Dzień trzeci, poniedziałek 14.8. - Znów nas było stać tylko na sentiero
Nocleg w innym schronisku zmusił nas do pierwszego zweryfikowania naszych planów. Nie możemy kontynuować poznawanie Bocchettki, ale wybieramy rezerwowy wariant - sentiero SOSAT. Nie będzie to żadna małpia droga. Jednak też to nie będzie przechadzka w różanym ogrodzie.
Rano przed schroniskiem Casinei, wraz z nami, mają bibę chłopcy z psami gończymi. Później się okaże na drodze do Tuckettki, że rozgrywają jakieś zawody. Pieski goniły po krzakach tu i tam, czasami plątały się na chodniku pod nogami. Musiały czegoś szukać. Było czasem słychać zadzwonienie dzwonka. To chyba oznaczało spełnienie zadania.
Dla nas ponowne podejście do Tuckettki. "Płetwa" jest dla nas drogowskazem. Dzisiaj idzie się o wiele lepiej. W schronisku zostawiamy sporo meneli, które nie będą potrzebne. Nie trzeba też tyle forsować. Dlatego robimy postój na Tuckettce.
Dla tych co jeszcze nie są zrozumiani, z jakimi warunkami cenowymi trzeba w górach Italii walczyć, daję do zrozumienia, że ten napój w kuflu kosztuje 5 Eur. Uśmiecham się do kamery tylko z powodów reklamowych. U mnie na Kopcu w Błędowicach miałbym za taką cenę 5 takich kawałków. No jasne, ktoś by powiedział, że tam napój turystyczny też kosztuje 1 Euro. Te 4 Euro są opłatą za widoki. Czas wyruszyć. Czekają na nas.
Więcej jak połowa trasy jest normalnym górskim chodnikiem i nic nie świadczy o tym, że SOSAT nie jest znów taka sielanka. Od schroniska obłąkiem przechodzimy na przeciwległy stok. To kamienielisko, to pozostałość po lodowcu Brenta.
Yoter na drabince i przejście między blokami skalnymi, jeszcze nie prezentuje jakieś ferraty. Te nas czekają później.
Po czasie chodnik powoli zanikający między skałami zaczyna coś wieszczyć. Sentiero SOSAT umie pokazać pazurki. Nie jestc tego sporo, ale jednak coś. Ten bajkowy chodnik dochodzi do skalnego urwiska. Droga jakby kończyła na skraju ciemnej przepaści.
Ktoś by zapytał. faktycznie tam muszę zejść. Tak. Powrotna droga nie wchodzi w rachubę. Czeka nas cały zestaw w postaci drabinek i półek.
W takich miejscach poznać prawdziwego ferraciarza. Lidka, jakby nic, obstrykuje okoliczne skały i górki. Na lewo wdole widać kontynuację chodnika, który się nam na tej skale urywa. Za węgłem nas czeka jeszcze spora atrakcja. Przed nami wypina się prostopadła zachodnia ściana Pte. ai Campiglio.
W skalnej szczelinie jest wkliniony ogromny głaz. Trzeba po nim przejść (niezabepieczone). Nie jest to takie trudne, ale niektórym mogą zwiększyć ilość adrenaliny w krwi. Po drugiej stronie jest umieszczona drabinka (x). Jednak wychodzi się na trochę więcej w prawo umieszczonych klamrach (czerwona strzałka).
Lidka sobie jakby nic pozuje na wcześniej wspominanym głazie. Yoter dla odmiany szykuje się do zweryfikowania pionowej ściany, na szczęście osadzonej klamrami.
Chodnik odnaleziony, jest poręczówka i ponownie wchodzimy do poziomu. Po niecałej godzinie ferratowania, znów jesteśmy na via normale. Skalna półka jest umieszczona w ścianie i z dołu nie jest zbyt widoczna. Zawsze gdzieś od zielonego miejsca wygląda to przepaściście a u góry szeroka ulica.
Trzeba nam wybierać z dwu schronisk jedno. W dole Brentei lub u góry Alimonta. Brentei wygrywa. Jest po drodze. Na Alimonta też przyjdzie czas.
Trochę gimnastyki i faktycznie już kończymy na dzisiaj z drabinkami. SOSAT jest taką słabą herbatką w stosunku do Bocchettki. Jest 13:30 i po 4 godzinach od Tuckett jesteśmy przy kolejnym schronisku. Jest to Brentei (2182 m).
Chyba najlepiej usytuowane w całej Brencie. Wszędzie od niego jest obstojnie daleko. Można przejść nami akurat absolwowaną SOSAT, można dobrze startować na Bocchettę Centrali, z większym zaparciem też Bocchettę Alto, można przedrałować szczeliny Brenta lub Camosci i startować w kolejną część Bocchettki - Sentiero Brentari, Castiglioni, Martinazzi i Ideale. W końcu jest też możliwość łatwego wycofu do doliny w razie załamania pogody.
W pobliżu Brentei jest kapliczka, od której znów przepiękny widok na główny grzbiet. Widzimy szczelinę (Bocca) di Brenta (2552 m) i na lewo Cima di Brenta Bassa (2809 m). Pod szczeliną zaczyna/kończy się Bocchette Centrale. Tam pójdziemy za dwa dni. Teraz nam muszą wystarczyć tylko widoki.
Żegnamy się z Brentei i jej kapliczką. Jutro tutaj będziemy nassawać wieczorną atmosferę. Nam trzeba pomykać znów niżej. Czas schodzenia umilamy sobie widokami z dreszczykiem. Nawet tutaj są półeczki wgryzione do pionu. O 16:30 jesteśmy na miejscu. 8,5 godzinna wycieczka nie wskazuje na to, że zmarnowaliśmy dzisiejszy czas. Wieczorem bilansowaliśmy dotychczasowe zabawy przy dzbanku boskiego napoju. Beskiniska by miała z nas radość. Miło się wspomina.
Tym razem moja osoba pozdrawia z chodnika dzisiejszej zabawy. Dobranoc.
Następny dzień. Też może być nudnawo.
Oliwko, "płetwa" ponoć via normale.