- To co? Gdzie jedziemy? Morskie Oko, prawda?
- Może Chochołowska?
- Mhm...a wiesz, że te Zachodnie mnie kuszą? Jedziemy!
- Popatrz, tylko my dwoje busem do Chochołowskiej?
- A coś ty myślał? Przecież koniec września jest!
I tak się zaczął pierwszy z dwóch dni spacerowania po Taterkach...kierowca wywiózł nas chyba po największych zadupiach do szlabanu w Chochołowskiej.
Ale co tam. na asfalcie tylko my dwoje, i przed nami daleko w przodzie jakaś jedna postać. Cudownie. Pogoda coraz bardziej się klaruje...Po drodze tylko nieliczne osoby wracają ze schronu...
Docieramy do schroniska...
- Pewnie coś zjemy?
- No raczej...parówki!
- Łokej, w końcu to typowo śniadaniowe danie...chyba...
Po krótkiej sjeście, mała debata co robimy dalej z tak miło rozpoczętym dniem? Niestety dochodzimy do wniosku, że nie damy rady wykręcić pętli okalającej "trzydniowe, stare, jarząbczo-kończyste" wierchy...
- I co robimy dalej?
- Zielonym przez wyżnią chochołowską na Woowiec, a potem zobaczymy...?
- Idziemy!
I tak wędrujemy. Od samego początku jakieś wycinki, jakieś pnie drzew, to woda, to błotko, trochę smrodku 
Dwóch gości pakujących Ursusami z pełnymi wozami drzewa.
- Ania! Poczekajmy aż zjadą z tej góry!
- Dobra, spadamy na pobocze!
- K...wa jak coś to Ty uciekaj w jedną stronę, a ja w drugą!
Ale na szczęście panowie wykazali się umiejętnością prowadzenia pojazdów w ciężkim terenie, i wyminęliśmy się bezkolizyjnie 
Szlak jak szlak. Trochę lasu, a nawet trochę więcej lasu. I pod górę, i pod górę...odrazu nam się przypomniało zeszłoroczne walenie czerwonym na Cimniak z Kir ...ulala..
No ale jak wychodzimy z lasu zaczyna się...jakieś chmurzyska, jakaś mżawka...O nie nie! myślę, przecież miała pewna Pani z wybrzeża coś zaczarować!
No ale nic idziemy sobie tak dalej i ciągle sami. Dopiero po wyjściu na kamienne chodniko-schodzy (szeroka ulica) spotykamy pierwszą od początku dnia parę osób. Mowią, że na górze delikatnie pi...dzi i nikogo nie uświadczymy. No coż myślimy, dziś to norma. Ale przed dojściem do szlakowskazów spotykamy jeszcze 4 wędrowców. Wszyscy przestrzegają, że wieje niemiłosiernie, chmury, zero widoczności, ale co tam 
Dochodzimy do szlakowskazów...Wołowiec 40'...Rakoń 10' Z uwagi na widoczność sięgającą kilkudziesięciu metrów nie podchodzimy na Wołowiec. Stwierdzamy, że to by było zwykłe odchaczenie góry i tyle. Jak się okazuje mieliśmy rację, bo widoczność się nie poprawiła na górze wogóle. Na Rakoniu znów sami. Wieje rzeczywiście niekiepsko. Śmiało mogę stwierdzić, że odczuć można było mróz.
Idziemy dalej. Nagle wyłaniają się jakieś 2 sylwetki. Okazują się to być Słowacy. Którzy nas nie panimaju. Wymiana uśmiechów, i na grzesia. Im niżej tym większa widoczność. I nawewt Dolinę Chochołowską da się ujrzeć. Na Grzesiu popasik, i dalej na dół żółtym do doliny.
Tuż przed schroniskiem łapie nas pierwszy deszczyk
, i tak idziemy, idziemy i idziemy cholerną drogą, i cholernym asfaltem. Żeby tradycji nie stało się zadość wracamy ale już we 4 osoby do Zakopanego 
Koniec pierwszego dnia.I jak na złość rozpogadza się, i idę o zakład, że tam na górze również....
Późniejszym wieczorem robi się dupówa, pada deszcz. Rano niebo ciemne, niewyraźne. Totez pada na Halę Gasienicową.
Do Kuźnic, i w górę...Jaworzynką
- Którędy idziemy?
- No ostatnio schodziliśmy przez Boczań, to teraz byśmy może poszli Jaworzynką?
- No w sumie możemy.
No i idziemy...
- Zobacz skarbie, tam musimy wejść. O tam (pokazuję w górę)
- Nie bardzo mi się to podoba, idziemy ciągle prawie po równym...k...wa! Ale wymyśliłeś!
- Upsss...
Po dojściu do przełęczy między Kopami...mhmh...zaczyna się spektakl. Chmurzyska się przewalają, przebija się słońce, i tak naprzemian.
Przy wejściu na Halę kolory mnie powaliły! Cudnie brązowo, rudo, czerwono! 
Zmierzamy prosto nad Czarny Staw Gąsienicowy. Tam śniadanie, i nic tylko kontemplacja, i delektowanie się okolicznymi szczytami! Szara szadź przykrywa szczyty..Po prostu pięknie! Ale strasznie zimno! ..."Zresztą jak to nad wodą...od wody zawsze ciągnie chłodem"...
Nie robimy niczego wyżej. Wracamy do schroniska. I nic więcej oprócz krzyków, wrzasków, etc.(wiadomo, wycieczki)
Herbata, szarlota i w dól Boczaniem...
I tak wyglądał nasz pobyt w Tatrach jesiennych.
Nic ambitnego, wysokiego, ale za to urokliwie i kolorowo.