Była możliwość i wyciągnąłem Tomtura w NT. Chciałem odwiedzić szałas pod Chabancem, że by sobie popatrzeć jak to tam wygląda i też trochę poszwędać się po grani NT. Biedaczysko Tomtur, nie, że musiał na herbatce, to jeszcze 200 km tam i 200 km z powrotem w jeden dzień. Celem naszej trasy była osada Magurka w NT, najbliższy ludzki przybytek szałasu pod Chabancem dostępny autkiem. O 8-mej lądujemy w Magurce (1050 m) po chyba 10 km jaździe dziurawą drogą od głównej drogi. Tomtur mówił, że dojechaliśmy na koniec świata. Ja nie jestem aż taki ekstremistyczny. Tutaj tylko misie dają ?dobranoc?. Nawet ostrzegałem Tomtura, żeby doliną jechał ostrożnie, bo misie nie wiedzą, po której stonie drogi się chodzi.
Parkujemy przy ładnie wyglądającej chacie Magurka skąd widać już główny grzbiet.
Więcej o chacie można tu: http://www.magurka.eu/ Lokatorzy chaty akurat dają sobie śniadanko, ale my z Tomturem tylko po zimnym piwku i dalej w drogę. Czeka nas 700 m przewyższenia i 2 godziny do szałasu. Chciałem też wypróbować co by nas czekało, kiedy bylibyśmy zmuszeni na bibie nocować prawie na Magurce. Szlak nas nie rozpieszcza i od razu drałujemy pod górkę. Lubię podchodzić w serpentynkach. Płuca i serce wtedy pokazują na co ich stać. Za chwilę oboje syczymy jak maszyna parowa. Jednak ten styl pokonania wysokości ma i swoje zalety. Szybko zdobywamy wysokość i za chwilę Magurka jest tylko małym placykiem gzieś w dole.
Najpierw wychodzimy na boczną odnogę Jaworina, gdzie powoli kończy się las i odsłaniają się widoki na główną grań. Pogoda nam jednak odsłania tylko trochę, żeby nie być w zbytniej euforii.
Dalej za chmurami możemy wyczuwać tylko istniejące kopczyki. Dalsza trasa to już inna kategoria. Takie coś większego niż Wielka Fatra. Ten grzbiet z Czertowicy do Donowal jest w całej swej długości wszędzie odczuwalny.
Po osiągnięciu głównej grani z niecierpliwością wypatrujemy naszego szałasu. Trochę niżej widzimy zarys dachu.
Nasz cel jest osiągnięty. Tylko wszędzie pustki. W szałasie wielki nieporządek i ani żywej duszy. Nawet buty zostały. Dopiero po pewnym czasie Tomtur znajduje jakąś spiącą ofiarę w jednym z łóżek. Chyba właściciela porzuconych butów. Na szczęście szałas jest dostatnio zasobiony w drzewo i można wysuszyć rzeczy przy kominku. Po jakimś czasie jest nam jasne, że w tym dniu nie możemy zarezerwować noclegów na bibę i pozostało nam tylko polegać na szczęściu. Pora też wracać do ludzi. Jeszcze parę zdjątek okolicy i wyruszamy w powrotną drogę.
W tym dniu odwiedzamy chociaż jeden kopczyk. Lajtowo od szałasu wychodzimy na Durkową (1749 m), z której przy ładnej pogodzie mogą być ładne widoki.
Dalsza droga, to już tylko atak na kolana. Schodzimy do siodła pod Zamostką Holą i drugą granią staczamy się w dół. Droga nie jest poszyta serpentynami i dlatego nogi dostają wycisk. Magurka znowu nas wita. Jednak w chacie nie ma miejsca nawet na pół tyłka i dlatego opuszczamy rychło ten "koniec świata". Obiadek czeka na nas dopiero w hotelu Diery w Małej Fatrze. Można zgadywać, do jak pełnego żołądka się naładowaliśmy.