Po wczorajszych odwiedzinach na Koszystej cięężko było się zwlec z łóżka o sensownej porze. Nie ma zmiłuj - trochę porannej musztry i się udało.
Tym sposobem o 7.30 staliśmy już pod Sławkiem.

Podkreślam pod. Bohater tego dnia znajdował się bowiem jakieś 1400 metrów wyyżej... 
Z racji na potwornie małą ilość śniegu (a raczej jego miejscowy brak) na początku szło nam całkiem sprawnie. A, przy okazji zdążyliśmy też zgubić chmury, które uczyniły nasz poranek szarym i ponurym 

Na Maximiliance potwierdziło się, że mamy dzisiaj piękny dzień. No i mamy pierwsze widoki dnia dzisiejszego.



Okazuje się poza tym, że na szlaku na Sławkowski zrobiło się dość... tłoczno. Jak się później przekonamy - w grupie raźniej 

Chociaż mamy początek marca, śniegu jest tak mało, że idzie normalnie szlakiem, zakosami.
Szlak, tak jak wielu nas uprzedzało jest dość... monotonny
Co nie oznacza, że nieciekawy. Widoczki raczej ograniczone. A do celu jeszcze daleko...


Jesteśmy jednak mile zaskoczeniu tym, jak Sławkowski prezentuje się od strony Doliny Staroleśnej. Głębokie żlebiska robią wrażenie. Nie chciałabym się tutaj potknąć...


Po lewej mamy małe zapowiedzi widoków ze szczytu. Taki dodatkowy motywator do zdobywania kolejnych metrów w pionie 

Na Królewskim Nosie królujemy nad chmurami...

I czas zmierzyć się z ostatnim sporym podejściem.

Jeszcze parę metrów iii...
Jesteśmy!

Może i powszechnie uważa się, że długie i monotonne to podchodzenie na Sławkowski... Ja tam jakoś specjalnie nie narzekałam. Ale widoki ze szczytu są warte wszelkiego zachodu


Dolina Staroleśna.

I Staroleśny Szczyt.

Z drugiej strony Kralova Hola o nieco łagodniejszym charakterze 

Na szczycie spotykamy grupę bardzo sympatycznych Słowaków, którzy jak zawsze częstują tym i owym... Tym razem wręczono mi kubek od termosu, w którym jak się okazało - wcale nie było herbaty
Ale oczywiście dałam się nabrać 


Po nacieszeniu oczu okolicą w końcu przychodzi ten niefajny czas, w którym trzeba schodzić w dół. Na odchodne robimy pamiątkowe zdjęcie i dół. Oczywiście tą samą trasą.


Dla urozmaicenia drogi, Wojtek zdobywa różne "kupki kamieni" 

Ten fragment podobał mi się najbardziej na całym szlaku. Przejście pod jednym ze żlebisk 
Podczas zejścia rysują się nam w głowach już kolejne plany górskie. Jakoś zawsze tak jest - jak wyjeżdżamy, trzeba sobie obiecać, że za jakiś czas znowu tu będziemy. A do odkrycia wciąż jest tyle miejsc... 
Ani się obrócimy, a znowu jesteśmy w Smokowcu.

Żegnamy się ze Sławkiem, który był dla nas bardzo gościnny. I myślę, że jeszcze nieraz wpadniemy do niego z wizytą...