Długo-weekendowy plan zrealizowany.
Udało nam się w końcu odwiedzić opisywaną i chwaloną przez wielu Małą Fatrę.
Co prawda była to tylko jej namiastka ale wystarczyło to nam na dobry początek i zachętę do kolejnych odwiedzin.
Rozpoczęliśmy naszą wycieczkę w Stefanovej. Tam z parkingu ruszyliśmy w kierunku żółtego szlaku prowadzącego na Diery.
To właśnie miejsce zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie.
Mnogość wodospadów, skał, drabinek, schodków itp. powodowała, że z każdą kolejną atrakcją chcieliśmy ich coraz więcej (a wiadomo - jest ich niemało)
Kiedy nacieszyliśmy się już tym brykaniem przyszła kolej na Rozsutca.
Niestety tym razem tego mniejszego, bowiem wielki jest jeszcze zamknięty.
Czy mamy z tego powodu niedosyt? Skądże. Ten skromniejszy szczyt przyniósł nam sporo emocji i ogromną radość.
Ze szczytu dookoła roztaczała się piękna panorama na którą składały się m.in. pozostałe szczyty Małej Fatry, Wielki Chocz, Tatry Niżne, Tatry Zachodnie i wiele innych (znanych i mniej znanych górek).
Po zejściu z Rozsutca uderzyliśmy niebieskim szlakiem drugą stroną jego większego brata po to by go okrążyć i zadecydować co dalej.
No właśnie - wtedy zaczęło padać. Sipiało może z 20 minut a potem zaczęło grzmieć.
Te sygnały - jak się okazało ślepaki (ale któż by mógł przewidzieć) utwierdziły nas tylko w decyzji o zejściu na dół.
Po drodze zrobiliśmy sobie jeszcze ostatni piknik i skulaliśmy się do czterokołowca.
Podsumowując:
Bajeczna to kraina i na pewno tam niejednokrotnie wrócimy.
Na plus:
Pogoda mimo chwilowego deszczu i grzmotów dopisała, ludzi było bardzo mało, płacić za wstęp nie trzeba, parking na cały dzień tylko 2 euro, no i co nas zaskoczyło, że po weekendzie majowym było bardzo mało śmieci.
Na minus:
W bufecie przy parkingu skończyła się kawa :-P
Więcej minusów nie było