Jako, że atek lipcowo-sierpniowy został zamknięty tak więc tylko ten wydaje mi się najlepszy na umieszczenie mojej relacji z wakacyjnych wypraw.
Jeśeli nie to proszę admina na umieszczenie w ostatecznym miejscu.
Świnica plus Orla Perć
Znajomy dźwięk rozchodzi się delikatnym brzmieniem po pokoju. Szybko wyłączam budzik aby narastający sygnał dzwonka nie obudził mojej żony. Dzisiaj ma wolne, a moim transportem do Zakopanego zajmie się teść. Oczywiście już od jakiegoś czasu nie śpię i nie wiem co bardziej nie pozwoliło mi spać, czy natrętne muchy, czy wyobraźnia prowadząca mnie po kamiennych ścieżkach nieznanej jeszcze Świnicy. Wstaję delikatnie z łóżka i staram się w najcichszy sposób wydostać z pokoju. Niestety stara, drewniana podłoga skrzypi okropnie pod naciskiem moich stóp. Może jakieś 5 lat i 15 kg do tyłu zniosłaby inaczej mój nacisk. Na szczęście żona śpi dość głębokim snem, spowodowanym chyba zmęczeniem po wczorajszych pracach żniwnych. Ranna toaleta przebiega szybko, o piątej rano nie ma tłoku, a jest nas w tej chwili dziesięć osób przyjezdnych plus domownicy. Śniadanie zjadam wspólnie z teściem, pakuję plecak i można wyjeżdżać. Droga przez Bukowinę i Poronin do Zakopanego jest puściutka. Przy wyjeździe z ronda na Kuźnice dostrzegam niestety znak zakazu ruchu, lecz świadomie łamię przepisy i podążam dalej w górę. Po chwili następny znak zakazu a ja jadę dalej. Raz kozie śmierć. Wypakowuję się szybko z samochodu i maszeruję w stronę stacji kolejki a następnie odbijam w lewo na niebieski szlak do Hali Gąsienicowej przez Boczań. Ten szlak wydaje mi się szybszy niż Doliną Jaworzynki, a przynajmniej nie tak monotonny. Jest wcześnie rano ale bezchmurne niebo pozwala dość mocno rozgrzać to górskie powietrze. Po krótkiej chwili jestem zmuszony ściągnąć polar. Idę dalej, szlak jest prawie pusty, widzę kilka osób przede mną i słyszę odgłosy kijków za mną.
W końcu wychodzę z lasu i jestem już na Skupniowym Upłazie, jeszcze kawałek i już widzę Przełęcz między Kopami. Tam chwila przerwy. Rozglądam się dookoła, niebo jest czyste i błękitne, idealnym by była odrobina wilgoci, która poprawiłaby przejrzystość powietrza i ostrość widoków. Teraz to już moment do Gąsienicowej. Idę szybko i konsekwentnie, chcę dojść jak najdalej nie tracąc czasu na zbędne przerwy. Myślę, że najlepszym miejscem na drugie śniadanie będzie brzeg Zielonego Stawu. Przed Murowańcem odbijam w lewo, w dobrze znaną już sobie ścieżkę łączącą się z żółtym szlakiem przy Jedyniaku. Turysta, który maszerował przede mną idzie prosto kierując się do Murowańca, super, w tej chwili zostaję jedynym turystą na szlaku. I znowu ten wspaniały widok przed moimi oczami nie pozwala mi na szybsze kontynuowanie wędrówki, zatrzymuję się, wyciągam aparat i pstrykam zdjęcia. Na wprost Świnica, po lewej Kościelce a po prawej Pośrednia Turnia na tle bezchmurnego, błękitnego nieba i wszystko to podkreślone różową linią wierzbówki kiprzycy. Może się powtarzam ale jestem pod ogromnym wrażeniem jakie wywiera na mnie, ta przecież tak pospolita roślina. Coś pięknego i na pewno jedno z tych zdjęć ozdobi ścianę mojego mieszkania. Dalej podążam w samotności, totalna cisza powoduje, iż myśli powstające w mojej głowie wydają się krzyczeć. Łapię się na tym, że sam do siebie mówię. Docieram do Zielonego Stawu, tutaj bezwzględnie należy pozostać trochę dłużej. Wyciągam termos z herbatą, batoniki. Na większe śniadanie nie