Długo rozmyślałem czy napisać niżej podaną relację. Jest to zupełnie co innego opisywać wyprawy, gdzie przeciętny Forumowicz jeszcze się nie pojawił w porównaniu z wyprawą w Taterki. Na Forum aż roji się od samych Tatrologów i Tatrofilów
, którzy znają ten zakątek od A do Z. Znają gdzie jest jaki kamień albo drzewko. A ja? Moje pisanie relacji można porównać w poruszaniu się po minowym polu. Kiedykolwiek mogę nadepnąć na niewypał. No, postaram się wywiązać z zadania i przekazać trochę swych subjektywnych uczuć. 
Miałem 3 dni wolnego (26. - 28.9.) i dlatego postanowiłem odwiedzić nasze święte kopczyki. Pogoda zapowiadała się superowa. Madziorna musiała zasuwać w pracusi co niemiara albo była na drugiej stronie kuli ziemskiej
. Na niebie tylko słońce a chmurki sobie wybrały urlop.
1. dzień: Štrbské pleso - Rysy - Moko - Świstówka - Piątka
2. dzień: Piątka - Zawrat - Świnica - Kasprowy - Czerwone Wierchy - Ornak
3. dzień: Dolina Kościeliska
1. dzień: Štrbské pleso - Rysy - Moko - Świstówka - Piątka
W Taterki przyjechałem dosyć późno, bo z kolejki zębatej wysiadłem dopiero o 9:30. Już w kolejce poznałem, że ten sam pomysł chodzenia piechotą po kopczykach miało dalszy milion ludzi. Nawet spotkałem kolegę z pracy. Pomyślałem, że ta wyprawa będzie nie tylko próba mojej fizycznej wytrzymałości, ale jako samotnego wilka i próba psychicznej wytrzymałości. Robię pierwszą "klasyczną" fotografię Wysokiej bez plesa.
Pływanie łódeczką po plesie, jak doradzał DrE, zostawiłem na inne czasy
. Musiałem odrobić ztraty i pognałem stępa. Jednak niedługo. Zaraz pierwsze podejście na Trigan dało mi do zrozumienia, że ja nie będę panem swojej szybkości. W tym samym kierunku szła masa ludzi. Najpierw chodnik był szeroki i dało się wyprzedzać, ale po trawersie Patrii w Dolinie Mięguszowskiej, szybkość moja ustaliła się na szybkości osobnika idącego przede mną.
(
Chciałym teraz słyszeć wszystkich tych, co nie lubią tłumy z Palenicy do Moka. Tam można umilać sobie przejście liczeniem kto idzie w klapkach a kto na dużym obcasie. Tutaj musiał bym być jedynie buldożer i bawić się zrzucaniem ludzi ze skały
. Jeszcze, że zaczynały się odsłaniać widoki.
- Dolina Złomisk
Pocieszałem się na duchu, że wszyscy zostaną pochłonęci schroniskiem na Popradzkim i ja odbiję w lewo. Na rozstaju chwilka zatrzymania, czy przypadkiem nie zrobić jaką wynioskę i dostać darmową herbatę.
Była tam tylko 30 kg butla gazowa za herbatę z rumem. Dzięki, nie dla mnie
. Pognałem dalej bez tego obciążenia. Na rozwidleniu szlaków na Koprowy i Rysy dalsza blokada.
Nie wiem czego te ludziska tam szukały. Może był tu jaki konkurs w płukaniu złota w Hińcowym Potoku? Uciekłem z tego miejsca. Łatwo powiedziane. Od tego miejsca rozpoczyna się prawdziwa wspinaczka. Jest to Próg Żabich. Wraz z innymi pokonuję tą górską przeszkodę.
Jestem w oczekiwaniu, kiedy zobaczę od Żabich "dwa uszka" Rysia. Nareszcie! W kotlinie wnet mój wzrok kieruje się na Rysy. Przepięknie. Nawet widać małe ludzkie mrówki na szczycie.
- Rysy w tyle, w lewo Żabia Przełęcz, w prawo próg, gdzie na jego końcu jest już schronisko (nie jest widoczne)
Chwila wytchnienia podczas przejścia kotliny i następuje dalszy etap. Pokonanie progu z łańcuchami. Dla mnie bułka z masłem. Dla kogś innego to może być mały problem. Jednak pokonanie tej przeszkody nie jest takie ciężkie jak po polskiej stronie.
Łańcuchy są za mną i już lada moment miała by się pojawić Chata pod Rysami. Pierwszym zauważonym objektem jest jednak "kibelek" wysokogórski, o którym jednego czasu pisał Falco.
