Mała Fatra 2009 = Forumowiczów GŚ biba
Motto (dedykacja własna dla Gosia3czka): "Stoh - jest jak kobieta, którą zanim zdobędziesz wyciśnie z Ciebie wszystek pot, puści z Ciebie krew, odbierze ostatni dech i przy osiągnięciu celu zwali z nóg. Kiedy ją opuszczasz, to Cię jeszcze wytarza w błocie. Taką górę i dziewczynę zapamiętasz do końca życia. Kobiety i kretowiska lekkich obyczajów przepadają w otchłań zapomnienia."
Przyznam, że jestem w bardzo trudnej sytuacji. Wszyscy współtowarzysze z Faterki wrzucili już pełno zdjęć i teraz każdy oczekuje ode mnie napisanie rewelacyjnej opowieści. Faktycznie będzie trudno. To spotkanie znów miało swoistą atmosferę. Większość uczestników była tutaj po raz pierwszy i byli w oczekiwaniu co przyniosą nadchodzące dni.
Najpierw parę danych technicznych:
DOBA : 15.5. - 17.5.2009
PRZESTRZEŃ: główna grań Krywańskiej Małej Fatry (od Streczna po Mały Rozsutec), Słowacja
OBJEKTY (do spania): Chata pod Suchym, Chata pod Chlebem
ODLEGŁOŚĆ: poziom w linii powietrznej ma grzbiet chyba ze 20 km, w pionie przeszliśmy bezmala 3000 m (Pedro)
CZAS: 2:50 godz., 5:20 godz. i 6:45 godz. (wg mapy)
SUBJEKTY:
w kolejności alfabetycznej - Gosia3czek, Mallaidh, Mieciur, Pedro, Sokół, Stasiu, Tomtur
Dzień pierwszy 15.5.
Rozpoczęcie wędrówki normalka - w Cieszynie mam się spotkać o 9:00 z dwiema targusami - Sokół i Tomtur. Wór zapakowany na light, bo nie czeka nas żadna klapkowiczowa wycieczka, ale poważna impreza a dla mnie już nie te lata. Przecież nie mogę pozostawać w tyle. Chłopaki przyjeżdżają na czas. Pakuję się do Sokołowej Hondy i umykamy w stronę Faterki. Jesteśmy umówieni z ostatnimi uczestnikami na 11:00 w Sztefanowej. Żeby po drodze nie było nudno, Tomtur ochoczo przedstawia Sokołowi jakie mijamy kopczyki Morawsko-Śląskich Beskidów. Jaworowy, Ostry, Kozubowa ... Tomtur tak barwnie opowiada, że Sokół miejscami zapomina o powinnościach kierowcy. To znów Tomturowi jeżą się włosy, ponieważ nie jest przyzwyczajony do roli pasażera. Według niego jedziemy blizko krawężnika i karze Sokołowi jechać środkiem jezdni. W takim wesołym nastroju powoli dojeżdżamy do miejsca spotkania. W Terchowej, miejscu urodzenia Janosika, postanawiamy robić zakupy. Na parkingu, jak na zawołanie, dopada nas pozostała czwórka - Gosia3czek, Mallaidh, Mieciur i Pedro.
- jeszcze z uśmiechem na twarzy, bo nie wiedzą co ich czeka
Gorące przywitanie i już teraz z dwoma autkami pomykamy przez gardziel Doliny Vratnej do osady Sztefanowa położonej pod W. Rozsutcem.
Trochę nam trwa wyciąganie worów ze samochodzików, co wykorzystuje parkingowy i kasuje nas po 2 Euro za pojazd.
