2. dzień: Piątka - Zawrat - Świnica - Kasprowy - Czerwone Wierchy - Ornak
Nim zacznę właściwy opis trasy, muszę przytoczyć jedno zamyślenie. Dlaczego nikt z Forumowiczów nie próbował wybić mi z głowy trasę w relacji Piątka - Schronisko Ornak na jeden zaprzęg? Chyba wiem
, umówiliście się, że niech sobie Stasiu wypije to piwo, które sam nawarzył. Jak ładnie to na mapie wszystko wyglądało, ale w rzeczywistości dałem sobie porządnie w kość, zwłaszcza ostatni odcinek - Dolinę Tomanową.
No, jednak czas zacząć dalszy dzień mojej wycieczki. Walniąciem głową o stół o 6:30 to dla mnie pobutka. Jestem między pierwszymi i muszę zabawić się w bociana przekraczając śpiących. Pakuję menele. Czym prędzej chcę wydostać się z tej puszki sardynek, ale nikt jeszcze nie wymyślił otwieracza od wewnątrz. O 7:00 wyruszam w dalszą wędrówkę. Jeszcze jedno zdjęcie tych, co mieli szczęście spać na zewnątrz schronu
i wyruszam na trasę. Jestem w oczekiwaniu. Większość trasy pójdę pierwszy raz. Pogoda niemadziorna i to dodaje mi euforii
. Początek w D5SP klasyczne pstrykanie zdjęć nawet się nie zatrzymując.
- jedno z wielu (bez komentarza)
Mijam wszystkim bardzo znane drogowskazy. I co drogowskaz, to odkaz na wartość. Siklawa, Krzyżne, Kozi, Szpiglas, Kozia P. i Zawrat. Jednak ten ostatni jest dzisiaj moim przeznaczeniem. Pierwsze podejście do Dolinki pod Kołem nie jest dla mnie przeszkodą. Wypoczęty, pełny sił i świeży oddech. Zero plątających się ludzików. Na grani pod Kołem pokazuje mi się Zawrat i Świnka - mój pierwszy dzisiejszy cel. Jest jak na wyciągnięcie nogi, ale jak się później okaże, jeszcze 1,5 godzinki.
Jestem do tego miejsca uprzedzony. Na wiosnę podczas akcji kontrolnej Tomtur tutaj wywinął kozła i w myśl powiedzenia: "Gdyby kózka nie skakała..." odstawił swoje wędrowanie po kopczykach na parę tygodni. Na Zawracie robię przerwę na śniadanie, bo w Piątce nie było jak. Tutaj chleb z mielonką mam razem z pokarmem duchowym.
Z zainteresowaniem obserwuję poczynania turystów wybierających się na Orlą
. Widać, że dla niektórych to jest prawdziwe wyzwanie i wielka niewiadoma. Zazdroszczę im takiej pogody i przygód, bo wiem co ich czeka.
Ja wyruszam, jeszcze na pustym szlaku, na Świnkę. Nim dotrę do pierwszych łańcuchów myślami jestem przy Margit i Putinie. Przed tygodniem byli wieprzowo potraktowani. Mnie to nie grozi. Madziorek ma urlop. Z rozkoszą używam sobie łańcuchów. Dla innych to może być problem, ale przy przeciętnych górskich umiejętnościach to jest przeszkoda do pokonania. Jest to raczej sprawa indywidualnej psychiki, która nas nieraz zbytnio krępuje.
O 10:00 jestem na czubku Świnki
. Widoki nie da się opisać i nawet zdjęcia dużo nie pomagają. Po prostu trzeba tutaj być i na własne oczy widzieć. Pierwszy raz też robię użytek z lornetki. Cieszy mnie, że za jej pomocą w oddali poznaję Skrzyczne i nawet Łysą w Beskidach
:.
Podczas odpoczynku i kochaniem się widokami, coraz częściej mój wzrok kieruje się w stronę Kasperka i Czerwonych
. Ze Świnki przebieg dalszej trasy wygląda dosyć płasko. Dałem się zmylić tym pozorom i to mi się z nawiązką później wróciło. Z radością przyznam, że na szczycie nie podzieliłem losu państwa Putinów. Dalszy mój cel - Kasper. Tam zaplanowałem południową siestę. Schodząc ze Świnki napotykam dwie dziewczyny, które we mnie poznają jednego pionka na szachownicy zwanej GŚ. Ja jednak nim zareaguję, dziewczyny jak się nagle pojawiły, tak też zniknęły
. Później na PW dowiaduję się, że jedna to forumowiczka KaRoLiNa. Szkoda tylko, że nie spotkaliśmy się na szczycie. Jednak i tak jestem szczęśliwy. Poczet napotkanych Forumowiczów kontra misie jest 2:0 dla Forumowiczów
. No nic, austriacki wyciąg z goryczki będzie trzeba wypić na najbliższej bibie
.
