Pierwotnie miało być Gran Paradiso, jednak jak to u tego typu wyprawach bywa, ekipa z pierwotnych 9 sztuk człowieka myślącego zeszczupliła się na 4 sztuki, w tym i ja. Z taką obsadą nie było zbyt ekonomiczne jechać w Alpy Graickie i dlatego trzeba było obrać rezerwowy wariant. Wysokie Taury i odwiedziny ich drugiego najważniejszego szczytu był dobrym wariantem.
Großvenediger 3674 m (GV) - czwarty co do wysokości szczyt Austrii. Jest położony w zachodniej części długiego, więcej jak 100 km, grzbietu Wysokich Taur. Na szczyt wiodą aż cztery trasy. My wybraliśmy wariant południowy od chaty Defreggerhaus. Dla nas wybór wariantu był łatwy - wg przewodnika szczyt jest z chaty osiągalny w najkrótszym czasie - 3 godziny.
Pozytywa:
+ przy dobrych warunkach pogodowych wyjście technicznie nie jest trudne, nawet bym powiedział łatwe,
+ jak już wspominałem, od chaty Defreggerhaus stosunkowo szybko osiąga się szczyt, ponieważ jest ona jako punkt wypadowy najwyżej położona,
+ dojście do chaty ładne widokowo i (zwłaszcza dla mnie) po drodze jest jeszcze jedna chata do odpoczynku - Johannishütte.
Negatywa:
- i kdyż nie zbyt trudna trasa, trzeba być za pan brat z takimi rekwizytami jak raki, czekan, lina i umiejętność poruszania się w zesznurowanej ekipie po lodowcu,
- w razie niesprzyjającej pogody, trudności narastają do kwadratu; szczeliny - za każdej pogody, mgła - trudności orientacyjne na rozległym lodowcu, śnieg i wiatr - możliwość tworzenia się nawisu w szczytowych partiach,
- popularny szczyt i trzeba się liczyć z zaludnieniem i, jak wszędzie, ekipa bez profesjonalnego przewodnika jest odbierana jako coś podrzędnego i przeszkadzającego tym z przewodnikiem.
Dzień pierwszy - 17.8.2012
Na punkcie zlotowym melduję się trochę nietradycyjnie. Zjeżdżam z Dolomitów do mieściny pod nazwą Lienz. Tam mnie przechwytuje reszta ekipy i w ilości 4 męża pędzimy autkiem w stronę doczesnego puntktu startowego. Kierunek Matrei i dolina Virgental. Nam trzeba dojechać do samego końca doliny do osady Hinterbichl a dokładnie to parking w prawo za osadą około 2 km. Dla skąpców podaję, że parking jest płatny (24 godzin - 2 Euro, tydzień - 10 Euro). Jest jasne co wybraliśmy. Za 24 godzin GV tam i z powrotem tylko dla górskich biegaczy a tym ja nie jestem. Parking jest usytuowany na 1490 m i trzeba by było wyjść niespełna 2200 m w czasie 14 godzin czystego czasu. My bez szaleństw odstawiamy autko, pakujemy niezbędności i wyruszamy o 13:00 w poszukiwaniu dalszych przygód.
Dzisiejszym celem jest tylko wygramolenie się do chaty Defreggerhaus na wysokość 2962 m, co wg drogowskazów ma nam zająć 5 godzin netto. Z takimi nastawionymi parametrami raźno wyruszamy w górę. Pierwszym optymistycznym celem jest chata Johannishütte (2121 m). Szlak wiedzie malowniczą doliną Dorfer i ścieżka często przeplata się z bitą drogą.
Jak później stwierdzamy (jak zawsze późno), po tej drodze sobie normalnie kursuje górska taksówka i wywozi tyłki i bagaże lepiej sytuowanych turystów aż pod chatę Johannishütte. Nam trzeba jednak drałować po swoich. Najpierw przechodzimy przez kamieniołom z ciekawym basenem.
Woda może służy do szlifowania kamieni? Dalej w dolinie zaczyna się pojawić nowy punkt orientacyjny. Jest to krzyż osadzony na skalnym przedziale - Gumbachkreuz (1991 m).
Od tego miejsca jest już wyczuwalny wysokogórski charakter. Po dojściu do tego miejsca (trzeba się już trochę natrudzić) faktycznie otwiera się nam widok na dalszą część doliny. Tutaj też po raz pierwszy zobaczyliśmy nas główny cel.
