Napiszę krótko, bo to ciekawe zjawisko- pomyliliśmy góry.
Cel: Lodowy Szczyt: 2627 m
Skład: Marlena, Krystian, Krzysztof i ja.
Start o 5 ze Smokovca. Przez Hrebieniok do Chaty Tery'ego. Krótki odpoczynek i nie kończąca się epopeja śniegu po kolana w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich. Z racji, że widoczność była kiepska, a wiatr młócił śniegiem zdecydowaliśmy się trawersować u podnóży ścian Kopy Lodowej i Lodowego by nie zapuszczać się na środek doliny. Na wysokości 2300 m teren staje się bardziej stromy, co uznajemy za dobry znak: osiągamy podstawę rampy wyprowadzającej na przełęcz pod Lodowym Zwornikiem. Przekraczamy niewielki pas skał i trawersujemy w lewo pod ścianę- znowu dobry znak: skraj południowej ściany Lodowego. Niezmordowany Krystian toruje przez niekończące się śnieżne zbocza, które tutaj mają już nachylenie około 45 stopni. Nagle pola znikają i wchodzimy w komin...mała zagadka, bo komina być nie powinno. Inklinacja rzędu 70 stopni, a grani dalej nie widać. Nie wiążemy się /w tym śniegu i tak nic nie złapie/ i około 15 docieramy do spiętrzenia pod granią. Pod śniegiem pojawiają się skały, nachylenie 80 stopni. Krystian żywcuje ten odcinek /czapki z głów/, zakłada stan i rzuca sznurek. Marlena, potem ja, na końcu Krzysztof...
Na grani wieje jak diabli, nie widać dalej niż 10 m. Znajdujemy z Marleną małą platformę. Marlena równa ją czekanem, ja idę wyżej w poszukiwaniu następnej- dochodzę do jakiegoś wierzchołka: dalej teren opada: nic z tego. Chcemy rozstawić namioty na tej jednej platformie, ale po godzinie walki efekt mizerny: namiot Krystiana i mój zabawił się w latawiec i po kilku sekundach znalazł się 500 metrów niżej /znajdujemy go w zejściu, cud/, namiot Marleny i Krzysztofa złożył się jak domek z kart. Sytuacja jasna: zostaniemy tutaj- zamarzamy.
Jest 18. Zejść postanawiamy tą samą drogą: lepsze znajome problemy niż nowości. Wiążemy się co 15 metrów. Krystian schodzi pierwszy, za Nim Marlena. Tuż poniżej grani odpada, przelatuje koło Krystiana, łamie nogę i gubi czekan. Ja na szybko montuję stan na grani /szabla śnieżna/. W tym momencie podążający za mną Krzysztof spada ze śnieżnym nawisem, przelatując, niczym skoczek do wody przy skoku na główkę, 15 metrów. Wbiłem czekan, udało się zatrzymać na nim lot. Lina werżnęła się w nawis, więc bym mógł zejść Krzysztof musi się rozwiązać- utrudniają mu to jednak odmrożone dłonie. Gdy mu się to udaje, demontuję stanowisko i schodzę. Marlena musi schodzić na kolanach, pomaga Jej Krystian /teren dalej 70 stopni/, Krzysztof w środku, ja na końcu. Po 6 godzinach od decyzji odwrotu, o północy, w zamieci osiągamy Chatę Tery'ego.
Następnego dnia zejście jest bardzo wolne, Marlena cierpi jak diabli. O 17 witamy się z samochodem w Starym Smokovcu.
Co następuje: okazało się, że weszliśmy za wcześniej w ścianę i osiągnęliśmy grań w Lodowej Szczerbinie. Poszukując platformy pod namiot wlazłem przypadkiem na wierzchołek Kopy Lodowej /2603/. Lodowy Szczyt znajdował się więc po prawej, a nie po lewej stronie...
Najwyższy szczyt na zdjęciu to Lodowy. W prawo zbiega dość łagodna grań, która była naszym celem. Na lewo od Lodowego znajduje się Kopa Lodowa, pomiędzy nimi zaś Lodowa Szczerbina. Ze szczerbiny odpada w lewo wybitny, nieco skośny komin, kończący się przy niewielkim polu śnieżnym. Nim wiedzie droga, którą pokonaliśmy.
Zdjęc mam tylko kilka i raczej marnej jakości /kwestia pogody/ więc sobie daruję/.
Tak ryzykować to ja mógłbym sam, nie narażał bym ludzi przy takich warunkach /nachylenie, wiejba, brak widoczności, brak możliwości skutecznej asekuracji/ i wcześniej bym się wycofał ... wrzuć to lepiej w temat pt: "głupie rzeczy jakie zrobiliśmy w górach", napisz czy i jakie wnioski wyciągnąłeś z tej "przygody"
Tak ryzykować to ja mógłbym sam, nie narażał bym ludzi przy takich warunkach /nachylenie, wiejba, brak widoczności, brak możliwości skutecznej asekuracji/ i wcześniej bym się wycofał ... wrzuć to lepiej w temat pt: "głupie rzeczy jakie zrobiliśmy w górach", napisz czy i jakie wnioski wyciągnąłeś z tej "przygody"
Sylwester a czy jck gdzieś napisał, albo z tekstu wynika, że to była tylko i wyłącznie jego decyzja? Wątpię, żeby ludzie którzy z nim szli byli totalnymi laikami i wyciągnięci zostali siłą na tą wyprawę. Uważam, i wnioskuję, że to była wspólna, świadoma decyzja. Więc moim zdaniem nie może tutaj być mowy o narażaniu wszystkich przez jednego członka wyprawy.