mam jeszcze ochoty, jest zbyt wcześnie. W pewnym momencie błogą ciszę przeszywa głośny gwizd. To kolega świstak wypatrzył mnie gdzieś spod Skrajnej Turni i próbuje przegonić z tego pięknego miejsca. Podejmuję daremne próby wypatrzenia zwierzaka za pomocą zoomu mojego aparatu. Po chwili jednak rezygnuję i poddaję się błogiemu relaksowi zanurzając nieśmiało stopy w lodowatej wodzie stawu oraz delektując się gorącą herbatką z cytryną. Gwiżdż sobie ile chcesz, ja tu jeszcze chwilę zostanę. I tak mija chyba dwadzieścia minut, trzeba się zbierać. W momencie, kiedy pakuję plecak mija mnie dwóch turystów. Po chwili okazało się, że zmierzają w tym samym kierunku co ja. Zwalniam trochę marsz aby pozwolić chłopakom zwiększyć dystans między nami, mam ochotę jak najdłużej wędrować w samotności. Szlak wiedzie teraz dość ostro pod górę pośród kamiennego rumowiska. Idzie się całkiem przyjemnie tylko te kijki od czasu do czasu wpadają w szczelinę między kamieniami i hamują nieco marsz. Odwracam wzrok, widać dokładnie Zielony Staw, Czerwone Stawki i Kurtkowiec, niebo nadal bezchmurne, jasnobłękitne. Po kilku krokach w górę mogę także cieszyć się widokiem Długiego Stawu. Jeszcze parę minut marszu i szlak wchodzi na skalne i mokre zbocze Pośredniej Turni. Jest dość ślisko i trochę niebezpiecznie. Trzeba uważać. Wodą ze spływających strumyczków obmywam twarz i chłodzę kark. Nie najlepszy pomysł, bo wraz z wodą do oczu dostaje się sól z mojego czoła. Szczypie, nie mam czym przetrzeć oczu więc płukam do momentu aż przestaje szczypać. Znowu się odwracam i teraz także mogę obserwować Zadni Staw w całej okazałości. Stąd już moment do przełęczy, z której przepiękne widoki. Przede mną potężny Krywań, w dole po prawej urocza, zielona Dolina Cicha, nad którą górują całe Tatry Zachodnie.
Doskonałe miejsce na krótki odpoczynek, spokój, tylko czworo turystów plus czwórka słowackich pracowników naprawiająca szlak. Kilkanaście minut przerwy. Jest ciepło, bezwietrznie, słońce delikatnie wyłania się zza wierzchołka Świnicy. Niebo błękitne, nieśmiało pojawiają się pierwsze chmurki. Wstaję i dalej w drogę. Z początku pod górę kamiennymi stopniami, dopiero teraz można dostrzec Dolinę Cichą w całej okazałości, wygląda przepięknie. Mam nowego kolegę, mały ptaszek drepta jakieś dwa metry przede mną dotrzymując mi towarzystwa. Podoba mi się taka wspólna wędrówka. Po jakiś dziesięciu minutach wspólnego marszu ptaszek najwyraźniej się mną znudził i schował się w skalnej szczelinie. Dochodzę do pierwszych łańcuchów. Wydaje się, że właściwie w tym miejscu są niepotrzebne. Dość sprawnie się wspinam nie korzystając na razie z tego udogodnienia. Słyszę głosy za mną, to para chłopak i dziewczyna zatrzymali się przed łańcuchami i chyba dyskutują na temat kontynuowania wyprawy. Idę dalej, w pewnym momencie, jeszcze przed „Wrótkami”, nagle noga ujechała mi na śliskiej, gliniastej powierzchni ścieżki. Serce podeszło mi do gardła, ale zdążyłem uchwycić łańcucha. W tym miejscu nie groził mi raczej upadek z wielkiej wysokości, ale na pewno potłukłbym się dość sromotnie na kamieniach. Od tej pory konsekwentnie korzystam z łańcuchów i staram się iść bardziej ostrożnie. Przypuszczam, że nie raz taka nieuwaga była skutkiem poważnych konsekwencji. Dochodzę na „Wrótka” i dziwne uczucie towarzyszy mi w chwili ich przekraczania. Czuję jakbym za chwilę miał przejeść w inny wymiar. Przechodzę, ale na szczęście