Odpowiedz  Napisz temat 
O paru chwilach z Mont Blanc słów parę
Autor Wiadomość
Pedro
Administrator
*******


Postów: 5,509
Grupa: Administratorzy
Dołączył: Jul 2006
Status: Offline
Post: #1
RE: O paru chwilach z Mont Blanc słów parę

DZIEŃ II

Spania w nocy to ja jednak specjalnie nie miałem. Może jakbym zsumował to 1,5 godziny bym jakoś uzbierał. Po pierwszej w nocy zaczyna się ruch w pokoju. Czołówki, szybkie dopakowanie, kierunek łazienka i jadalnia. Żeby tylko kto nie pomyślał, że w tym schronisku słowo łazienka oznacza łazienkę. Wody nie ma tam w ogóle, nawet do opłukania rąk. Jedynym znanym przybytkiem ze znanych nam tu i ówdzie łazienek jest kibel. I to bardziej taki wychodkowy tyle że w środku budynku. A jadalnia i śniadanie, hm. Myślałem, że śniadanie będzie bardziej pożywne. A tu szczerze mówiąc to porcja jak w Wielki Piątek u bardzo przestrzegającej postu rodzinie katolickiej. Ledwo co można było tym pierwszy głód zaspokoić a nie mówiąc o tym żeby dało się tym najeść. Tragedia. No ale nie ma co mamrotać, trzeba iść na Blanka.

Wychodzimy przed schronisko. Przed nami wyszło już może kilkanaście osób. W pełni nocy fajnie obserwować jak czołówki po prostu gdzieś tam w górze świecą, nie widząc nawet konturów ścian góry. To my za chwilę też będziemy tak wysoko? Wiążemy się liną, jeszcze raki na nogi i w drogę. Oprócz nas została w sumie jeszcze jedna dwójka ale szybko ją wyprzedzamy. Tuż powyżej pola namiotowego widzimy, że wszyscy co przed nami poszli, to według nas wariantem naokoło. Idziemy po swojemu. I słusznie. W około pewnie 20 minut od schroniska jesteśmy przy kuluarze. W tym momencie ludzie po drugiej stronie wspinają się już po jego drugiej stronie. Za nami pozostawionej dwójki nie widać.

    - tuż przed Tete Rousse

Przechodzenie kuluaru po raz pierwszy to ciekawa sprawa. Wiedząc ile tragedii rozegrało się w tym miejscu, chyba każdy się zastanawia jak to zrobić najbezpieczniej. Choć rozwiązanie jest jedno. Szybko, bez ociągania się. Godzina przejścia przez kuluar teraz nam jednak sprzyja. Przynajmniej statystycznie teraz mało co nim leci. Samo przejście nie jest jakimś trudnym przejściem. Nie ma tam jednak miejsca na potknięcie albo poślizgnięcie. Sam kuluar jest dość stromy, jednak przechodzi się go w poprzek po swego rodzaju niewielkiej kamienistej półeczce, a częściowo także po wydeptanym śniegu (z pewnością zależy od pory roku i stanu śniegu). Pro forma czekan w ręku wolę mieć. Wpinamy się też do zawieszonej nad kuluarem poręczówki. Trzeba to jednak zrobić przed wejściem w kuluar a wypiąć da się z niej dopiero po jego drugiej stronie. Wspomniana poręczówka wisi wysoko nad kuluarem w jego środkowej części. Trzeba więc zrobić kilkumetrowy luz na własnej linie, aby gdzieś w połowie kuluaru nie zawisnąć w powietrzu Smile

Po drugiej stronie kuluaru zdejmujemy raki. Aż do grani raczej potrzebne nie będą. Wydaje się, że temperatura jest ewidentnie na plusie. Skała jest sucha. W zasadzie jesteśmy tutaj sami. Ci co wyżej, są dość dużo przed nami. Najczęściej ich nie widzimy. Tych za nami też nie widać. Pięknie za to widać światełka Chamonix i okolic, znajdujących się około 2,5 km poniżej nas. Jest niemal bezwietrznie. Piękne warunki do zdobywania Blanka.

    - gdzieś w skalnej grzędzie, na wschodzie budzi się poranek

Teraz jednak trzeba pilnować się właściwej drogi. Od czasu do czasu jest ona oznaczona czerwonymi paskami ale w nocy nie widać ich zbyt dobrze. Idziemy więc zatem zgodnie z założeniem aby trzymać się w pobliżu grzbietu wznoszącej się grzędy skalnej. Co do ubezpieczeń to tylko krótkie odcinki w dolnej części są ubezpieczone liną stalową. Dopiero wyżej tych ubezpieczeń jest więcej. Trudności nie są natomiast żadne wielkie. Takie typowe 0+ według mnie. Choć warto zaznaczyć, że miejscami w kruchym terenie. No i w nocy też to inaczej wygląda. Po 2 godzinach zbliżamy się do starego schroniska Gouter. Obecnie już nieczynnego. Wydostajemy się po drabince na jego werandę i zakładamy raki. Dalej czeka nas już zmrożony śnieg.

