Odpowiedz  Napisz temat 
nie ma to jak lekki plecak...
Autor Wiadomość
mpik

**


Postów: 39
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2009
Status: Offline
Post: #1
nie ma to jak lekki plecak...

preludium?

Raki? A na co mi te raki. Do szafy!
Czekan? A na co mi ten czekan. Do szafy! Hmmm, chociaż może jeden wezmę. Kijków nie mam więc przynajmniej będę się miał czym podpierać.
Buty zimowe? A na co mi te buty zimowe. Łazić większość po kamieniach w takich twardych podeszwach do żadna przyjemność. Do szafy!
Windstoper? A na co mi ten windstoper. Na necie pisało że ma wiać raptem z prędkością siedemnastu czegoś tam. Pewnie kilometrów na godzinę. Do szafy!
Szafa może być ciężka, plecak nie!

do góry?

W Tatrzańskiej Łomnicy wylądowaliśmy w zupełnych ciemnościach, w zupełnych ciemnościach szliśmy do stacji kolejki przy Skalnatym Plesie i w zupełnych ciemnościach doszliśmy do niej. Kompletne ciemności, jeśli nie liczyć kilku smug światła wydobywających się z niektórych okien. Rozbiliśmy się na drewnianym tarasie przed zamkniętym na głucho wejściem do restauracji. Temperatura była taka jak zapowiadali ? oscylowała w granicach kilku stopni. Oczywiście minus kilku stopni. Gdy do tego doszedł jeszcze silny wiatr, wszystko razem sprawiło że długo nie wytrzymałem tuląc się do plecaka i rozcierając zmarznięte dłonie. Wyruszyłem na obchód szukając cieplejszych rejonów. Po zrobieniu prawie pełnego okrążenia kompleksu budynków, znalazłem jedne otwarte drzwi na korytarz. Po dogłębszej penetracji korytarza znalazłem jeszcze cieplutką świetlicę. Po powrocie do Ivony ekspresem się tam ewakuowaliśmy.
W środku chwilę poczytaliśmy plan na później, ale nieprzespana noc zrobiła swoje. Powoli zaczynałem się rozklejać. Położyłem się na drewnianej ławce i pozwoliłem sobie odpłynąć mojemu umysłowi. Ivona chwilę później zrobiła dokładnie to samo. Ciepło i cisza sprawiły że wszelaką działalność górską w tym dniu miałem ochotę zakończyć definitywnie na tej ławce. Nawet powoli budzący się dzień nie był w stanie zmusić mnie do czegokolwiek więcej niż obrócenia się na drugi bok. Widziałem przez okno barwiącą się na czerwono łunę horyzontu, i myślałem o pięknych ujęciach jakie mógłbym zrobić gdyby chciało mi się ruszyć dupsko z ciepełka. Tylko że mi się nie chciało?
Nie wiem ile tak byśmy przeleżeli, i czy w ogóle coś byśmy zrobili jeszcze wówczas, gdyby w pewnym momencie nie wszedł do świetlicy jakiś mężczyzna, prawdopodobnie pracownik. Spojrzał na nas z wyraźną dezaprobatą i coś zamruczał. Możliwe że było to zwykłe ?dobriden?, a dezaprobata była jedynie powierzchowna i wynikała bardziej z konieczności wstania o tak wczesnej porze w niedzielę, niż znalezienia dwójki turystów kimających ?na waleta?. Ale obawiając się że przybysz może zażądać jakiejś opłaty za nocleg, albo czegoś równie głupiego, zmotywowałem się i zwlokłem z prowizorycznego posłania. Nie przyszło mi to bez marudzenia, ale się w końcu udało?
Później poszło już trochę łatwiej ? ubranie tych wszystkich warstw, założenie plecaka i wyjście z ciepłej atmosfery nie zajęło zbyt wielu chwil. Ale i tak straconego czasu w świetlicy nie udało się nam już odzyskać przez resztę dnia. Pierwsze, co ukazało się naszym oczom na zewnątrz po wyjściu z budynku, był spektakl wschodu. Wiele ich już widziałem w swoim życiu, ale na widok tego co zaczęła pokazywać nam w ten poranek Natura, nie potrafiłem przejść obojętnie. Show było krótkie, ale dawało przedsmak tego co straciliśmy chwilę wcześniej. Jak abstrakcyjnie piękny musiał być poprzedzający go świt, mogłem sobie tylko wyobrażać?