nadal pozostaję w górskim świecie, który nadal czaruje mnie przepięknymi widokami. Jeszcze chwila i częściowo ukazuje mi się Dolina Pięciu Stawów Polskich. Najpierw Zadni Staw, potem Czarny Staw i mogę także dostrzec delikatnie obejmujący zbocze Kołowej Czuby szlak prowadzący na Zawrat. Na niebie coraz więcej kłębiastych chmurek, przez które z niesamowitą siłą przebijają się coraz mocniejsze promienie słoneczne. Stąd to już moment na szczyt. Muszę chwilę odczekać aby na ostatnich łańcuchach przepuścić schodzących turystów. Cała czwórka ma w planach dojście do Krzyżnego. Teraz moja kolej aby wspiąć się po kilkumetrowym, prawie pionowym bloku skalnym. Nareszcie jestem na szczycie, ale zamiast cieszyć się widokami ze zdziwieniem rozglądam się dookoła poszukując w najbliższym otoczeniu turystów. Nie ma zupełnie nikogo, chociaż to prawie niemożliwe, to naprawdę na wierzchołku nie ma żywej duszy. Kilka dni temu, kiedy byłem na Kościelcu mogłem dostrzec mnóstwo turystów oblegających wierzchołek, dzisiaj jak na razie pustka. Warto wyjść wcześnie rano na szlak. Trwało to około piętnastu minut, kiedy w końcu pojawił się samotny turysta. Nareszcie ktoś może zrobić mi parę zdjęć. Na tle Doliny Cichej, na tle Doliny Pięciu Stawów, za którą rozciąga się pasmo Kotelnicy, a dalej widoczny Koprowy Wierch, Hlińska Turnia, Hruby Wierch, za nimi Szatan. Niestety Gąsienicowa jest już cała w chmurach, więc nici ze zdjęcia. Pozostaję jeszcze przez jakiś czas na wierzchołku a potem wspólnie z turystą, śpieszącym się do żony, schodzimy kierując się w przeciwnych kierunkach, ja na Zawrat on na Świnicką Przełęcz. Zejście nadal w samotności, dopiero przy ostatnich łańcuchach mijam się z turystami kierującymi się na Świnicę. W oddali widać przełęcz, kolorową od odzieży turystów. Skończyła się samotna wędrówka, jeszcze parę metrów i jestem na Zawracie. Na przełęczy jednak jest sporo miejsca, można się wygodnie usadowić i nareszcie zjeść konkretne śniadanie. Ale dopóki pozwala pogoda trzeba pstryknąć jakieś fotki, nie wiadomo jak będzie za chwilę, wchodzący turyści od Gąsienicowej informują o deszczu w dolinie. Teraz można zabrać się za śniadanie. Zaraz po śniadaniu pakuję plecak i udaję się dalszą drogę, coraz więcej turystów oraz chmur skłania do kontynuowanie wycieczki. Już nie idzie się tak dobrze, pełny brzuch skutecznie hamuje mnie na wyższych, bardziej wymagających podejściach, na szczęście łańcuchy pod Małym Kozim Wierchem znacznie ułatwiają wspinaczkę. Docieram na szczyt, chmury nadal pokrywają całą Gąsienicową, natomiast Dolina Pięciu Stawów prezentuje swoje zalety. Wydaje się, że grań Orlej Perci stanowi naturalną straż przed zbliżającą się głębią gęstej szarości próbującą pochłonąć wszystko, co napotka na swojej drodze. Zbliżam się do progu, z którego schodzi się w Zmarzłą Przełączkę Wyżnią, jednak tutaj zator. Kilka osób czeka aby mogło zejść w dół, gdzie dziewięcioosobowa rodzina próbuje poradzić sobie z łańcuchami i trudnym zejściem. Ludzie zaczynają się powoli niecierpliwić, komentują zaistniałą sytuację. Zgadzam się, że góry są dla każdego, zgadzam się także, że jednak trzeba potrafić mierzyć siły nad zamiary i być może należało zacząć przygodę ze wspinaczką w innym łatwiejszym miejscu. Nie dziwi mnie strach i problemy starszej kobiety, której nogi na wąskich stopniach układa mąż, aby mogła powoli posuwać się w dół, ale nieporadność młodzieży w wieku około