Dzień trzeci, niedziela - wyżej już to nie idzie
Na większości bibach ostatni dzień nie jest brany zbyt poważnie. Dopołudniowe babmbelanie i powrót w domowe pielesze. Tym razem plany były całkiem inne. Drałowanie po kopcach na całego. W planie jest Busov a to znaczy, że przejście całej trasy będzie przebiegało w zwiększonym tempie. Swoje do powiedzenia miała też pogoda. W taką pogodę by było dla góromana ciężkim grzechem siedzieć gdzieś na tyłku.
Na razie stały punkt niedzielnych programów - jajecznica na ogniu i wspólne śniadanie. Wyjście na trasę jest niemiłosiernie stanowione na 8:15, na śpiochów się nie czeka i z tego też powodu kucharze wstawają jeszcze przed świtem, kiedy reszta ma jeszcze północ. Wieczorem poniektórzy próbowali protestować, że tak wcześnie trzeba wstawać, ale nic nie wskórali. Rano wiara bibowa się powoli budzi. Jednak okrzyk "jajecznicaaa!!!" działa na wszystkich jak pobudka w garnizonie wojskowym. Gar jajecznicy się szybko opróżnia. Zbliża się moment wyjścia na trasę. Tym razem jestem pod wrażeniem. Wychodzimy nawet 5 minut przed stanowionym czasem. Nie wiem jaki eliksir podziałał na nasz oddział.
Na pierwszy plan mamy przedpisaną Przełęcz Cigelka. Ledwo co wystartujemy i już znów stajemy. Tak wcześnie zrzucamy ze siebie wszystkie zimowe hambały. Miał być poranny mrozik a tu człowiek się poci w letnim ubraniu.
Na przełęczy zdjęcie grupowe. Paweł nam przekazuje instrukcje, że w Cigelce na nas się szykuje nietypowa sytuacja. Dalsze instrukcje otrzymamy na miejscu.
Przełęcz zostawiamy za sobą i schodzimy do Cigelki. Podkreślam, schodzimy. Czym niżej zejdziemy, tym więcej nam będzie trzeba gramolić się pod górkę. Wyśmiany Busov i Beskiniska. Oni wiedzą co nas czeka. Nie mogłem się oprzeć i robię jeszcze jedno zdjęcie kolejnego kopca - Lackowa.
Przyznam, że drugi raz jestem w pobliżu i jeszcze nie okosztowałem jej głośno wymawianego podejścia. Schodzimy do Cigelki. W niedzielę przed południem jest tutaj spokojnie i cicho. Paweł nas informuje, że tutaj to nie jest problem. Problem jest tam dalej za wioską. Szlak prowadzi około cygańskiej osady. Najlepiej zrobimy, kiedy w zwartej grupie szybko przejdziemy to miejsce.
To, co później nastąpiło mnie niemile zaskoczyło. Kiedy nas w osadzie zauważono, małolaty wybiegły nam na przeciw. Żebrały o cukierki i inne słodycze, te starsze nawet o pieniądze. Nie wiem na ile to było z potrzeby i na ile to było ze zwyczaju. Szkoda, że nie miałem torebki cukierków. Domy w osadzie nie wyglądały ubogo. Nie chcę domyślać co się dzieje, kiedy tędy przechodzą dwaj turyści lub, jeszcze gorzej, jeden? Bez utraty mienia przeszliśmy ten napór małolatów. Tutaj imaginarne wrota się zamknęły i drogi powrotnej nie ma. Od tego miejsca, do teraz normalna trasa, zaczyna się poważnie podnosić.
Jedno ze zborowych postojów. Przyznam, że nie często jest tyle forumowiczów po kupie. Wyglądają, jakby czekali na jaki powóz na leśnym przystanku. Nic jednak nie przyjechało i dlatego drałujemy dalej po swych. Dochodzimy do małego siodełka pod wierzchołkiem. Całe szczęście, że ostatni etap idzie się zakosami i nie na krechę, jak poprzedniego dnia na Żebro.
Tutaj widzimy uśmiechnięte twarze. Bogusia już o czystości kufla zapomniała. Dojście do wierzchołka mi się nie dłużyło. Jesienne przyzwyczajenie. Jest 10:50 i w niecałe 3 godziny stoimy na najwyższym miejscu BN.
Najpierw jesteśmy zachwyceni minimalnymi widokami. Tutaj nawet widać typowy dom uzdrowiskowy w Wysowej. Ponieważ więcej nie było widać, zamierzyłem się na poszczególnych odpoczywających uczestników.
Ze zdjęcia jednej z dwu par nowo małżeńskich można sporo wyczytać. Ja na przykład sobie myślę, że Hemli lakuje swoje paznokcie na bieżąco z doborem koloru do kurtki. I tak dalej byśmy na wierzchołku siedzieli w niewiedzy i oglądali jak liście spadają z drzew, gdyby Pandzi się nie chciało. Wystarczyło zejść 50 m i las nagle się otwierał.
