemy na Starorobociański i przejdziemy się dalej w stronę Trzydniowiańskiego jak to wcześniej miałyśmy w planach możemy pożegnać się z dalszym łażeniem.
Przeszłyśmy się więc w kierunku Rusinowej Polany i dalej na Gęsią Szyję. Strasznie lubię to miejsce!
Busem dojechałyśmy do Zazadniej i ruszyłyśmy dalej niebieskim szlakiem. Najpierw spokojnie, po prostej niczym stół drodze a potem nagle niewiadomo kiedy szlak zaczyna się podnosić coraz wyżej i wyżej. I zadyszka. Chwila odsapnięcia i znowu.
Wreszcie doszłyśmy do Wiktorówek. Chwila modlitwy o zdrowie dla babci i o dalsze spokojne wędrówki. Spojrzałam na szlako wskaz. Do Rusinowej 10min. Odłączyłam się od mamy i pozostałych naszych towarzyszek i sama ruszyłam w górę. Mając przed sobą perspektywę widoku jaki za chwilę ujrzę wystrzeliłam jak z bicza strzelił.
Po 10 min stałam na polanie. Rozejrzałam się dookoła. Oprócz mnie był tu tylko baca i stado jego owiec. Spojrzałam za siebie. Dziewczyn nie było jeszcze widać.
Ciesząc się tym pięknym widokiem, prawie podskakując z radości znalazłam przyjemne, nieco zacienione, z dala od drogi, wręcz idealne miejsce do odpoczynku. Zrzuciłam plecak i rozłożyłam się na trawie dziękując w myślach bogu za tak cudowne widoki a mamie za to, że dzięki niej mam tak cudowne wakacje.
Po chwili pojawiły się dziewczyny. Ponieważ w planach nie miałyśmy nic poza Gęsią Szyją zrobiłyśmy sobie kolejny dzień lenistwa. Rozmawiając i śmiejąc się przeleżałyśmy na trawie dobrą godzinę. Potem pojawili się inni turyści więc "czmychnęłyśmy" na Gęsią Szyję. Czmychałyśmy tak dobrą godzinę w pocie czoła i upale co jakiś czas przystając aby podziwiać cudowne Tatry i mijając schodzących z góry turystów.
Na szczycie zrobiłyśmy kilka zdjęć i zeszłyśmy nieco niżej aby poszukać jakiegoś zacienionego miejsca na chwilę odpoczynku. Potem zeszłyśmy do Psiej Trawki po drodze odpoczywając nad strumykiem gdzie napadła nas zgraja komarów. Zastanawiałyśmy się gdzie pójść dalej czy do Brzezin czy do Cyrhli. Wybrałyśmy pierwszą opcję wcale nie dlatego że była krótsza, ale dlatego, że nie szłyśmy jeszcze nigdy tą drogą.
Na miejscu okazało się jednak, że będziemy sporo czekać na busa bo tylko nieliczne się tu zatrzymują. Wyszłyśmy na drogę. Przeszłyśmy kawałek w kierunku przystanku, ale zanim doszłyśmy jakiś uprzejmy lub pazerny na dodatkowy zarobek kierowca (bardziej obstawiając na to drugie) zatrzymał się i zawiózł nas do miasta.
Ps: Mam problem z dodaniem zdjęć, ale postaram się dodać je później.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-08-2009 11:24 AM przez Agnieszka.
|
|
| 18-08-2009 11:18 AM |
|
 |
Łukasz
    
Postów: 6,463
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2007
Status:
Offline
|
RE: "Moje osiem dni w Tatrach" 19-26 Lipiec
Wtorek 21 Lipca 2009
Na szczęście nad Zielonymi Stawkami nie spadła ani jedna kropla deszczu i było całkiem ciepło więc mogłyśmy odpocząć na kamieniu z żalem patrząc na nasz szczyt, nad którym już się przejaśniało. Patrząc tak zastanawiałam się  jaka jest przyczyna tego, że Kościelec nie chce "mnie na siebie wpuścić". Może to jeszcze nie czas? A może ma to byś moja samotna wędrówka, nie w towarzystwie mamy? Zobaczymy. Na pewno będę próbować i na pewno Kościelec zdobędę!
Co do Kościelca to lubię Bydlaka. Byłem tam ... parę razy . Tak samo ... parę razy zdarzyło mi się zapomnieć o zakręcie w prawo w stronę Czarnego stawu i szedłem dalej prosto. Cud przyrody po prostu.
Tak więc atakuj to Bydle, wejdziesz na pewno. 50 minut od Karbu i bedzie cudnie.
"I będziesz źle spał dopóki nie zapłacisz podatku"
|
|
| 18-08-2009 05:32 PM |
|
 |
gosia3ek
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
    
Postów: 3,824
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Oct 2007
Status:
Offline
|
RE: "Moje osiem dni w Tatrach" 19-26 Lipiec
|
|
| 19-08-2009 01:21 PM |
|
 |
|
|