Podczas jego problemów kiszkowych musiał z niego korzystać i miał obawy, że jego naga część odbytowa będzie rozpoznana przez szeroką publiczność
. Nie dla kibelka jednak tutaj jestem i zatrzymuję się dopiero przy oczekiwanym schronisku.
Ścisk nieopisany. Tutaj na domiar dołączają turyści z Polski. Jakimś cudem dorwałem się do jadełka. Co innego jak kapustnica z chlebem i piwko.
Bez uszczerbku na zdrowiu, prawdziwy górol jest zwykły na kapustę pod każdą postacią, opuszczam ten ludzki grajdół. Czeka mnie Waga już z iście górskimi sceneriami.
Z tąd na uszka Rysia to już co by plecakiem rzucił. Tylko na ich widok trochę mnie cofnęło.
Dostanę się na szczyt? Przejdę na drugą stronę? Jeszcze teraz myślę co za szczęście, że ludziska się wzajemnie nie pozrzucali. Na szczycie Rysia jestem o 13:30. Gdzie wtedy byłeś Santo? Nawet na chwilę uwolniło się miejsce przy krzyżu dla zrobienia pamiątkowego zdjęcia.
O chwili zadumy i samotności nie było nawet mowy. Po wypstrykaniu się zauważam, że czas nagli i trzeba schodzić do Moka. Łatwo powiedziane, gorzej wykonane. Ja chcę iść na dół a ludzki prąd pcha mnie do góry. Na łańcuchach jest zator. Mnie to wcale nie przeszkadza, mam czas na robienie dokumentacji tego żelaznego odcinka.
Kiedy porównuję zabezpieczenie łańcuchem versus stalową liną
, to wolę stalową linę. Stalowa lina jest pewniejsza. Na łańcuchu niekiedy czuję się jak Tarzan na lianie. Z takimi i jeszcze innymi myślami schodzę w dół. Schodzę i schodzę, a stawki jakoś mi się nie przybliżają. Znam to uczucie, ciało jeszcze może, ale psycho zaczyna się już otępiać.
- z polskiej strony są ?uszka? Rysia więcej charakterystyczne
Jednak jakoś się dobelgałem do Czarnego i tutaj kończą się największe napory na moje kolana. To nie jest żadna radość dzwigać 90 kg żywej wagi + wór. Jak ja zazdroszczę tym, co i z worem mają 50 kg. Obchodzę Czarnego i bez zatrzymania, teraz już w większym tłumie podążającym w tym samym kierunku, napieram na Morskiego. Ten jakoś okazuje się miłościwszy i nie wiem kiedy pokazuje mi schronisko. Do jadalni wchodzę o 16:15. Nie jest tak źle. Jednak nie czas na jakieś posiadywanie. Daję ciekły chleb i wyruszam dalej. Do Piątki jeszcze 2 godziny i nie chciałym iść sam po ciemku. Nie każdemu nadarza się mieć śliczną przewodniczkę (prawda Etkerze
), która nieboraka ochroni przed złymi duchami gór albo wór poniesie. Wychodzę na Kępę, gdzie jeszcze ostatni raz zerkam na przebieg popołudniowej trasy.
Teraz już myśli koncentrują się na celu. Na rezerwie przechodzę Świstówkę i dzisiejszy cel jest już na wyciągnięcie ręki. W samą porę. Na liczniku zapala mi się żółte światełko oznaczające, że zapas energii niebawem się skończy
. Jest 18:30. Przed Piątką mam mieszane uczucia. Pełno turystów przed schroniskiem szykuje się do biwakowania pod gwiazdami. Wewnątrz prawdziwa masakra. Ludzików tyle, że sardynki w puszce mają luz. Jeszcze z worem na plecach staję do kolejki na wpis do noclegu. Recepcjonistka uprzedza mnie, że nie musi być już miejsca. Ja jednak nie daję za wygraną i znajduję kawałek miejsca na siedzenie na ławie w jadalni. Zarzucam kotwicę i nikt mnie z tego miejsca już nie dostanie. Maksymalnie będę spał na siedząco. W Piątce na dopełnienie energii daję już tradycyjne jadełko - gulasz wołowy z kaszą. Wieczór umilam sobie napojem turystycznym i słuchaniem współbiesiadników. Po zamknięciu bufetu o 21:00 zaczynają w jadalni manewry. Każdy chce urwać strategiczne miejsce do spania. 
Ja raczej rezygnuję z higieny i opróżnienia zawartośći pęchęrza moczowego, bo bym już nie musiał dotrzeć do wybranego legowiska. Pierwszy raz w życiu poznaję co to jest wpaść pod stół i to na dodatek trzeźwy. Zasypiam snem sprawiedliwego wspólnie z innymi sardynkami.
Dobranoc.
Koniec dnia 1. Cd. dnia 2. ...?