Sobota, trzeci i ostatni pełny dzień naszego pobytu w Karkonoszach. Po piątkowej porażce wybijam sobie z głowy narty i ku uciesze Gosia3ka tym razem zmierzymy się z górami 'na bosaka'. Pogoda bez zmian, rano widać tylko połowę grzbietu, ale jest jeden plus - z nieba nic nie kapie ani nie sypie. Dodatkowo, nasze jednoosobowe centrum meteorologiczne w osobie Pedra wysyła smsem prognozy, wedle których po południu ma się wypogodzić.
Bez szczególnej wiary w takie cuda ruszamy w trasę, tym razem już dobrą kolejką na Łysą Horę. Im wyżej, tym robi się mleczniej. Nie za bardzo widzimy następne krzesełko przed nami, przeto obawiamy się czy zdążymy zauważyć miejsce wysiadki. Na szczęście udało się wyskoczyć z krzesła i po chwili możemy rozkoszować się zdobyciem najwyższego od dwóch dni punktu.
Pierwsze czynności to... ubranie kominiarek i dokładne zapięcie wszelkich zamków. Na górze piździ jak na kieleckim dworcu. Rzut okiem na mapę i ruszmy ku Łabskiej Boudzie - to na razie pierwszy cel na dziś. Trochę złorzeczę po drodze, że nie mam nart, jednak stąpając po lodowej skorupie zdaję sobie sprawę, że warunków na deseczki nadal nie ma.
Idziemy całkiem żwawo, obserwując dokładnie karkonoskie tyczki i pojedyncze świerki - jedyne rzeczy jakie w tej chwili widać. Momentami, to w zasadzie nic nie widać. Ot, tyczka, biało, tyczka, biało, tyczka....
I tak jakieś 40 minut. W końcu zamiast tyczki przed nami wyrósł jakiś większy ciemny kształt, który po organoleptycznym zbadaniu okazał się być schroniskiem Łabska Bouda. Próbujemy wejść, ale całujemy klamkę, chyba jesteśmy za wcześnie. Planujemy co dalej... Mamy do wyboru Śnieżne Kotły lub Szrenicę. Pada na Szrenicę, bo tam jest papu i można poczekać na to obiecane przejaśnienie. Na początek trasy tracimy pół godziny na szukanie szlaku do źródeł Łaby i granicy - okazuje się, że ten akurat nie został wyposażony w tyczki, a bez nich nie ma mowy o jakiejkolwiek nawigacji w tych warunkach. Jedyna próba pójścia według mapy kończy się po 200 metrach powrotem po śladach dziurek od kijków. Musimy zrobić kółko i wrócić kawałek w stronę wcześniejszych rozstajów. W końcu pośród wszechogarniającej wokół bieli trafiamy na szlakowskaz ku granicy. Źródeł Łaby nawet nie zauważamy, kilkanaście minut później wpadamy na słupki graniczne.
Odbijamy w lewo i kierujemy się ku Szrenicy. Mijamy Trzy Świnki i wkrótce widzimy zarys schroniska.
Można nakarmić żołądki i zadzwonić do Pedra z reklamacją na prognozę pogody, jest już po południu, a za oknem widać wielkie białe NIC. Mimo to decydujemy się jeszcze zahaczyć o Łabski Szczyt i Śnieżne Kotły, licząc po drodze na jakiekolwiek okienko pogodowe. Nic z tego. Jak wyglądają mijane przez nas tereny musimy sobie tylko wyobrażać. Za to tyczki mamy już opanowane do perfekcji.
Z Kotłów schodzimy żółtym szlakiem do Łabskiej Boudy. W pewnym momencie widoczność poprawiła się na około 6-7 tyczek - żartujemy sobie, że to pewnie nasze okno. Jednak przed samą Łabą, nad budynkiem schroniska widzimy po raz pierwszy od 3 dni najprawdziwsze niebieskie niebo, a także promienie Słońca. Rzucamy wszystko na bok i pędzimy focić co popadnie, głównie odsłaniający się właśnie Łabski Dół.
Przy okazji obserwuję pod schroniskiem całą grupę Czechów na biegówkach z zapałem zjeżdżających po lodowym stoku. Jak oni to robią, po co i dlaczego - pozostaje dla mnie do dziś tajemnicą wyjazdu. W boudzie wlewamy w siebie jakąś polievkę i ciśniemy dalej, bo do domu daleko, a godzina późnawa. Po chwili minęła 16.00 i już wiemy, że ostatnie krzesełko w dół właśnie odjechało. Ale szczerze mówiąc, mamy to gdzieś, bo właśnie niebo zaczęło się dla nas otwierać i w końcu mogliśmy zobaczyć kawałek okolicy. Wracamy poranną trasą dziwując się ileż to ciekawych rzeczy mijaliśmy o kilka metrów nie zdając sobie z tego sprawy.
Do chaty Dvoracky schodzimy już w pełnym słońcu. Oto i jest zapowiadana zmiana pogody.
W sam raz na ostatnią godzinę z trzech dni pobytu. Schodzimy w dół drugą stroną tego samego stoku narciarskiego, który dzień wcześniej skutecznie zatrzymał nasz szturm na Dvoracky. Na koniec jeszcze Łysa Hora pokazała nam się w całej okazałości. Do dziś nie wiem, czy w nagrodę, czy jako pstryczek w nos.
W niedzielę wszystko wróciło do normy - pełne zachmurzenie na niebie, Karkonosze żegnają nas tak, jak nas powitały. Jedno jest pewne - wrócimy za rok! 
Więcej fot tu:
https://picasaweb.google.com/Maciej11980/Karkonosze#