"Urodzinowa opowieść"
... czyli jak 19 i 20 sierpnia 2006 spacerową wycieczkę na Gierlach zrealizowano
Na początek słowo wstępne

:
Drogie GŚ-owe Robaczki- ze szczerością góralską wyznając- nie napisałam Wam do tej pory ani jednej relacji z moich tatrzańskich wędrówek, raczę Was tatrzańskimi fotkami, bez wdawania się w szczegóły organizacyjne itp., bo wydaje mi się, że nie o wszystkim można pisać zupełnie otwarcie i pewne rzeczy warto przemilczeć, żeby niepotrzebnie nie zachęcać ludzi do łamania przepisów i naśladowania niewłaściwych postaw
Jednak z racji mojego dzisiejszego dobrego odświętnego humorku

napadło mnie nieposkromione natchnienie i przedstawię Wam opowieść, z której- jak zapewne domyślacie się, przykładu brać nie wolno

, bo można narazić się na przykre konserwencje

.
To tyle "owijania w bawełnę", a poniższa opowieść dotyczy jednego z letnich- weekendowych wyskoków na Gierlach, w celu uczczenia urodzin mojego wujka. Wybrałam właśnie wypad na ten szczyt, bo jest on chyba jednym z najbardziej popularnych, pozaszlakowych celów turystycznych, a z opisanej wycieczki przywiozłam dość obszerną dokumentację fotograficzną

.
Był piękny, ciepły sierpień i nadchodzące 45 urodziny wujcia- Romcia. Wujcio to taki spacerowicz dolinowy, ale pod moją namową daje się czasami wyciągnąć nieco wyżej. Nie chciałam jak zawsze w prezencie malować obrazka

, więc pomyślałam, że korzystając z dobrze zapowiadajacego się weekendu zabiorę wujcia na to 2655 m.n.p.m.
W piątek zadzwoniłam z propozycją wyjazdu i w sobotę 19 sierpnia 2006 r. byliśmy już w drodze. Wujek zmobilizował dodatkowo swojego serdecznego kolegę z pracy- Darka, a ja zaprosiłam swojego znajomego (Arka), który już od dawna męczył mnie o Gerlaszka.
Wyjechaliśmy z Bielska tak, aby na południe dotrzeć do Wyżnych Hag. Zostawiliśmy samochód u znajomych, w Wyżnych (koło lesniczówki), skąd ładnie było widać mój prezent urodzinowy

.
Nie śpiesząc się specjalnie podreptaliśmy do Batyżowieckiej. Popołudniowe słonko dawało się we znaki, bo przypiekało dość mocno. Po wyjściu na próg i wejściu w głąb doliny zrobiliśmy sobie małą sjestę w moim ulubionym batyżowieckim zakątku, gdzie krystaliczny potok rozlewa się i tworzy mały stawek ukryty pośród skał.
Upłynęło nam tam chyba ok. 2 godzin na leżeniu, opalaniu się, słuchaniu szumu potoku, pląsów wody w stawku i pogaduchach- najwspanialszy relaks jaki można sobie wyobrazić!!! Myślę, że chłopaki byli w siódmym niebie!
Tu- jak chłodzą się w potoku
Gdy słonko zaczęło chylić się ku zachodowi nastąpiła szybka mobilizacja, bo tego dnia jeszcze czekało nas wyjście na Wyżnią Batyżowiecką Rówień. Tak też znów szliśmy sobie spacerkiem, a ja biegałam po wszystkich wzgórkach cykając fotki, a to mój prawdziwy żywioł !
Na Batyżowieckiej Równi stanęliśmy między 18- 19.00. Trzeba było się rozgościć, odświeżyć i ugotować coś ciepłego, bo chłodny wieczorny zefirek przyprawiał o dreczcze i gęsią skórkę. Wieczór minął na górskich opowieściach, podziwianiu rozgwieżdżonego nieba i słuchaniu wiatru szumiącego gdzieś w gierlachowskich turniach- wspaniałe efekty dźwiękowe pobudzające wyobraźnię i totalna ekstaza dla ducha!
Gdybym była sama chyba bym się bała...