Trasa od Kasperka wydaje mi się łatwiejsza niż od Zawratu. Jest tutaj też większe zagęszczenie turystów, którzy wykorzystali kolejkę na Kasperka. Jednak nie jest tak źle. Mnie trapi co innego. Po zejściu do przełęczy dalszy przebieg trasy się zmienił. Wcale nie jest taki płaski, jak się wydawało na Śwince, ale pofałdowany do prawdziwej górskiej huśtawki. Przed Kasperkiem o wymownej nazwie Grzędy, za Kasperkiem Czuby i Czerwone. Jedynie Kościół się dobrze z tej strony prezentuje. Nie jest taki groźny. Jak by powiedziała jolik - trochę wyższa kupa kamieni.
- kusząca dedykacja dla Magdy 
Myśl o posiłku i napoju turystycznym spożywanym na Kasperku wydłuża mój krok. Na kościele w Zakopanym jest grubo po dwunastej, kiedy wpadam do najbliższej knajpy (czyt. restauracja w budynku górnej stacji kolejki linowej). Napis ostrzegający, że w razie silnego wiatru restauracja jest nieczynna, na szczęście się nie wypełnia
. Dmucha tylko lekki wiaterek. Przerwa na dopełnienie energii przywróciła mój organizm do stanu używalności. Po 45 minutach mogę znów wyruszyć na trasę. Opuszczam rejon Kasperka i znów wkraczam na przyrodnią huśtawkę. Człowieczyna idzie w takim terenie i idzie, a końca jak nie widać, tak nie widać. Tutaj pozwolę sobie chwilkę odskoczyć, ponieważ na tą sytuację przypomniał mi się jeden dowcip: Idą dwaj podchmieleni do domu po torach. Jeden mówi: "Kiedy dotrzemy do miejsca, w którym się te tory zbiegają, wtedy będziemy w domu". Idą, idą i końca wciąż nie ma. Wtedy ten drugi popatrzy do tyłu i mówi: "My głupole. Przecież my dawno już to przeszli". I tak samo to wyglądało w miejscu, w którym się znajdowałem.
Świnka i nawet Kasper były już za mną, ale Czerwone jak by się nie przybliżyły. Na tym odcinku takim psychicznym przedziałem jest chyba osiągnięcie Kopy Kondrackiej. Wtedy czekają podróżnika już tylko Czerwone. Tutaj też większość turystów schodzi na Kondracką Przełęcz. Zbytnio się nie zatrzymuję i gnam, no próbuję gnać, na Łuczek. Nareszcie jestem zaspokojony swym wyczynem. Świnka i Kasper są już dostatecznie daleko.
Co za ulga. Czerwone osiągnięte i jeszcze na dodatek czekają mnie dwie ciekawostki. Na Krzesanicy podziwiam las skalnych chłopczyków
i na Ciemniaku jeszcze ciekawiej. Taki symboliczny powietrzny pojedynek nowoczesnego człowieka z tradycyjną przyrodą zastąpieną orłem skalnym.
- orzeł i latający człowiek na tle Kralowej Holy w Tatrach Niskich.
Faktycznie to wyglądało tak, że pan Orzeł przyleciał popatrzeć co to ma za intruza we swym regionie. Chwilę demonstrowali się we wspólnej powietrznej spirali, jakby stroszyli pióra. W końcu wygrała przyroda, technika intruza nie umożliwiała długo szybować na jednym miejscu. Intruz spuścił ogon i musiał odlecieć. Orzeł jeszcze chwilkę paradował we swym żywiole. Takim oto widowiskiem pożegnałem główną grań Czerwonych i rozpocząłem ostatni etap. Dotrzeć do schroniska przez Chudą i Tomanową Dolinę. Jeszcze spojrzenia w dal na Orawską Zaporę, Babią, Pilsko i do tyłu na skałki Krzesanicy.
Z Tomanowego Grzbietu robię zdjęcie nieosiągalnej Tomanowej Przełęczy, która mnie w jakiś niewyświetlony zposób fascynuje.
Czas jednak nagli. Do schronu jeszcze daleko a słońce jest już przeklęcie nisko. Na domiar przyrzekam sobie, że przestanę czytać niektóre relacje Forumowiczów. Pełno w nich opisów o podwieczornych albo nocnych odgłosach leśnych zwierząt. Czułem się nieswojo
. Za każdym drzewem widziałem schowanego misia
, który chciał dzisiejszy wynik 2:0 trochę skorygować. W dolinie włączam Mieciurowego autopilota. Ten nawiguje mnie do końca. Po 11 godzinach w terenie jestem u celu. Co za ulga zobaczyć swiatełko w lesie! Atmosfera całkiem inna niż w Piątce. Precz ze sardynkami! Mam nawet własne łóżeczko. Jedynie co jest identyczne, to niemożliwość podzielić się wrażeniami
. Tam we ścisku, tutaj w samotności przy stole. Jednak jestem szczęśliwy
. Nawet zmęczenie może cieszyć.
Dobranoc.
Koniec dnia 2. Cd dnia 3...