Nareszcie było nam dane oglądać jakieś widoki. W dali Tatry, te były, rzecz jasna, przez bibowiczów najwięcej obstrykane. Czas nas nagli i trzeba myśleć o powrocie. Wypada jeszcze zcalić się do kupy i pstryknąć pamiątkowe zdjęcie.
Cieszy mnie, że udało mi się zadokumentować dla potomnych full ekipę i to z wyśmianymi paszczami. Powrót. No tak, ale czy musimy znów przedzierać się przez dziatwę na Cigelce? Nie ma innej możliwości? Jest! Najpierw zejść z powrotem do siodła pod wierzchołkiem i potem pozaszlakowo, na krechę zejść do niebieskiego szlaku w siodle między Cigelką i Wyżnym Twarożcem, stąd prowadzi leśna droga, obchodząca Hrb aż na graniczny szlak.
Z początku staraliśmy się trzymać jako taki kształt ekipy wycofującej się z wierzchołka. Jednak stromy stok nas rozdziela, ponieważ każdy ma inny styl skulania się w dół. Tutaj muszę przyznać, że elektroniczne aplikacje map są w danym przypadku wygodniejsze od tych papierowych i busoli. Od razu widzisz, gdzie w tym lesie jesteś i w którym kierunku podążasz.
Przyznam, że często musieliśmy korygować nasz kierunek. Jednak bez strat ludzkich i bez większych uszczerbków na zdrowiu (tylko Fazikowi się jakieś patyki przyplątały między nogi i musiał korygować swój postój) dochodzimy do niebieskiego szlaku w siodle. Tutaj zauważamy, że te same zamiary skrótu miał ktoś inny z farbami. Drzewa od siodła pod Busovem do niebieskiego szlaku są poznaczone. Jak by ktoś odpowiedzialny chciał rozwiązać problem i poprowadzić szlak pomijający cygańską osadę w Cigelce.
Kolejny postój na odpoczynek. Akuratne miejsce, ponieważ mało kiedy las ustępuje i umożliwia nam kochać się widokami. Na zdjęciu odpoczywająca ekipa i w tyle leśna góra, która nas akurat wypuściła ze swego objęcia.
Kolejne zdjęcie, które można opisywać z różnych kątów widzenia. Opisanie wdzięku naszej ładniejszej części ekipy pozostawiam innym. Ja się skupiłem na... zelówkach buciorów górskich. Też się ładnie prezentują na tle Cigelki i wzywającej do odwiedzin Lackowej. Nawet mam zdjęcie z odwrotnej strony z widokiem na zelówki, ale nie wypada go publicznie tutaj prezentować. Krótki odpoczynek i dalej w drogę. W aplikacji dobrze wyznaczoną drogę musimy z początku szukać i dalej też nie ma żadnych dziwów. Droga powoli zarasta, ale jednak bez problemów, tomturowym stylem, nas doprowadza na graniczny grzbiet omijając Hrb. Paweł nie chciał odpuścić i proponował nam, już szlakowo, na Hrba wyjść. Nikt nie dał się skusić. Może, gdyby nas czym przekupił? I tak wszyscy, jak jedna noga, wyruszyli skrótem na Przeł. Wyżny Twarożec.
Szkoda, że zabrakło czasu dojść aż do Przeł. Blechnarka. Tak byśmy zamknęli część granicznego szlaku. Wykorzystujemy skrót prosto do Blechnarki.
Wypada jeszcze zrobić zdjęcie naszego gospodarza i o 15:00 możemy zaznaczyć, że nasze wędrowanie w BN się na ten czas skończyło. W szybkim tempie przeprowadzamy w bazie oczystę, papu i pakowanie. Każdy w innej kolejności. Trzeba wyjechać, do domu daleko. Pożegnanie z nutką smutku. Za naszą jednostkę dodam, że powrotna droga odbyła się pod znakiem - pół Polski miało ten sam zamysł.
Fazik z bananem pozdrawia za nas wszystkich tych, co z nami nie byli. Dziękuję za uwagę.
Zakończenie: Na początku podziękuję Beskidnisce i Pawłowi za organizację biby, że się postarali o to, żeby nam się powodziło i mieli warunki na wieczorną kulturę. Dzięki. Przyznam, że pogoda też zrobiła swoje. Byłem mile zaskoczony, że nas się zebrała spora gromada, co oznacza, że forum GŚ żyje. Podziękuję innym za miłą atmosferę i towarzystwo. Za siebie powiem, że żal mi moich wieczornych kryzysów, dziadki chyba potrzebują więcej się przespać. Co do BN. Ładne są, aczkolwiek sporo liści na drzewach nam zasłania widoki. Wierzę, że nam się uda przeprowadzić kiedyś "Akcję Kocioł w BN" i tym koniecznie odwiedzić Lackową z jej popularnej strony. Do następnej bibowicze.