Nastał ranek. Obudziłam chłopaków przed 5.00, w dolinie panowała zupełna cisza, słonko jeszcze tu nie zaglądało, więc chłód dawał się we znaki bardziej niż wieczorem. Pobiegłam po wodę, zrobiłam ciepłą herbatkę z rumkiem oraz dodatkami organicznymi

i zaraz wstąpił w ekipę nowy duch. Szybko się spakowaliśmy, aby ruszyć jak najwczesniej i uniknąć tłoku na szczycie (sierpień to niestety środek sezonu, a my jakby nie było szliśmy trochę pod prąd- przewodnicy zwykle przez Batyżowiecką Próbę sprowadzają klientów ze szczytu Gerlachu). Plecaki zostawiliśmy ukryte między skałami i na lekko, niosąc tylko aparacik ruszyliśmy przez Próbę do Batyżowieckiego Żlebu. Szło się wyśmienicie, pogoda rewelacyjna, słonko zaczęło zaglądać w Batyżowiecką Dolinę i oświetlało wschodnie zbocza Kończystej.
Ja jak zwykle dalej cykałam fotki jadna za drugą, aby chłopaki mieli pamiątkę ze swoich wyczynów

i frunęłam do góry prawie jak na skrzydłach, bo wiedziałam, że czekają nas na szczycie cudne widoki. I co do tego się nie myliłam!

Na szczycie stanęliśmy jakoś koło ósmej, było pusto, tylko w oddali widać było przewodników podążajacych od Wielickiej ze swoimi podopiecznymi.
Nacieszyliśmy oczy widokami, złożyliśmy wujciowi życzonka i na dół tą samą drogą. Minęliśmy pierwszą grupę z przewodnikiem- całkiem sympatyczny, młody i przystojny gość

, tylko się uśmiechnął i nic nie komentował.
A z doświadczenia Wam powiem, że rożnie to tam bywa... najlepiej nie wchodzić sobie w drogę i nie wdawać się w zbyteczne dyskusje ze słowackimi przewodnikami, bo niektórym wydaje się, że Tatry tylko do nich należą, a poza tym dutki im uciekają- bardzo się przez to nerwowi robią i nabuzowani negatywnymi emocjami...

Złośliwe docinki i groźby najlepiej obrócić w żart, skwitować uśmiechem i iść dalej w swoją stronę...
Szliśmy sobie spokojnie w dół Batyżowieckim Żlebem, Kończysta w pełnej krasie, oświetlona słonkiem przypominała nam sierpień 2005- gdy właśnie stamtąd z wukjiem podziwiałam Gierlaszka i w duchu obiecywałam sobie, że kiedyś wujcia na niego zabiorę. I udało się, byłam bardzo szczęśliwa, bo nie ma to jak dzielić się górami z kimś bliskim, a wujcio jest pierwsza klasa w kategorii wujków

i cieszy się z takich wycieczek jak dziecko

!!!
Po zejściu na dół podeszliśmy kawałek po plecaki, wrzuciliśmy coś na ząb i ścieżką biegnącą przez dolinę dostaliśmy się nad Batyżowiecki Staw. Było południe, czasu sporo, więc znów opalanie i słodkie, sielankowe lenistwo, co widać na fotkach załączonych w dalszych postach.
Zadowolone chłopaki
zadowolona Paulina
i ogólnie happy!
Potem do Wyżnych Hag, ostatnie spojrzenie na Gierlaszka, łezka w oku

i nadzieja, że wkrótce znów tu przyjedziemy. Na koniec sprezentowaliśmy "małe co nieco"

sympatycznemu Słowakowi, który użyczył nam miejsca w ogródku na samochodzik, był niezwykle uradowany i gorąco zapraszał ponownie. Zamieniliśmy z nim kilka słów i fru do Bielska.
To by było na tyle. Dziękuję za uwagę i dotrwanie do końca mojej opowieści. Mam nadzieję, ze całkiem nie zanudziłam
PS. Żeby wszystko było jasne- dodam, że przebywanie po zmroku na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego jest zabronione i karalne (brrr...), podobnie jak chodzenie poza wytyczonymi ścieżkami (fe...), więc wiecie... jakby co... mnie tam nie było

, opowieść jest zmyślona

, a zdjęcia to oczywiście fotomontaż
Pochwalę się ponadto, że z tego wyjazdu przywiozłam sobie mały prezencik w postaci kawałka blachy z rozbitego na Gerlachu w 1944 roku sowieckiego samolotu Li 2 (szczątki leżą rozrzucone w Batyżowieckiej i jest ich tam sporo, więc chyba tak bardzo nie zgrzeszyłam tą drobną kradzieżą...)
Korzystając jeszcze z okazji, chciałabym w tym miejscu, po 25 latach mojego życia i kilku mniej zbierania tatrzańskich doświadczeń, podziękować mojemu kochanemu Tacie za tatrzański świat, w który mnie wprowadził i który wspólnie przez lata odkrywaliśmy, za miłość do gór i pasję, którą mi zaszczepił oraz za czas, który w tych górach mi poświęcił temperując moją młodzieńczą nadpobudliwość i "ułańskie pomysły", a równie kochanej Mamie za wyrozumiałość dla naszej dwójki, opanowanie i stalowe nerwy.