Otrząsnąłem otępiały umysł z resztek zauroczenia i ruszyłem dalej. Do góry. Na spotkanie wiatru. Do odbicia czerwonego szlaku dotarliśmy bez problemu. Tu zamiast w prawo odbiliśmy nieznacznie w lewo, by za następnym załomem skierować się ponownie wprost w górę. Jak podawał opis, nużące i monotonne podejście. Ale widokowo całkiem sympatyczne. Wśród głazów i kamieni prosto do góry. Tylko że my, oprócz kamieni mieliśmy jeszcze jedną atrakcję ? śnieg. Nie dużo na razie, ale wystarczająco by utrudnić podchodzenie. Początkowo przeważał teren skalny, ale wraz z wysokością górę zaczął brać śnieg. Ivona ubrała raki. Ryk wiatru zagłuszył jej komentarz, jaki wygłosiła na wiadomość o tym że moje raki zostały w domu. Niewiele straciłem, później w ciągu dnia jeszcze kilka razy dowiadywałem się do czego się nadaję?
Wiatr coraz bardziej przybierał na sile. Już nie był tylko dodatkiem do góry ? stał się głównym elementem naszej drogi. Wyznaczał kiedy mogliśmy iść, a kiedy musieliśmy odpoczywać. Gdy smagał z maksymalną siłą, zmuszał nas do przykucnięcia i złapania się skały. Jeśli nie było w pobliżu skał, wbijałem czekan i trzymałem się jego. Po prostu nie byłem w stanie zrobić pewnego kroku gdy grad lodowych igiełek uderzał we mnie z nieprzewidywalną regularnością. Gdy obracałem się tyłem do tych pocisków, kilkanaście metrów niżej widziałem zmagającą się z wichurą Ivonę. Z tego co potrafiłem dostrzec przez tumany śnieżnego pyłu, pomimo posiadania raków nie szło jej dużo lepiej niż mnie. Siedemnaście pomyślałem. Ciekawe czego siedemnaście. Bo na pewno nie kilometrów na godzinę. Później, już w domu sprawdziłem jeszcze raz jednostkę. Metry na sekundę. Łatwo się domyślić co pomyślałem wówczas o swojej spostrzegawczości?
W pewnym momencie dotarłem tuż na skraj grani. Spojrzałem na otwierający się przed moimi oczami widok masywu Łomnicy i Wideł i pomyślałem że pasuje zrobić jakieś zdjęcie. Wbiłem czekan i na tym zakończyłem jakiekolwiek świadome i skoordynowane czynności. Nagłe i niesamowicie silne uderzenie lodowatego powietrza sprawiło że straciłem równowagę i poleciałem do tyłu. A dokładniej poleciałbym, gdyby nie założona na rękę pętla z wbitego przed ułamkiem sekundy czekana. Wykonałem ciekawą wizualnie figurę zakończoną padem na ziemię. Upadek był już częściowo świadomy ale zdecydowanie wymuszony chwilowymi warunkami. Wyswobodziłem czekan i na czworakach wycofałem się nieco poniżej. Pieprzyć zdjęcia. Przynajmniej z tego nieżyczliwego miejsca?
Na szczęście huragan nie był regularny. To co z jednej strony utrudniało marsz (nigdy nie wiedzieliśmy kiedy, z której strony i z jaką siłą zawieje w następnej sekundzie) i sprawiało że momentami wyglądaliśmy na lekko nietrzeźwych, dawało równocześnie momenty prawie całkowitej ciszy w której można było strzelić fotkę, spojrzeć co czeka nas dalej czy po prostu odsapnąć. Jednak pomimo niezbyt ciekawych warunków wciąż parliśmy do przodu. Po bliżej nieokreślonym czasie dobiliśmy do wypłaszczenia grani, skąd otwierał się widok na druga stronę. W kierunku Tatr Bielskich. Dodatkowo, kilkanaście metrów przed sobą dostrzegłem wierzchołek. Wiedziałem że szczyt ten nie był naszym dzisiejszym celem, a u niektórych jako cel sam w sobie (szczególnie zdobyty najprostszą drogą) wzbudzał by pewnie lekkie rozbawienie zabarwione ironicznym tonem, ale o dziwo, mnie jego bliskość przyniosła szczerą satysfakcję. Bardzo możliwe iż ubocznym czynnikiem była świadomość końca koszmarnego podejścia, gdy przy każdym kroku ślizgałem się po lodzie, dodatkowo zmagając się z wiatrem. Niestety, nie wiedziałem wówczas jeszcze że najciekawsze na mnie dopiero czekało?

na dół?