Najpierw nie chciałem uwierzyć, że tak szybko dał nam o sobie znać. Jednak skorygowanie z mapą daje mi pewność, że to GV. Krótki odpoczynek do zarejestrowania widoków. Czeka nas jeszcze 30-40 minut do schroniska Johannishütte. Ten odcinek jest dla nas chociaż łaskawy, taki sobie Tomturowy szlak. Tylko czekamy, kiedy nam się objawi budynek schroniska. Już nie mogę się doczekać wypić coś pozytywnego. No i jest też powód na zrzucenie wóra z pleców.
- na zdjęciu z chatą Johannishütte widzimy w tle GV, Hohes Aderl (3504 m) i Rainerhorn (3560 m); widzimy też spory kawałek lodowca Mulmitz, po którym będziemy dreptać następnego dnia na wierzchołek.
W nagrodę, że aż tutaj doszedłem funduję sobie jedno turystyczne w cenie 3,6 Euro. Z powodu tej ceny jest może więcej gorzkie, ale nie chce mi się występować w roli Mieciura i w plecaku mieć mały składzik browarowy. Podczas odpoczynku przy schronisku otrzymujemy pokaz następnej lekcji na temat: "Po górach lekko, łatwo i przyjemnie". Najpierw jest organizowana grupa (mam tutaj na myśli z przewodnikiem) na to miejsce wywożona taksówką. Potem przewodnik każdemu odlicza potrzebne bebechy na turystykę lodowcową, wrzuca wszystko do wora i wywozi kolejką towarową do chaty Defreggerhaus. Przypominam, że nas czekało jeszcze 3 godziny gramolenia się pod górkę o przewyższeniu 800 m. Taki odobciążony turysta, z plecaczkiem 30 l, lekko pnie się potem pod górkę. My z dolnej półki urodzeni zamykamy opadłą szczękę i należycie wyposażeni, z jęzorem pod brodą próbujemy dotrzymać im kroku. Przekraczamy rwący górski potok, który odprowadza wody tającego lodowca.
Poznaję, że od teraz zabawa na dobre się skończyła. Trzeba grawitację pokonać o własnych siłach. Co mi się na alpejskich stokach i łąkach podoba? Jak łaknący wędrownik napije się z górskiego strumyka albo źródełka i później odkryje, że wyżej za skałą z tego samego źródła tak samo korzysta wszelakie pasące się bydło rogate i bezrogie, pozostawiając w pobliżu pamiętną pieczęć. No, jakoś przeżyłem bez odwiedzin szpitala oddziału chorób zakaźnych. .
Po jakimś czasie sapania pod górkę zaczynam z niecierpliwością wyglądać chatę. Ścieżka w tym miejscu winie się po różnych grzbiecikach w stylu: "Za tym grzbietem powinna wyłonić się już chata". Większość górskiego luda wie o czym mówię. Za grzbietem, gdzie ma być chata, pojawia się następny grzbiet i potem jeszcze następny.
Ja ich naliczyłem chyba z pięciu albo sześciu. A to nie liczyłem te poprzednie. Raz to jednak był ten ostatni i potem się nam nareszcie pokazała chata Defreggerhaus.
Wtedy sobie znowu pomyślałem: "Kurcze, ale to jeszcze daleko". Na szczęście jest naukowo zbadane, że widniejący cel przyspaja skrzydła i siły pielgrzymowi. Na zwiększenie szybkości nie miałem jednak płuc, ale z większym entuzjazmem walczyłem sam ze sobą.
I tak po 5 godzinach (2+3) o 18:15 drałowania pod górkę 1400 m dotarłem do dzisiejszego celu - chatę Defreggerhaus, 100 miejsc noclegowych, 18 (10,5 zrzeszeni) Euro za lager, 21 (13 zrzeszeni) Euro za łóżeczko w pokoiku, raty na legitymację PTTK nie dają, 1,5 wody w PET 3,6 Euro, piwo 3,9 Euro, zupa gulaszowa 5 Euro itd. Po zakwaterowaniu
, gdzie w lager śpi się w kojach po czwórkach, nasysam atmosferę w schronisku i przed nim. Zachodzące słońce służy mi do robienia zdjęć. Jedno takie z lodowcem Mulmitz, po którym mamy jutro dreptać.
Wieczorem znowu selekcja, my z dolnej półki gotujemy jedzonko na świeżym powietrzu, Ci drudzy korzystają z oferty górskiej kuchni. Muszę jednak przyznać, że robią świetną herbatę. Sam wypiłem dwie i te mnie postawiły na nogi. Jednak i ja odczuwam wysokość. Nie mam z kim porozmawiać, ponieważ młodzi byli mniej aklimatyzowani i odpadli albo mieli inne sprawy na głowie i dlatego zbytnio nie siedzę w jadalni, robię jeszcze jedno zdjęcie i dobranoc.
Cdn.