dwudziestu lat trochę mnie irytuje. Nie staram się odpowiadać na coraz częściej pojawiające się komentarze. Czekam cierpliwie i nareszcie grupa zeszła na szerszą i płaską półkę gdzie możemy ich wyprzedzić. Teraz idzie się dużo lepiej, postój pozwolił żołądkowi odpocząć, jest dużo przyjemniej. Sprawnie, szybko i przyjemnie, w pewnym momencie spotykam dwóch turystów, którzy odpoczywają przed następnym podejściem. Chwila rozmowy, chłopaki chwalą się upolowaną zdobyczą. Tak uchwycić w kadrze świstaka to naprawdę wielkie szczęście, niesamowite zdjęcie, świstak jak na dłoni. Idziemy teraz razem wspólnie w górę, gdzie docieramy do jednego z ciekawszych miejsc. Jesteśmy na grani, płasko obsuwające się na północną stronę płyty robią interesujące wrażenie. Człowiek trochę się obawia przed zrobieniem kroku na tym dość niebezpiecznie wyglądającym podłożu. Na szczęście jest sucho i po pierwszych, mniej pewnych krokach, odzyskuję pewność, a na dodatek, w razie jakby co to są łańcuchy. Na moment odsłania się Gąsienicowa i teraz mogę podziwiać widoki także po północnej stronie. Nie długo, ale jednak udało się. Jeszcze zdjęcie przy Chłopku (kurcze nie wyszło zbyt dobrze, trzeba będzie jeszcze raz w przyszłym roku) i dalej w drogę. Nareszcie dochodzę do najbardziej oczekiwanego momentu, jestem przy słynnej drabince. Powiem szczerze, że tak wielkiego wrażenia na mnie nie zrobiła, może z innej perspektywy, może w innych warunkach pogodowych. W każdym razie zdjęcie na drabince musiało zostać wykonane. Spodziewałem się, że to już Kozia Przełęcz, ale to jeszcze nie to, jeszcze trochę. W końcu docieram do wąskiego, wilgotnego przesmyka. Tutaj jest naprawdę niebezpiecznie, wilgotna i gliniasta struktura pod nogami wydaję się poruszać przy każdym kroku powodując utratę równowagi. Delikatne przesunięcie nogi powoduje poślizgi, a vibram w takich przypadkach to tylko teoria. No i w tym miejscu zapada decyzja, co do dalszych losów wycieczki. Pogłębiająca się szarość po północnej stronie, trochę zmęczenie i trochę późna już pora, powodują iż decyduje się na powrót Doliną Pięciu Stawów do Palenicy, trochę szkoda, bo chciałem dojść do Koziego Wierchu. Droga w dół wcale nie staje się łatwiejsza. Coraz słabszy organizm już nie tak chętnie zsuwa się po wysokich progach, ręce już bolą od trzymania łańcuchów, a glina przyklejona do butów wciąż powoduje poślizgi. Nie zostało już wiele, ostatni fragment z łańcuchami jest chyba najgorszy, dość wysokie i praktyczne pionowe zejście. Udaje się, schodzę, a właściwie opuszczam się tylko trzymając się łańcucha, bo nogi ześlizgują się na kamiennym bloku. Jestem na dole, nareszcie teraz spokojny marsz po kamiennych głazach. Jednak jeszcze jedna rzecz zatrzymuje mnie po drodze, to mały ołtarzyk w jednym z otworów pod głazem. Znicz i zdjęcie młodej dziewczyny, która tutaj zginęła. Chwila zadumy i z mieszanym uczuciem, radości z przebytej wyprawy i smutku spowodowanego ostatnim widokiem podążam szybkim krokiem w kierunku Wielkiego Stawu. To już właściwe koniec wycieczki, czym bliżej schroniska, tym więcej ludzi, i nawet błękitne stringi blond Barbi, próbującej zejść z wielkiego głazu przy mostku na Wielkim Stawie nie powodują u mnie zainteresowania, w przeciwieństwie do dość licznej grupy facetów z aparatami bacznie śledzących poczynania blondynki. Zadowolony, może trochę dumny, schodzę pewnym krokiem do Doliny Roztoki. Byłem na Orlej, było wspaniale.