Zaczekałem aż Ivona pojawi się na przełączce i ruszyłem w kierunku szczytu. Dotarłem na pierwszy wierzchołek, spojrzałem przed siebie i zobaczyłem ciąg dalszy naszego dzisiejszego planu. W jednej chwili zrozumiałem że bez korekty się nie obejdzie. Dużej korekty. Dojść granią do najbliższej przełęczy można było spróbować, zresztą i tak trzeba było jakoś zejść na dół, ale atakować szczyt przy takiej pogodzie i na ?letnio? było już samobójstwem. Wprawdzie całkiem ciekawą jego odmianą, ale jednak nadal samobójstwem. Zdawałem sobie sprawę że te strome zaśnieżone żleby nie są tak strome jak wyglądają z tej perspektywy, ale jeżeli na o wiele bardziej płaskim podejściu miałem takie problemy z utrzymaniem równowagi na lodzie, to tam wyżej nie ujdę nawet kilkunastu metrów. Spojrzałem na towarzyszącą mi dziewczynę zastanawiając się jak jej przekazać moje wątpliwości, ale po wyrazie jej twarzy zrozumiałem że nie muszę niczego jej tłumaczyć.
Równocześnie zwróciliśmy wzrok w kierunku masywu. Jeżeli mieliśmy jeszcze w tamtym momencie jakiekolwiek wątpliwości co do trafności decyzji o odwrocie, to ostatecznie rozwiała nam je chyba mała lawinka pyłowa, która właśnie schodziła sobie jednym z hipotetycznie nadających się do podejścia żlebów. Była tylko niewielkim wodospadzikiem śniegu, ale doskonale zdaliśmy sobie sprawę z tego co czekało by nas, gdybyśmy akurat się w tym żlebie znajdowali. A lawinka ta nie była osamotniona. Więc spadamy stamtąd. I to szybko. Nie traciłem czasu na podziwianie widoków, ani na cokolwiek innego. Moje letnie buty z systemem pełnej cyrkulacji powietrza (czyli dziur na wylot w miejscu bocznych szwów) już dawno przestały spełniać jakiekolwiek ciepłownicze funkcje, przez co natychmiast gdy się tylko zatrzymywałem, czułem zimno w stopy. Gdy się ruszałem, było jeszcze jako tako, ale każdy postój to początek odrętwienia.
Ruszyłem w dół. Wprost w serce leżącej u mych stóp kotlinki. Nie zastanawiałem się nad czekającymi mnie trudnościami na tym lodowym zboczu, po prostu chwyciłem mocniej czekan w dłoń i zacząłem schodzić. Pierwszy poślizg zaliczyłem już po kilku krokach, upadek chwilę później. To sprawiło że zacząłem stopniowo trawersować na przeciwną stronę kotliny. Wiedziałem z pamięci że ta strona którą zacząłem schodzić kończy się niżej czymś w rodzaju skarpy czy urwiska. Mój ewentualny lot (który z każdym kolejnym krokiem stawał się niemal niemożliwy do uniknięcia) wolałem wykonywać w terenie w którym moje szanse wyjścia z niego cało będą relatywnie większe.
Pierwszy, najbardziej stromy etap pokonałem jeszcze bez dodatkowej dawki adrenaliny. Tam śnieg był w większości głęboki, a lodowe odcinki rzadkie i niewielkie. Jednakże wraz ze spadkiem nachylenia stoku, lód na jego powierzchni spotykałem coraz częściej. W niektórych miejscach nie dało się go obejść, i wówczas zostawałem zmuszony do wchodzenia na niego. Starałem się unikać tego z całego serca, ale kilka razy nie miałem wyjścia. Trzy czy cztery upadki na takim lodowisku zakończone na szczęście krótkim, bo co najwyżej dwumetrowym ślizgiem, dawały mi niejakie pojęcie o tym, co czekałoby mnie gdyby nie mój ostatni wierny przyjaciel - czekan.
W pamięci najbardziej utkwił mi jeden kilkunastometrowy odcinek lodowego betonu. Schodziłem nim w nader oryginalny sposób, ale chyba jedyny dostępny. Wisząc na wbitym czekanie, opuszczałem się jak najniżej. Następnie wyciągałem ostrze, i gdy tylko zaczynałem się bezwładnie ześlizgiwać w dół, błyskawicznym ruchem wbijałem czekan metr niżej niż dotychczas pozwalając mu by mnie wyhamowywał nagłym szarpnięciem. Wyjęcie, wbicie, szarpnięcie! I tak w koło. Gdzieś przy którymś kolejnym uderzeniu przyszła mi do głowy myśl czy zdążę wbić czekan po raz drugi, gdyby za pierwszym razem nie wszedł dostatecznie głęboko. Idąc wyżej nie raz już mi się to zdarzało gdy trafiałem nim np. w skały. Ale wiedziałem że o tym będę mógł się dowiedzieć tylko w jeden sposób, więc wywaliłem te myśli z umysłu. Wolałem się skupić na zejściu. Wyjęcie, wbicie, szarpnięcie! Potem jeszcze kilka poślizgów, parę upadków, jeden mało fajny lot i już. Udało się.
Udało się. Udało się zwlec swoje przemarznięte ciało w bezpieczne rejony w jednym kawałku, i pomimo że z odrobinę podniesionym poziomem adrenaliny, to jednak zadowolony w ogólnym rozrachunku dnia. Wracając, wspięliśmy się jeszcze na okoliczne pagórki, by spojrzeć na drugą stronę grani i porobić w końcu jakieś ciekawe fotki. Ale pogoda pogarszała się z minuty na minutę, więc szybko się nam znudziło. Przechodząc w pobliżu Skalnatego po raz ostatni spojrzałem na skalny mur rozpościerający się przed moimi oczami. Uśmiechnąłem się szczerze i pogroziłem mu w duszy palcem. Wiedziałem że tam jeszcze wrócę?


