Zakończyć sezon narciarski w Karkonoszach to było moje marzenie.
Dlatego gdy na plakatach informacyjnych PTT w Nowym Sączu pojawiła się informacja o wycieczce w czeskie Karkonosze nie trzeba było długo mnie namawiać. Szybka decyzja, kilkanaście dni oczekiwania i 16 marca o 23.45 stanęliśmy z Gosią w progu autokaru do Rokitnic nad Jizerą.
Pod nami, w bagażniku, oprócz plecaków musowo znalazły się biegówki. Jechały sobie w towarzystwie nart zjazdowych, a także kilku par biegowych, których właściciele również znajdowali się w tym autokarze. Po wielu, wielu godzinach jazdy, rankiem 17 marca wypełzliśmy na rynku w Rokytnicach, wymięci jak psu z gardła, acz pełni werwy by zdobywać góry wszelakie. Najpierw zdobyliśmy jednak pokój, potem jakąś kawę, śniadanie, a następnie przegrupowaliśmy siły i sprzęty, by ruszyć na szlak.
Zapomniałem wspomnieć o pogodzie? Jak to napisał nam w sms-sie Sylwester: każdy ma taką pogodę, na jaką zasłużył. Cóż, chyba byliśmy niegrzeczni, bo od rana niebo pokryły niskie, deszczowe chmury, z których raz po raz przeciekała H2O. Takie warunki miały utrzymać się praktycznie do końca wyjazdu, czyli do niedzieli. Pozostawiwszy więc kremy z filtrem w pokoju, kierujemy się ku górom.
Słowo o okolicy: Rokitnice są ośrodkiem narciarskim u podnóża kopczyka o nazwie Łysa Hora grzeszącej wysokością: 1344 m. Na szczyt owej hory prowadzi kolej krzesełkowa, a boczne pasma pokrywa liczna sieć wszelakich wyciągów. Oraz, co dla mnie było rzeczą najważniejszą - teren przecinały szlaki i trasy narciarstwa biegowego, w tym główna karkonoska cesta aż po główną grań Karkonoszy i dalej.
Tu mapki:
Żyć nie umierać, tymczasem pogoda taka, że rzyci ruszać z pokoju się nie chce... No ale dobra, idziemy.
Jako że odczuwamy trudy podróży, niewyspanie, a pora dnia nie wczesna, na pierwszy dzień planujemy wypad do sąsiedniego Harahova przez Cerną Horę. W tym celu wychodzimy na ramię Łysej Hory by na jej grzbiecie skierować się na zachód. Drogę umila nam kapiący rytmicznie deszczyk, błotko pod butem, wyżej zmieniające się śniegową breję, a w końcu w lód. W tych pięknych okolicznościach pogody osiągamy grzbiet w okolicy chaty Studenov.
Przybytek okazuje się być już zamknięty. Do Harahova przez Cerną Horę stąd jakieś 3 / 4 kilometry. Jako że pod nogami występował śnieg, mokry, ale jednak śnieg, ja postanawiam założyć wyniesione na plecach narty.
Gosia pozostaje w ten dzień istotą całkowicie dwunożną. Do szczytu Cernej prowadzi szeroka droga, częściowo wyposażona w ślad narciarski. Te dwa kilometry przejechane w śladzie wspominam do dziś z rozrzewnieniem. Czyta przyjemność i nawet na chwilę zapomniałem o padającym deszczu.
Na szczyt Cernej Hory podchodzimy bokiem trasy zjazdowej. Małe co-nieco, grzane wino i obieramy kierunek Harahov. Schodzimy/zjeżdżamy trasą zjazdową w dół,
potem odbijamy pod mamuta - skocznię narciarską gdzie Adaś Wąsaty onegdaj był skakał. Co ciekawe, skocznia jest całkowicie otwarta, bez żadnych zabezpieczeń, ale gruchot z niej straszny. Udaje mi się dojść do belki startowej, aczkolwiek w porach miałem co swoje.
szczególnie przy lądowaniu telemarkiem (no, ale te 212 m uznaję za rekord życiowy
)
Potem już prosto w dół do Harachova. Tam zaczęło lać na dobre, a szkoda, bo trasy biegowe w okolicy takie fajne...Autobusem, miejscowym ogórkiem, wracamy do Rokitnic. Suszenie odzienia i zwiedzanie miasteczka wypełniły nam czas do wieczora.
C.D.N.