Odpowiedz  Napisz temat 
Górska kuracja
Autor Wiadomość
lapikus

*****


Postów: 2,441
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2009
Status: Offline
Post: #1
Górska kuracja

Ostatnimi czasy pogoda nie rozpieszczała nas górsko. A to odwilż, a to znów fujawica ze śnieżycą, innym razem Halny o sile tornada i nijak nie można się było do tego dopasować. Ponad tydzień czasu minął od ostatniej wycieczki i szczerze powiedziawszy, w domu nie mogli już ze mną wytrzymać. Początek tego tygodnia wydawał się być idealnym do nadrobienia tych zaległości. Kilka dni wolnego pozwalało wpasować się w taką prognozę pogody, która przynajmniej w minimalnym stopniu spełni moje oczekiwania. W planach przewidziana była samotna wędrówka. Jednak dzięki pewnemu zbiegowi okoliczności przyłączyła się do mnie moja córa, Karolina. W normalnych warunkach, powinna iść dzisiaj do szkoły. Stało się jednak inaczej. A wszystko za sprawą drobnych kłopotów gastrycznych, które wystąpiły pod koniec ubiegłego tygodnia. Lekarz, jak zwykle w takich wypadkach, zalecił ścisłą dietę i nie wiedzieć czemu, zwolnienie z zajęć lekcyjnych aż do końca tego tygodnia. Więc jako przykładny ojciec, postanowiłem do lekarskich zaleceń dołożyć jeszcze dotlenianie organizmu, polepszenie kondycji fizycznej i odstresowienie. A że góry do tego celu nadają się idealnie, więc zostało postanowione, że pójdziemy razem. Najpierw jednak musiałem stoczyć ciężką batalię ze swoją szanowną małżonką, bo kiedy się dowiedziała, co też uknuliśmy za plan, nie za bardzo była przychylna tej kuracji. Jednak siła jej argumentów była tak mała, że za każdym razem trafiała w próżnię, a perswazją dawaliśmy skuteczny odpór. W końcu dała za wygraną. Innymi słowy, po prostu nie miała innego wyjścia. I tak oto z samego rana wytoczyliśmy się dzisiaj na szlak. Z założenia, kilkugodzinna trasa, nie powinna sprawić nam żadnych, większych kłopotów, nawet gdyby szlaki były w ogóle nieprzetarte. Typowa, beskidzka klasyka. Wyjście, graniówka, zejście. Całość wpisana w okrąg nieforemny. Na punkt zborny wybrany został Ustroń Polana. Stąd też zaczęliśmy mozolne podejście na Orłową, gdzie przewidziany był pierwszy, większy postój i posiłek w prywatnym schronisku. Szlak okazał się nieprzetarty, ale w żaden sposób nas to nie zniechęciło. Grubość pokrywy śnieżnej w tym miejscu nie przekraczała 20 cm, a jego przemarznięta struktura pozwalała na dość sprawne poruszanie się.
           
Towarzyszące nam z każdej strony drzewa i krzewy kłaniały się nam nisko, uginając w niewiarygodnie powykręcanych figurach swoje gałęzie. A wszystko to za sprawą bardzo grubego oblodzenia i ośnieżenia. Te, które tego naporu i ciężaru, nie były w stanie wytrzymać, kładły się pokotem na podłożu, czekając na nastanie dla nich lepszych czasów. Inne po prostu zostały wyrwane z gruntu wraz z korzeniami lub złamane w pół, jak zapałki.
   
Krajobraz w tym miejscu byłby przepięknie bajkowy, gdyby nie jeden mankament. Potężna, mleczna mgła spowiła wszystko dookoła i tyle było widać, żeby nie stracić orientacji w azymucie marszruty. Wraz z nabieraniem wysokości zwiększała się również grubość pokrywy śnieżnej, ale w dalszym ciągu mieściła się w zakresie przyzwoitości. Na krótkich odcinkach szlaku, które stanowiły drogę dojazdową do nielicznych w tym miejscu domostw, śnieg był odgarnięty na boki i można było przyśpieszyć kroku. Po niespełna dwóch godzinach "wspinaczki" dotarliśmy do pierwszego w dniu dzisiejszym, wyznaczonego przez nas celu. Chata na Orłowej, jest skromnym budynkiem drewnianym o dość dobrze rozbudowanym zapleczu i przyjemnej aparycji. Niestety, nie dane nam było wejść do środka. Drzwi okazały się być zamkniętymi, a w środku nikogo nie dostrzegliśmy. Pewnie można było przywołać gospodarzy zamontowanym przy drzwiach wejściowych dzwonkiem, ale uznaliśmy, że nie warto ich fatygować i pierwszy tego dnia, własnoręcznie przygotowany posiłek skonsumowany został na werandzie w towarzystwie niewielkiego mrozu, zachmurzonego nieba i bezwietrznej pogody. Strasznie nam to odpowiadało.
           