Pomijając powyższe, faktycznie nieciekawie się porobiło, ale najważniejsze, że nie doszło do poważnej tragedii w skutkach (chociaż złamana noga to też tragedia swego rodzaju)
A wnioski napewno wyciągnęli wszyscy razem i każdy z osobna.
Pozdrawiam
idąc w mniej bezpieczne miejsca, nawet w przypadku kiedy jest to wyjście partnerskie, gdy widzę, że sprawy nie układają sie "po naszej myśli" nie muszę być liderem by autorytatywnie poddać w wątpliwość sens dalszej imprezy - czy teraz przekaz jest bardziej czytelny?
Może ja sie niewiele znam, ale do mnie bardziej niż ciekawe zjawisko, przemawia jednak makabryczne. Wybacz jck, wierzę ze Wasze umiejętności pozwalały na taka wyprawę, lecz czytając te relację mam przed oczami wizję jak z horrorów. I jeszcze ta złamana noga... Wielka odwaga i wielkie lekceważenie. Podziw dla Marleny.
Za to piszesz świetnie
Kwestia prosta: Marlena myślała, że noga jest skręcona więc powoli zdecydowała się na zejście.
Sylwester: ja wiem, że najłatwiej się debatuje wtedy gdy siedzi się w domu. Przedyskutowaliśmy sprawę nie raz i decyzję podjęliśmy taką, a nie inną. Lawiniasto nie było, jakby naprawdę była konieczność asekuracji to coś by się wykombinowało wszak żelastwa mieliśmy ze sobą w cholerę, a to, że wieje i sypie śnieg to zwyczajnie urok zimy. Idąc do góry patrzę głównie czy jestem w stanie zejść tą drogą, którą wchodzę, gdyby nic innego się nie dało wymyślić. A fakt, że zdarzył się wypadek- nogę można skręcić/złamać wszędzie, a nie znaczy to, że tam się nie pójdzie.
Magda: nie było makabry. Po prostu ciężka praca. Gdyby trzeba było, zawinęlibyśmy ją w śpiwór, tropik namiotu i opuścili na dół. Mając szable i kilka czekanów nawet w śniegu spokojnie skonstruuje się stanowisko pozwalające na zniesienie statycznego obciążenia rzędu kilkudziesięciu kilogramów.
Wypowiedziałem się w ten sposób, bo przedstawiłeś sprawę dość /a nawet bardzo/ dramatycznie, jeśli sytuacja była "typowo-zimowo-znośna" a do komplikacji doszło bardziej na skutek mniej sprzyjającego szczęścia, niż faktycznego zagrożenia /czyt. przegięcia/, to spoko - nie wątpię /skoro tak piszesz/ że sprawę obgadaliście i jeśli taką decyzję świadomie podjęliście, to ok - Wasza decyzja, koniec mojej wypowiedzi na ten temat - pzdr
Nie ma problemu. Przecież można dyskutować, a nie tylko klepać się po plecach i mówić 'jak jest fajnie'. Było ciężko, to fakt, ale ogólnie odpaść da się na każdej trudniejszej drodze, a skręcenie/złamanie nogi w następstwie upadku: smutne, ale zdarza się. To właśnie urok skał- tam po jakimś locie zjeżdża się na dół i spokój, w górach trzeba sobie radzić inaczej...
jck, a to nie było tak, że parliście do góry po prostu z myślą, że czeka tam na Was biwak, namiot/schronienie i że nie trzeba będzie schodzić Klasyczny przykład gdzie wiele niekorzystnych czynników terenowo/pododowo/środowiskowych nakłada się i może doprowadzić do nieszczęścia. Niestracić głowy w warunkach stresowych dobrze wróży na przyszłość, wnioski wyciągneliście jak mniemam.
Wchdzenie na nawisy, 15 metrowy lot w powietrzu?? ała,... rozumiem że w dwójki się powiazaliscie
Zaprzyjaźnij się z człowiekiem, który chodzi po górach
Tak, było własnie tak, że pod granią miał być biwak. Nie wyszło, więc zdecydowaliśmy się na odwrót bo zawsze były jeszcze nasze ślady- po nocy by nie było ich na pewno. Jedyne co trzeba to właśnie zachować spokój. Kolegę na nawis zwyczajnie 'wwiało'. Grań jest wąska i to lekkie zachwianie sprawiło, że zrobil dwa kroki w niewłaściwą stronę.
Związaliśmy się w czwórkę, co 15 metrów bo tyle mniej więcej miały największe trudności. To sprawiało, że tylko ostatni nie miałby asekuracji z góry na owym fragmencie.