Inshallah (jeśli Bóg pozwoli), spotkamy się jeszcze - powiedział Abdel, który gościł mnie u siebie przez tydzień i trzy dni. Musiałem wracać do Marrakeszu, a byłem po drugiej stronie Atlasu. Kiedy wreszcie dotarłem do jakiejś solidnej drogi, wbrew wszystkim panującym zasadom i przestrogom, wystawiłem do góry kciuk. W Polsce często i godzinami trzeba mi było czekać, aż ktoś się zatrzyma. W Afryce starczyła minuta. Rahid, profesor matematyki, wracał z urlopu. Jechał wprost do Marrakeszu. Tak - miałam szczęście. Choć musiałem położyć się na rowerze, a jego pedał wbijał mi się w żebra, miałem bardzo duże szczęście. Niemniej, przed nami sześć godzin jazdy. Przed nami Atlas Wysoki. Im głębiej w górach, tym coraz bardziej kręta i dzika robiła się droga. A Rahid, mówiąc krótko, zapierdalał. Na szczęście dosłownie wszystko, co mogłem dojrzeć za oknem było dla mnie tak ciekawe, że rzadko myślałem o niewygodach. Nawet ten wredny rower przestał mi przeszkadzać. Z każdym kilometrem krajobraz stawał się inny. Początkowo był żółty, jak to na pustyni bywa. Później zaczął robić się coraz to ciemniejszy, czasami wręcz czerwony. Wreszcie barwa jakby ustąpiła i wszystko stało się szare. W końcu zaczął pojawiać się i śnieg. Oczywiście mówię tu o drodze, bo białe szczyty Atlasu widziałem już z daleka. Niemniej zaskoczyło mnie jak niewiele tam tego śniegu. Był styczeń, spodziewałem się więc jakichś konkretów. Nic z tego. Ot trochę biało tu, trochę tam. Nawet słynna przełęcz Tizi-n-Tichka (2260 wysokości) była czysta. Rahid śpieszył się do domu, więc nie było czasu na postoje. Szkoda, bo Atlas to wspaniałe góry. Naprawdę potężne. Podobno bardzo dzikie, z rzadka zdobywane poza utartymi ścieżkami. Niewiele tam schronisk ani baz wypadowych. Jeden Francuz przestrzegał mnie nawet, abym za żadne skarby nie myślał o wypadzie bez solidnej, potwierdzonej rezerwacji. O komunikację ciężko, a zostać na lodzie w takich górach to bardzo przykra sprawa. Podróż samochodem natomiast bywa bardzo wesoła. Zwłaszcza kiedy jest ciasno. Przez okno widziałem kilka metalowych trupów leżących głęboko, głęboko w dolinach, podczas gdy Rahid nie dawał odpocząć swemu gruchotowi. Inni zresztą też specjalnie się nie patyczkowali. Co chwilę ktoś kogoś wyprzedzał na zakręcie, jechał pod prąd itd. A jeśli ktoś zatrąbił, to tylko po to, aby dać znać, że będzie wyprzedzał. Odbiorcą wiadomości nie był jednak kierowca z przodu, tylko ten jadący z naprzeciwka. Rahid trąbił wielokrotnie. W tym raz na autobus... Cudem minęliśmy wnętrzności Atlasu i powoli krajobraz na nowo zaczął się uspokajać. Znów zaczęło robić się czerwono, potem zielono. Głównie za sprawą licznych kaktusów, których kwiaty można zjeść w Marrakeszu, do którego także w końcu dotarliśmy. Rahid był bardzo szczęśliwy - pobił swój rekord. Bardzo mu podziękowałem za podróż. Chciałem zapłacić, choćby za paliwo, ale nie wziął ode mnie nic. Ze szczerym uśmiechem uścisnął mi dłonie, życzył udanego powrotu do kraju i kazał uściskać moją rodzinę.