01-12-2009 08:29 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Odpowiedz  Napisz temat 

Wiadomości w tym temacie
nie ma to jak lekki plecak... - mpik - 01-12-2009 08:29 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - paaulo - 02-12-2009, 04:18 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - mpik - 02-12-2009, 10:42 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - paaulo - 03-12-2009, 01:09 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - mpik - 03-12-2009, 06:01 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - paaulo - 04-12-2009, 10:20 AM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - mpik - 04-12-2009, 06:55 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - Stasiu - 05-12-2009, 01:19 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - KasiaA - 04-12-2009, 01:59 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - maciek - 03-12-2009, 08:46 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - Pablo - 04-12-2009, 11:46 AM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - mpik - 09-12-2009, 08:12 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - mpik - 10-12-2009, 06:24 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - Sokół - 14-12-2009, 06:24 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - Smyk - 14-12-2009, 06:09 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - Stasiu - 15-12-2009, 05:42 AM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - magda.s.77 - 14-12-2009, 11:58 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - KasiaA - 15-12-2009, 11:30 AM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - magda.s.77 - 15-12-2009, 10:28 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - mpik - 16-12-2009, 12:08 AM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - Johny - 15-12-2009, 01:42 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - Johny - 15-12-2009, 01:40 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - Johny - 15-12-2009, 11:41 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - Smyk - 16-12-2009, 12:35 AM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - KasiaA - 15-12-2009, 01:43 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - Pedro - 15-12-2009, 02:05 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - KasiaA - 15-12-2009, 02:22 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - magda.s.77 - 15-12-2009, 02:30 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - KasiaA - 15-12-2009, 02:41 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - Pedro - 15-12-2009, 03:06 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - KasiaA - 15-12-2009, 03:14 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - KasiaA - 15-12-2009, 03:57 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - mpik - 16-12-2009, 12:03 AM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - magda.s.77 - 16-12-2009, 12:31 AM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - Smyk - 16-12-2009, 01:42 AM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - paaulo - 16-12-2009, 11:09 AM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - Pablo - 16-12-2009, 12:48 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - Sokół - 16-12-2009, 02:52 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - Sokół - 16-12-2009, 05:48 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - KasiaA - 16-12-2009, 08:19 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - KasiaA - 16-12-2009, 08:34 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - magda.s.77 - 16-12-2009, 08:46 PM
RE: nie ma to jak lekki plecak... - Sokół - 17-12-2009, 05:18 PM



Pokaż wersję do druku
Wyślij ten temat znajomemu
Subskrybuj ten temat | Dodaj ten temat do ulubionych

Skocz do: