21-12-2014, 09:08 PM
A tak jakoś, myśląc już o nartach w niedalekiej przyszłości przypomniałam sobie jedną moją wycieczkę na Skrzyczne sprzed dwóch lat. Co prawda miała miejsce pod koniec lutego, ale utkwiła mi w pamięci.
Przenieśmy się więc o dwa lata wstecz...
Koniec lutego. W górach śnieżnie, a z racji, że zima jest, a raczej była dość śnieżna i pochmurna, tęsknota za wiosną była większa, niż zazwyczaj. Przyszło ocieplenie. Wiosna wyczuwalna w powietrzu jakoś dodała chęci do wszystkiego. Na tyle, że wpadłam na pomysł, który chyba tylko ja mogłam wymyślić... Borykając się z odwiecznym problemem : trekking, czy narty, postanowiłam znaleźć złoty środek i...
Postanowiłam wziąć narty na plecy.
Na okrągłe, bowiem moje 10 wejście na Skrzyczne wypadało jednak coś niebanalnego wymyślić.
Mój pomysł był jednak czysto teoretyczny. Wzięłam wszystkie niezbędne klamoty. Mama wysadziła mnie w Szczyrku z tobołami, zrobiła sierotce zdjęcie i z uśmiechem odjechała
A tymczasem ja po paru minutach byłam gotowa do drogi. Na szczęście wszystko udało się jakoś zamontować... Let's go!

Na początku najbardziej wkurzające podejście z całego mojego ukochanego szlaku. Droga z czegoś a la płyty betonowe. Na początku chciałam namowić mamę, żeby mnie tą drogą jeszcze przewiozła. Dzięki Bogu, że tego nie zrobiłam - przeceniłabym z pewnością moc Seiczaka

Cel nie taki odległy - ale trochę się zejdzie, zanim się tam wtoczę

Jedynym minusem, który wynikł po zejściu z drogi był mokry, zapadający się śnieg. No tak. Pierwsze dni sporego ocieplenia, a że śniegu nasypało ostatnimi czasy sporo, toteż topić się miało co. Ale to wszystko w imię wiosny i mojej ukochanej górki
Wraz z zdobywanymi metrami zaczyna jednak jednak trochę ciążyć mi plecak. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mój sprzęt narciarski jest taki ciężki.
Na szlaku oczywiście pustki. Dreptałam tylko po śladach raciczek. Akurat w moim wypatrzonym miejscu na chwilowe zrzucenie plecaka zaczynam wyraźnie wyczuwać jakiś obcy zapach... Żeby nie złościć zwierzątek, postanawiam swój postój zrobić gdzie indziej.

Pada na Becyrek. Taka tam przełęcz. Czuję tylko, że zaczyna trochę wiać (jak to na przełęczach wszelkiego rodzaju). I poza tym widzę, że po południowej stronie jest znacznie ciekawiej. Nie daje mi to posiedzieć dłużej niż pół minuty - idę w górę.

Mały odpoczynek od wszędobylskiej zimy
Kolejnym celem fotograficznym jest oczywiście moje ulubione miejsce widokowe - za to m.in. lubię zielony szlak na Skrzyczne
I tym razem nie jestem zawiedziona. Zrzucam kilogramy i pstrykam na lewo i prawo. Słyszę już odgłosy narciarzy z góry - kilkadziesiąt metrów wyżej przebiega bowiem trasa narciarska. A Ci narciarze jeżdżą tamtędy nie wiedząc nawet o istnieniu tak cudownego miejsca nieopodal...


Widoczek-klasyka.


Diablica na zbliżeniu.

Tatr dzisiaj nie ma, co nie jest dla mnie zaskoczeniem. Po małej foto-sesji ubieram plecak i lecę dalej. Jakoś przekraczam trasę narciarską, żeby dowiedzieć się, że sorry, ale... zimą szlakiem tutaj nie przejdziesz
Za dużo kilogramów mam na plecach, żeby latać w dół i sprawdzać, czy dołem da się przejść. Idę stokiem w górę. Tylko czekam na kąśliwe uwagi...
Ku mojemu zdziwieniu żadnej nie słyszę. Zaczepia mnie tylko jeden bardzo miły pan, który pyta się, czy te narty to takie, co się przyklei coś i idzie do góry... Odpowiadam, że oczywiście nie, bo gdyby były, to nie niosłabym ich na plecach
Kiedyś, jak już przestanę być biedną studentką, kupię sobie i skitury. Straszną mam na to ochotę

Trasą szło się tyle fajnie, że była świeżo wyratrakowana i mogłam zapomnieć o zapadaniu się w śniegu. Dość szybko znalazłam na nowo szlak. Skręciłam w mój ulubiony "trawersik". Mogąc wrócić się w czasie zamiast skręcać wtedy w lewo, parłabym ostro do góry. Ale wróćmy jednak do mojej pierwotnej decyzji.

Na początku super, fajnie, znowu jestem samiuśka jak palec. Po chwili jednak okazało się, że śniegu jest bardzo dużo i zaczęłam zapadać się po uda. Ajć! Ciężko było się czasem wygrzebać z całym dobytkiem
Do tego zaczęło wiać i... padać. I masz swój piękny trawersik... Byłam przeszczęśliwa, jak zobaczyłam skręt w prawo.
To jednak nie wszystko. W lecie w tamtym miejscu głowa lata już na wszystkie strony i cieszy oko widokami, a w zimie... Bęc! Nawet jakieś tyczki postawili w jednym miejscu... W sumie to dobrze, bo ja znająć Skrzyczne na wylot i w tamtym miejscu trochę zgłupiałam. Wystarczyło na szczęście paręnaście metrów pod górę i wynurzyła się przede mną dobrze już znana wieżyczka.

W samym schronisku przemiana i... tadaam! Wychodzę jako narciarka
I w tym momencie ucieszyłam się, że je targałam. Jakiś pan po drodze zalecił mi : tą trasą to tylko na krechę! W mokrym śniegu i to nie pomagało


Robi się widokowo.



Korzystam z łącznika, który omija Małe Skrzyczne. Podobno kiedyś śnieżną zimą zeszła tam lawina

Narty same jechać nie chcą... Ale jest na co popatrzeć, może to tak specjalnie pomyślane
W sumie to ani się obejrzałam, a już odpinałam narty w Solisku. Ogólnie to bardzo lubię trasę Małe Skrzyczne-Hala Skrzyczeńska-Solisko.
Jednak na Solisku nie skończył się mój narciarski już dzień. Tam bowiem czekała na mnie mama i wyciąg (dobrodziejstwo!) wyciągnął nas na Juliany. Tam jeszcze parę szusów z Wierchu Pośredniego.

Na zakończenie narciarskiego dnia gorąca herbatka i powrót w zachmurzone doliny, niestety... Powrót jednak z uśmiechem na twarzy. A, bo pomysł nie okazał się całkiem głupi i myślę, że kiedyś jeszcze w ten sposób się na Skrzyczne wybiorę
Przenieśmy się więc o dwa lata wstecz...
Koniec lutego. W górach śnieżnie, a z racji, że zima jest, a raczej była dość śnieżna i pochmurna, tęsknota za wiosną była większa, niż zazwyczaj. Przyszło ocieplenie. Wiosna wyczuwalna w powietrzu jakoś dodała chęci do wszystkiego. Na tyle, że wpadłam na pomysł, który chyba tylko ja mogłam wymyślić... Borykając się z odwiecznym problemem : trekking, czy narty, postanowiłam znaleźć złoty środek i...
Postanowiłam wziąć narty na plecy.
Na okrągłe, bowiem moje 10 wejście na Skrzyczne wypadało jednak coś niebanalnego wymyślić.
Mój pomysł był jednak czysto teoretyczny. Wzięłam wszystkie niezbędne klamoty. Mama wysadziła mnie w Szczyrku z tobołami, zrobiła sierotce zdjęcie i z uśmiechem odjechała

A tymczasem ja po paru minutach byłam gotowa do drogi. Na szczęście wszystko udało się jakoś zamontować... Let's go!

Na początku najbardziej wkurzające podejście z całego mojego ukochanego szlaku. Droga z czegoś a la płyty betonowe. Na początku chciałam namowić mamę, żeby mnie tą drogą jeszcze przewiozła. Dzięki Bogu, że tego nie zrobiłam - przeceniłabym z pewnością moc Seiczaka

Cel nie taki odległy - ale trochę się zejdzie, zanim się tam wtoczę

Jedynym minusem, który wynikł po zejściu z drogi był mokry, zapadający się śnieg. No tak. Pierwsze dni sporego ocieplenia, a że śniegu nasypało ostatnimi czasy sporo, toteż topić się miało co. Ale to wszystko w imię wiosny i mojej ukochanej górki
Wraz z zdobywanymi metrami zaczyna jednak jednak trochę ciążyć mi plecak. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mój sprzęt narciarski jest taki ciężki.
Na szlaku oczywiście pustki. Dreptałam tylko po śladach raciczek. Akurat w moim wypatrzonym miejscu na chwilowe zrzucenie plecaka zaczynam wyraźnie wyczuwać jakiś obcy zapach... Żeby nie złościć zwierzątek, postanawiam swój postój zrobić gdzie indziej.