W momencie wyjścia na grań jesteśmy wciąż przed wschodem słońca. Brzask jest jednak już zaawansowany. Pięknie widać nastające po nocy kolory oraz znajdujące się na ich tle kontury dziesiątek szczytów i grani. Do obecnego schroniska Gouter stąd to już parę minut. Idziemy tam coś przekąsić w przedsionku. Czuć, że wkroczyliśmy już w krainę wiecznego śniegu.

    - tuż po wyjściu na grań, na zachodzie jeszcze noc
    - w stronę Aiguille du midi
        - już trochę widniej
    - Schronisko Gouter (nowe)


Gouter jest ciekawie położony. W zasadzie nawet same drzwi wejściowe znajdują się niemal nad przepaścią a wchodzi się do nich po specjalnych stalowych kratach pomostowych.

Jemy co nieco ale na zimno. Nie ma czasu. Przed nami wciąż wiele drogi. Kilometr w pionie a suma przewyższeń jeszcze troszkę większa bo po drodze jest jedno zejście. Znowu ubieramy cały osprzęt. No i w drogę. Wracamy na grań. Po chwili tuż za Aiguille di Midi wychodzi słońce. Rozpoczął się dzień. Ale tu pięknie.

           

Na drodze widać kilka działających zespołów ale tłoku strasznego nie ma.

       

Początkowo idziemy w rakach i z kijami jednak przed Dome du Gouter bierzemy znów na chwilę w ręce czekany. Krótki odcinek bardziej stromy i znowu dość łagodnie. Przechodzimy na drugą stronę grani. Od teraz widzimy już Vallota. Schron awaryjny. Lepiej w nim nie nocować przy dobrej pogodzie. Parę dni temu żandarmeria przyleciała helikopterem i nałożyła po 5000 Euro kary na osobę za taki nielegalny nocleg. Trochę dużo, nie?

       
    - tak blisko a jeszcze taki kawałek
   

Zanim jednak Vallota osiągamy, musimy troszkę zejść w dół na przełęcz. A później znów do góry. Mamy teraz około 4300 metrów npm i wysokość czuć już ewidentnie. Nie, że choroba wysokościowa ale po prostu mocy nie ma tyle co normalnie.

Pod Vallotem czuć też już wiatr. Żadne większe utrudnienie ale odczuwalna temperatura spadła ewidentnie. Pomyśleć, że u podnóża góry mamy lato w pełni. Pomimo, że jesteśmy cały czas w słońcu. Wchodzimy do Vallota. W środku jest parę osób. Są jakieś dziewczyny które ewidentnie dopadła choroba wysokościowa. Siedzą w bezruchu, głowy schowane w rękach, widać że czują się fatalnie. Wnioskujemy, że nie są jednak same. Poza tym tutaj są względnie bezpieczne. W schronie znajduje się słuchawkowy telefon ratunkowy SOS. Potwierdzenie faktu, że takich gór nie powinno się zdobywać z marszu. Aklimatyzacja jest ogromnie wskazana.

Pozostali w schronie też jakoś energią nie tryskają, panuje tu kiepska atmosfera. W sumie wydaje mi się, że my z Tomkiem na tle tej grupy całkiem nieźle się trzymamy a może nawet najlepiej? Nawet mam wrażenie, że chyba nam trochę zazdroszczą samopoczucia. Gotujemy liofila. Chyba jakiś Strogonoff to był. Jemy popijamy, energia we mnie wraca. Czuję się niemal normalnie. Choć to pozory, bo wystarczy wyjść i zrobić kilka kroków w górę i czuć że siły nie te.

Ubieram dodatkowe warstwy na siebie, będzie ich w sumie 4 czy 5 nie pamiętam dokładnie, rękawice zimowe i wychodzimy. Jest godzina 8:20 jak stajemy znów przed Vallotem. Przed nami jeszcze 450 metrów w górę. Tutaj jednak z każdą zdobytą setką idzie się coraz ciężej, coraz wolniej. Co do terenu, chwilami jest stromo i wąsko, są miejsca gdzie wymijanie z osobami z naprzeciwka jest mało komfortowe, jednak spodziewałem się, że będzie trudniej, bardziej przepaściście.

               

Ludzi nie ma jakoś bardzo dużo ale średnio pewnie co kilka lub kilkanaście minut kogoś mijamy. Widoki na tym etapie wędrówki są niesamowite. Myślę, że lepsze niż ze szczytu. Słynne Aiguille du midi jest już od dawna poniżej nas.

           

Samopoczucie w dalszym ciągu uważam, że nie jest takie złe. Sił jednak na to aby iść krok za krokiem dłużej bez przerwy trochę jest za mało. Tomek też odczuwa mocno wysokość. Też jednak na szczęście objawia się to "tylko" sporo mniejszymi siłami. No i częstym przystawaniem. Nie ma mowy natomiast o żadnych bólach, dolegliwościach żołądkowych czy jeszcze czymś poważniejszym. Chwilami trochę się uśmiecham na myśl co wysokość potrafi zrobić z człowiekiem. Przecież ogólnie, na co dzień kondycyjnie z nami chyba nie jest tak źle, a tu idziemy jak stare dziady Smile

Powoli mijają kolejne granice 4500, 4600, 4700... Uff jeszcze tylko setka!!! Droga tutaj przeplata się pomiędzy węższymi i nieco szerszymi grańkami. Niektóre są trochę bardziej strome. Warunki jednak na raki i czekan są dobre. Technicznie też nie jest jakoś trudno. No gdyby tylko nie ta wysokość...

               

Godzina 10.05. Stajemy na szczycie Alp. 4810 metrów dzieli nas od poziomu morza. W głowie kiełkuje gdzieś myśl o satysfakcji i wewnętrznej radości. No ale ona będzie pełna jak zejdziemy na dół, cało i bezpiecznie. Tomek chwali się przez telefon Żonie gdzie jesteśmy, jednak ogólnie chce jak najszybciej na dół. Bardzo mocno chce już zacząć schodzić. Czuje, że pobyt tutaj dłużej może zrodzić jakieś poważniejsze konsekwencje. Pośpiech zresztą jest zapewne słuszny. Sprawia jednak, że ze szczytu mamy dość mało zdjęć, przede wszystkim naszych. To najważniejsze, wspólne i z flagą GŚ jednak jest Smile

   
                   

Schodzimy. Organizmy domagają się więcej tlenu. W dół idzie się oczywiście lepiej, tak naprawdę każda setka w dół to lepsze samopoczucie. Wzmaga się trochę wiatr. Miejscami wznieca już z ziemi tumany niezwiązanego śniegu, powodując lokalne zadymki śnieżne. W drodze powrotnej w Vallocie się nie zatrzymujemy. Chcemy jak najszybciej na dół. Chcemy dojść do Goutera. Wiemy że na 3800 jest już inne samopoczucie. Chcemy tam zrobić sobie dłuższą przerwę. Odpocząć, zjeść, trochę się zregenerować. Później czeka nas przecież jeszcze zejście przez znaną nam z nocy skalną grzędę z Wielkim Kuluarem na końcu. Dopiero za nim można będzie powiedzieć niemal w pełni, że jesteśmy już w bezpiecznym terenie.

           

Śnieg poniżej Dome du Gouter robi się już mocno mokry. Na około 4200 metrów uświadamiam sobie, że samopoczucie wróciło mi praktycznie całkiem do stanu normalnego. No oczywiście poza zmęczeniem, które jest niewątpliwie duże. Kawałek jeszcze musimy jednak wytrzymać.

           

Po 12.30 wchodzimy do schroniska Gouter. Jest więc 10 godzin po wyjściu z dolnego schroniska. Tutaj chwilę spędzimy. Tym bardziej, że są tutaj obecni Rafał i Łukasz spotkani wczoraj w Tete Rousse. Zamawiam coś do picia i jedzenia. Noo nareszcie! Ale jeszcze nie świętujemy wejścia na MB. Pamiętamy, że przed nami zejście do dolnego schroniska a zmęczenie jednak jest. Wciąż trzeba uważać w zejściu. Całe szczęście pogoda wciąż jest bardzo dobra.

Tomek pozwala sobie na chwilę drzemki. Coś koło godziny 15.00 stajemy jednak znów przed Gouterem. Czas w dół. Parę minut po śniegu na grani, po czym wchodzimy w skałę. Orientacyjnie jest teraz dużo prościej niż w nocy. Trzeba jednak mocno uważać gdzie się stąpa aby nie zrzucić kamieni na idących poniżej.

       

Dochodzimy do kuluaru. Teraz godzina jest już daleka od optymalnej. Kamienie częściej fruwają. Znowu wpinamy się w poręczówkę. Słuchamy czy nic z góry nie leci i kolejno przechodzimy jeden po drugim. Wypinamy się, odchodzimy jeszcze dość pospiesznie kawałek dalej. I tak teraz chyba już można odetchnąć i pogratulować sobie wzajemnie.

Dochodzimy do naszego schroniska. Jest godzina 17.00. Coś jemy ale nie to jest najważniejsze. Spaaaać!!!! Od wczorajszego ranka, spałem około 1,5 h. Pokonaliśmy wczoraj 800 metrów w górę, dziś suma podejść osiągnęła według zegarka dodatkowe 2000 metrów. Kolejne 2000 metrów to suma w zejściu. Od 2.30 do 17.00 byliśmy na nogach z przerwą od 12.30 do 15.00 w Gouterze. U góry słońce, wiatr, wysokość. Chciałem doczekać do zachodu słońca w łóżku, jednak zmęczenie wzięło nade mną górę i nawet się nie zorientowałem jak usnąłem Smile

CDN (zaraz)



Górskie Forum Internetowe - Górski Świat (http://www.gorskiswiat.pl)
23-09-2018 01:07 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Odpowiedz  Napisz temat 

Wiadomości w tym temacie
RE: O paru chwilach z Mont Blanc słów parę - Pedro - 23-09-2018 01:07 PM



Pokaż wersję do druku
Wyślij ten temat znajomemu
Subskrybuj ten temat | Dodaj ten temat do ulubionych

Skocz do: