13.04.09 Pn. Białe Plesa ? reaktywacja ? co celu
Kursanci z samego rana udają się w swoją stronę. Obserwuję ich przez okna jadalni, są coraz dalej i dalej, zamieniają się w czarne punkciki na białym morzu śniegu żlebów i gór. Powodzenia.
( Zwyczaje ludowe)
[Schodzimy na śniadanie. Wszystko na około na razie spokojnie spożywa posiłek. Potem atmosfera robi się gorąca (a raczej mokra). Panowie kucharze nagle wyciągają jedną pannę do kuchni i zlewają ją wodą ? jest przecież lany poniedziałek. ( Na Słowacji jest tradycja, że polewają tylko panowie kobitki ? a nie na odwrót.)Wyraziłam mojej towarzyszce obawę o nasze suche ubrania. Ale Bea na to , że na pewno polewają tylko Słowaczki. I tu Bea bardzo się pomyliła, wychodząc ze stołówki została złapana przez trzech osiłków, zdjęli jej polar a potem poszły na nią 3 wiadra zimnej wody i dostała wałeczkiem po t..ku. Ja i inne panie widząc to i nie czekając aż skończą się te atrakcje popędziłyśmy do łazienki i pozamykałyśmy się na klucz. Bea wróciła do pokoju przemoczona całkowicie. A miałyśmy po śniadaniu wyjść na szlak. Cóż trzeba było się przebierać i uskutecznić suszenie włosów. W pokoju ubrałyśmy się do wyjścia i pędem przez schronisko na szlak aby już nikt nas nie złapał ? uf udało się .]
Dalej już przetorowana trasą z dnia 11.04.09. Śnieg z rana twardy idzie się dobrze, nasze ślady z przed wczoraj dobrze widoczne. Słońce, biel, śnieg, na szlaku oprócz nas nie ma nikogo. Tylko my, przyroda i góry. Szybko osiągamy lawiniasty trój ? żleb który znów przechodzimy szybko ale ostrożnie. Docieramy do ostatniej tyczki, zajmuje nam to nie tak jak wcześniej 2 godz. ale 1-dną godz.
Ale tu już jest gorzej, musimy znów torować sobie drogę bo prze nami nikt to nie szedł. Patrzymy na szczyty., wchłaniamy ciszę. Obserwujemy bezmiar tej śnieżnej jeszcze krainy. Znów zapadamy się w śniegu, spostrzegamy jakieś ślady, zaczynamy nimi kluczyć. Wyprowadzają nas znacznie dalej niż letni szlak do Białych Ples. Jakoś wygramalamy się na dość łagodny próg. Orientuję się , że jesteśmy o jakieś dwa pagórki za daleko. Idziemy granią górek w kierunku przypuszczalnej przełęczy na której powinnyśmy się znaleźć. Idzie się dość dobrze , napotykamy ślady narciarza przez przysypaną kosówkę. Przed nami roztacza się wielkie śnieżne płaskie pole, to prawie już tu, jeszcze spostrzegamy charakterystyczny czerwony daszek szlako wskazu i wiatę. Ruszamy w tym kierunku. Płaska śniezna polana okazuję się dość ciężka d przebycia, co drugi krok wpadamy w głęboki śnieg. Jakoś udaje nam się dojść. Jesteśmy ? udało się 3 godziny ( 40 min latem) ? DOLINA BIELYCH PLIES ? nareszcie 1613 m npm. Widoki piękne na prawo Tatry Bielskie i Dolina Przednich Koperszadów. Trochę w lewo Przełęcz pod Kopą, na lewo Koperszadzka Czuba i Biała Czuba. A pomiędzy nimi widać jak zeszły śnieżno błotne lawiny. Białych Ples prawie nie widać, zamarznięte i pokryte grubą warstwą śniegu. Jedno jakby trochę wyraźniejsze, widać kolor brązu jakby zabarwione wodą z lawiny błotnej. Siedzimy długo pod wiatą , wystawiamy się do słońca, cieszymy się ciszą i posiadaniem tej doliny tylko dla siebie. Stąd prowadzi nas nowy narciarski ślad już całkiem w kierunku przełęczy na którą powinnyśmy skierować się przy podejściu. Idzie się dość szybko, nie zapadamy się bo prawdopodobnie jest to właściwa wydeptana pod spodem droga śnieżna. Docieramy szybko na przełęcz i jakby granią obniżamy się w kierunku trój ? żlebu. Narciarz zrobił szlak dość wysoko i wydało mi się nie rozsądne iść cały czas jego szlakiem wychodzącym niebezpiecznie w sam środek lawiniastych żlebów. Zarządzam trawers ok. 15 m w dół, ostrożnie toruję zakosy i docieramy do naszego śladu przed żlebem. Chcemy przejść żleb po kolei jedna po drugiej ale nagle słyszymy jakby głos jakiegoś zwierza (tak jakby bawiły się i gryzły ze sobą psy). Przestraszamy się i lecimy pędem po śladach przecinając niebezpieczne miejsce. Po chwili nadsłuchujemy jeszcze raz ale już nic nie słychać. Szybko dochodzimy p swoich śladach , (śnieg już rozmiękły) uf schronisko.
Samodzielna wycieczka Beata i ja - jest to fajna sprawa, pełna emocji i niewiadomych ( ja sama nigdy nie mam okazji martwić się o wybór trasy w górach, dokonywać wyboru, decydować itd. ?robi to zawsze Etker).
A w schronisku, o zgrozo dalej trwa polewanie pań. Pędem wbiegamy do pokoju i zamykamy się na klucz. Boimy się wyściubić nosa z pokoju. Obserwujemy przez okienko co dzieje się przed schroniskiem: polewanie na całego. Skiturowcy ze wstążkami na kijkach i wiaderkami używają dowoli. Żadnej nie przepuszczą nie pomagają tłumaczenia, że droga długa, śnieg itd. ?Zabawa? na całego.
Nawet Mar.an nie przepuścili, zmęczonej po wyprawie też się wiaderkiem oberwało.
I tak kończy się powoli nasza przygoda z towarzystwem kursantów.