Pada na Becyrek. Taka tam przełęcz. Czuję tylko, że zaczyna trochę wiać (jak to na przełęczach wszelkiego rodzaju). I poza tym widzę, że po południowej stronie jest znacznie ciekawiej. Nie daje mi to posiedzieć dłużej niż pół minuty - idę w górę.

Mały odpoczynek od wszędobylskiej zimy

Kolejnym celem fotograficznym jest oczywiście moje ulubione miejsce widokowe - za to m.in. lubię zielony szlak na Skrzyczne
I tym razem nie jestem zawiedziona. Zrzucam kilogramy i pstrykam na lewo i prawo. Słyszę już odgłosy narciarzy z góry - kilkadziesiąt metrów wyżej przebiega bowiem trasa narciarska. A Ci narciarze jeżdżą tamtędy nie wiedząc nawet o istnieniu tak cudownego miejsca nieopodal...


Widoczek-klasyka.


Diablica na zbliżeniu.

Tatr dzisiaj nie ma, co nie jest dla mnie zaskoczeniem. Po małej foto-sesji ubieram plecak i lecę dalej. Jakoś przekraczam trasę narciarską, żeby dowiedzieć się, że sorry, ale... zimą szlakiem tutaj nie przejdziesz
Za dużo kilogramów mam na plecach, żeby latać w dół i sprawdzać, czy dołem da się przejść. Idę stokiem w górę. Tylko czekam na kąśliwe uwagi...Ku mojemu zdziwieniu żadnej nie słyszę. Zaczepia mnie tylko jeden bardzo miły pan, który pyta się, czy te narty to takie, co się przyklei coś i idzie do góry... Odpowiadam, że oczywiście nie, bo gdyby były, to nie niosłabym ich na plecach

Kiedyś, jak już przestanę być biedną studentką, kupię sobie i skitury. Straszną mam na to ochotę


Trasą szło się tyle fajnie, że była świeżo wyratrakowana i mogłam zapomnieć o zapadaniu się w śniegu. Dość szybko znalazłam na nowo szlak. Skręciłam w mój ulubiony "trawersik". Mogąc wrócić się w czasie zamiast skręcać wtedy w lewo, parłabym ostro do góry. Ale wróćmy jednak do mojej pierwotnej decyzji.

Na początku super, fajnie, znowu jestem samiuśka jak palec. Po chwili jednak okazało się, że śniegu jest bardzo dużo i zaczęłam zapadać się po uda. Ajć! Ciężko było się czasem wygrzebać z całym dobytkiem
Do tego zaczęło wiać i... padać. I masz swój piękny trawersik... Byłam przeszczęśliwa, jak zobaczyłam skręt w prawo. To jednak nie wszystko. W lecie w tamtym miejscu głowa lata już na wszystkie strony i cieszy oko widokami, a w zimie... Bęc! Nawet jakieś tyczki postawili w jednym miejscu... W sumie to dobrze, bo ja znająć Skrzyczne na wylot i w tamtym miejscu trochę zgłupiałam. Wystarczyło na szczęście paręnaście metrów pod górę i wynurzyła się przede mną dobrze już znana wieżyczka.

W samym schronisku przemiana i... tadaam! Wychodzę jako narciarka
I w tym momencie ucieszyłam się, że je targałam. Jakiś pan po drodze zalecił mi : tą trasą to tylko na krechę! W mokrym śniegu i to nie pomagało


Robi się widokowo.



Korzystam z łącznika, który omija Małe Skrzyczne. Podobno kiedyś śnieżną zimą zeszła tam lawina


Narty same jechać nie chcą... Ale jest na co popatrzeć, może to tak specjalnie pomyślane
W sumie to ani się obejrzałam, a już odpinałam narty w Solisku. Ogólnie to bardzo lubię trasę Małe Skrzyczne-Hala Skrzyczeńska-Solisko.
Jednak na Solisku nie skończył się mój narciarski już dzień. Tam bowiem czekała na mnie mama i wyciąg (dobrodziejstwo!) wyciągnął nas na Juliany. Tam jeszcze parę szusów z Wierchu Pośredniego.

Na zakończenie narciarskiego dnia gorąca herbatka i powrót w zachmurzone doliny, niestety... Powrót jednak z uśmiechem na twarzy. A, bo pomysł nie okazał się całkiem głupi i myślę, że kiedyś jeszcze w ten sposób się na Skrzyczne wybiorę




Hemli mi znów narobiła chętki.







