Mallaidh
    
Postów: 3,717
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Aug 2008
Status:
Offline
|
Chorwacki rekonesans - Plitwice, Pag, Velebit.
To był chyba pierwszy raz, kiedy pojawiłem się pod gośkowym domem na czas. A nawet kilka minut przed. Cóż, normalnie drze się na mnie jedna, tym razem mogły być dwie, tzn. Gosia i jej rodzona siostra. Chcąc uniknąć porannych wrażeń meldujemy się bratem przed czasem. Jest przed szóstą rano.
Zapakowane auto z napędem na dwa koła i dwie pary rodzeństwa opuszcza Nowy Sącz. Przed nami ponad 1200 kilometrów podróży do celu - wyspy Pag. Mkniemy ku Piwnicznej i przejścia w Mniszku nad Popradem, mijamy dobrze znane przygraniczne tereny wokół Starej Lubowli. Okolica obfituje tu w widoki: a to zamek, a to jakaś skałka, to znów pasmo Cergova po lewej i góry Lewockie po prawicy. Znajomą drogą osiągamy Presov, potem Kosice i po chwili...robi się cholernie płasko. Wjeżdżamy na Nizinę Węgierską.
Pora na przerwę i śniadanko. Za sterami pojazdu siedzę ja. Będę musiał kierować całą drogę, bo choć dwie osoby w pojeździe legitymują się prawem jazdy, to ich staż nie jest na tyle zadowalający, by puścić je za kółko. Już za kilka godzin będę to przeklinał, ale tymczasem piję kawę gdzieś w okolicy Miscolca. Tutaj wpadamy na autostradę i nie zjedziemy z niej prawie przez cały dzień. But w podłogę i do przodu. O ile lubię węgierską kuchnię, gulasz i wino, tak nie cierpię podróżować przez Węgry. Nie ma na czym oka zawiesić, droga płaska i tylko wyprzedzanie jakichś tirów lub przyczep kempingowych daje chwilę rozrywki. Zasnąć można, ale przecież od czego się ma 3 osoby w aucie? Trzech pilotów, tudzież kompanów do rozmowy. Teoretycznie, bo generalnie cała trójka głównie tnie komara pochrapując w rytm silnika. Ot, zmęczyli się. Puszczam więc melodię Nightwisha (na pobudkę - ja nie śpię, więc nie śpi nikt!) i skupiam się na wskazówce prędkościomierza, która poczyna sobie dzielnie w okolicy 140-150. W tym tempie można jeździć! Kilometry uciekają szybko, jeszcze szybciej benzyna w baku. W końcu docieramy do stolicy Węgier.
Budapest wita nas korkami i remontami na obwodnicy, aż w końcu gubimy się na którymś rozjeździe (czy leci z nami pilot?!). Przymusowo składamy więc ratunkową wizytę w centrum handlowym, gdzie robię komórką zdjęcie mapy Budapesztu (moja została w domku) i douczeni geografii okolicy ruszamy z powrotem na dobry kurs. Płasko, płasko i dalej po płaskim mijamy Balaton, który kojarzę tylko z wielkiej ilości komarów, potem jeszcze trochę i wita nas granica węgiersko - chorwacka.
Za nią, jak ręką odjął, znikły te paskudne niziny, a naszym oczom ukazało się nieco kopczyków. To okolica Varażdina, przez którą autostrada tunelami i wiaduktami wije się do Zagrzebia. Od razu lepiej się jedzie. Są tylko dwa problemy - leje jak z cebra i cholernie boli mnie stopa - to od wciskania pedału gazu przez kilka godzin. Cóż, nie przyzwyczajona do tego na polskich drogach, u nas co chwilę trzeba redukować, a tu już trzecią godzinę muszę deptać tego pedała. Cholerne autostrady! Nawet myślę, czy nie wbić tam jakiegoś kija i niech auto samo jedzie. No ale dobra, jest Zagrzeb, obwodnica, potem Karlovac i koniec autostrad na dziś.
Zjeżdżamy na lokalną drogę do Plitwic. To nasz jutrzejszy cel wycieczkowy oraz miejsce na dzisiejszy nocleg. Jeszcze jakieś 50km po górskiej drodze w kierunku Slunj i powoli rozglądamy się za noclegiem. Jest koło 19, szarówka, deszcz nadal leje, a mi już na prawdę chce się spać i oczy pieką jak solą natarte. W końcu zatrzymuję się przed jakimś domem z napisem "Sobe, Zimmer, Pokoje". W nagrodę zostaję jeszcze oddelegowany do negocjacji cen pokojów z ludnością autochtoniczną. Ludność ta, w liczbie babci sztuk jedna i dziadka, również jeden, pokazują mi jakieś pokoje, których cena i wystrój nie ma w sumie większego znaczenia, bo i tak padam na ryj i wiem, że teraz nie ujadę ani metra - prawie 900km za kółkiem robi swoje. Dobijam więc z babą targu (12 euro za osobę) i lokujemy się na miejscach. Gościnna kobieta częstuje nas jeszcze swoją śliwowicą (dobre, to było) chwilę gadamy (każdy po swojemu, ufając, że druga strona domyśla się treści przekazu) i ja odpływam chyba jako pierwszy.
W nocy śnią mi się słoneczniki na węgierskich nizinach...
Kilka widoków zza okna:
Węgry
Chorwacja
C.D.N.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 15-01-2011 01:19 AM przez Mallaidh.
|
|