Autobus do Żyliny nie daje na siebie długo czekać. Jeszcze mi się udało każdego na powitanie obdarować piwkiem i wnet mój wór jest o 3 kg lżejszy. Żegnamy się z naszymi pojazdami, zobaczymy je dopiero w niedzielę. W autobusie jest radosna atmosfera (bilet ze Stefanowej do Żyliny kosztuje 1,5 Euro + 0,30 Euro za plecak). Gościnność Słowaków poznajemy i z drugiej strony. Od dwóch jegomościów jesteśmy poczęstowani prawdziwą Malinówką. Na znak wdzięku zostają na zawsze udokumentowani na stronach forumowych i poczęstowani od Tomtura Soplicową Wiśnióweczką.
Żylina nas wita pogodnie, jednak nie mamy czasu na bliższe jej poznanie. Pociąg do Streczna odjeżdża niebawem. Przy większej ilości pasażerów opłaca się kupić bilet grupowy (wystarczy jeden dowód osobisty). Jazda pociągiem ze Żyliny do Streczna kosztuje każdego 0,50 Euro. Streczno (380 m) - mała wioska przy końcu meandru Wagu rozdzielającego Małą Fatrę na dwie części - Krywańską i Luczańską. Jedna legenda podaje, że w tutejszej gospodzie był przez swego kolegę zdradzony Janosik. Żeby go rajtarzy mogli powalić, ponoć gospodyni nasypała mu pod nogi groch. No, my jednak nie szukamy takiej gospody i zajmujemy ławeczki stacyjnej knajpy.
Najlepsze plany snują się właśnie w takim miejscu jak ten za podawaniem napoju turystycznego. Ja z Tomturem musimy się starać. Wszystko jest pod bacznym okiem naszego Admina. Żadne "bambelanie" na trasie. Tylko wyjście godne porządnych górofilów. Na sam początek, dla odmiękczenia Pedra, proponujemy odwiedzenie niedalekiego kamieniołomu. Miejscowy informator podaje nam kierunek. Po 5 minutach od stacyjki jesteśmy nad zatopionym kamieniołomem. Kroniki podają, że oprócz dolomitu był tutaj w latach 20-tych aż 40-tych minionego stulecia wydobywany naturalny asfalt. Jedyne takie łożysko w Europie Środkowej. Zawartość asfaltu była 17%. Jakość godna naturalnego asfaltu wydobywanego na wyspie Trynidad (Karaiby). My jednak kamieniołom zastaliśmy zatopiony (gł. ponad 100 m).
Po twarzach naszych bibowiczów nad brzegiem jeziorka widać, że oni mają zacniejsze cele. Zdobywanie kopczyków i picie piwska, zamiast łupanie kamienia i toczenie smoły.
Drugim naszym celem było zdobycie i złupienie prawobrzeżnego Starego Zamku. To już była poważna sprawa. Powoli opuszczamy naszą technokratyczną społeczność. Nieśmiała propozycja Tomtura o posileniu się napojem turystycznym przy ponownym mijaniu stacyjki kolejowej, nie spotkało się z aprobatą. Wszyscy już byli w tranzie z myślą o bogatym łupie na zamku. Pognali jak konie za wodą wiedzeni czerwonym szlakiem. A było jeszcze sił sporo i droga pozioma, to pod zamek podeszliśmy prędko. Ostatnich 10 minut, to już było trzeba się wspinać, każdy pojedynczo, nie zważając na straty, zaatakował zamek. Jakie było rozczarowanie, kiedy stwierdziliśmy, że Stary Zamek już ktoś przed nami wyplenił i zamienił go na ruinę. Tylko jakiś rzezimieszek - przez miejscowych nazywany Falco - wykorzystał sytuację, porwał nam butelkę Soplicówki i prysnął z okna zamkowego labiryntu.
Smutek, że zdobyczy nie będzie, szybko minął i jednotliwi członkowie zaraz rozpanoszyli się po zamku. W głowie każdego usadowiło się poczucie, jakie to jest być panem takiego zamku.
Jednak takie maśli wnet znikły, jak bańka mydlana. Zdobywcy raptem zmienili się w Japońskich turystów. Pstrykali na lewo i na prawo. Wszystkie migawki znikały w małych aparacikach.