Kiedy temperamenty naszych organizmów już nieco ochłonęły, a żołądki zaspokoiły swoje żądze ruszyliśmy w dalszą drogę. Tym razem czekał nas tylko lekko pofałdowany teren z niewielkimi podejściami. Za to śniegu było zdecydowanie więcej, szczególnie w zagłębieniach i koleinach pozostawionych przez pojazdy mechaniczne. Ani jednej, żywej duszy na horyzoncie, żadnego śladu bytności człowieka. Przez ostatnie kilka dni, na pewno tędy nikt nie przechodził. Było wprost fantastycznie.
       
Do tego przestał sypać drobny, acz gęsty śnieg. Momentalnie buzie nam się rozgadały i na tapetę poszli wszyscy najbliżsi sąsiedzi, bliższa i dalsza rodzina oraz pierwsze miłosne rozterki mojej córy. Oj, w tym temacie musiałem się uwijać, jak w ukropie. Jeden mały błąd w wypowiedzi, niewłaściwie dobrane słowo i mogło być ze mną krucho. Jednak nic takiego się nie stało i bezproblemowo połykaliśmy kolejne kilometry drogi. Jeszcze raźniej zrobiło się, kiedy, ni stąd, ni zowąd przyłączył się do nas bardzo sympatyczny kundelek, który bezbłędnie wskazywał nam drogę aż do samego schroniska na Równicy. W międzyczasie zdarzył się jeszcze jeden niewytłumaczalny epizod. Na kilka minut niebo rozstąpiło swoje podwoje i naszym zaskoczonym oczętom ukazały się przepięknie rozpromienione połacie białego dywanu wszędzie wokół. Aż się serce radowało na ten widok.
               
W niespełna pięć minut wszystko wróciło do normy. Pełne zachmurzenie, wszechogarniająca mgła i sypiący śnieg. Nam jednak znakomitych humorów nie było już nic w stanie odebrać. Bardzo sprawnie i bez większego wysiłku dobrnęliśmy do punktu posiłkowego, czyli schroniska na Równicy.
   
Schludność, czystość, przesympatyczna obsługa i błogie ciepełko rozchodzące się z paleniska kominka spowodowały, że zmitrężyliśmy tam ponad godzinę gawędząc sobie z naszą gospodynią.
       
Chcąc, nie chcąc, trzeba było jednak ruszyć zaruściałe od wygody tyłki i powoli zwlec się na dół do Ustronia, gdzie na parkingu czekał na nas nasz wehikuł.
       
Bardzo ostrożnie, ale zarazem bezpiecznie dowiózł nas po zaśnieżonych drogach do domeczku. Zimowo-górska kuracja przyniosła zadziwiająco dobre efekty, bo mojej córce do teraz buzia się nie zamyka i uśmiech z niej nie schodzi.



Życie już dawno nauczyło mnie wielkiego szacunku, pokory i cierpliwości do gór!!!

Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-01-2010 07:23 PM przez lapikus.

12-01-2010 07:19 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Odpowiedz  Napisz temat 

Wiadomości w tym temacie
Górska kuracja - lapikus - 12-01-2010 07:19 PM
RE: Górska kuracja - Dosia - 12-01-2010, 07:37 PM
RE: Górska kuracja - Sokół - 12-01-2010, 07:40 PM
RE: Górska kuracja - Sylwester - 12-01-2010, 07:58 PM
RE: Górska kuracja - Stasiu - 12-01-2010, 09:12 PM
RE: Górska kuracja - Krzysiek - 12-01-2010, 10:06 PM
RE: Górska kuracja - Tenshi - 12-01-2010, 10:29 PM
RE: Górska kuracja - Mallaidh - 13-01-2010, 11:51 AM
RE: Górska kuracja - lapikus - 13-01-2010, 01:08 PM
RE: Górska kuracja - Stasiu - 13-01-2010, 06:49 PM
RE: Górska kuracja - lapikus - 13-01-2010, 07:23 PM
RE: Górska kuracja - gosia3ek - 14-01-2010, 10:29 AM
RE: Górska kuracja - lapikus - 14-01-2010, 10:45 AM
RE: Górska kuracja - Stasiu - 14-01-2010, 06:20 PM
RE: Górska kuracja - lapikus - 14-01-2010, 07:48 PM
RE: Górska kuracja - gosia3ek - 14-01-2010, 10:48 AM
RE: Górska kuracja - Galleahad - 14-01-2010, 09:36 PM
RE: Górska kuracja - lapikus - 14-01-2010, 10:27 PM
RE: Górska kuracja - gosia3ek - 28-04-2010, 01:18 PM
RE: Górska kuracja - Łukasz - 28-04-2010, 01:21 PM
RE: Górska kuracja - gosia3ek - 28-04-2010, 01:25 PM



Pokaż wersję do druku
Wyślij ten temat znajomemu
Subskrybuj ten temat | Dodaj ten temat do ulubionych

Skocz do: