26-05-2014, 10:39 PM
Chętka na góry kiełkowała powoli. Dawała o sobie znać niekiedy w lesie, niekiedy w wakacyjnych wspominkach znajomych. Aż przybrała na sile na wiosnę i kazała jechać w Karkonosze - góry mego dzieciństwa.
Urodzona we Wrocławiu, pierwsze górskie kroki stawiałam w okolicach Piechowic, do Sosnówki i Borowic jeździłam na kolonie, w Zachełmiu spędziłam kiedyś Boże Narodzenie. Również z późniejszych wyjazdów mam różne wspomnienia, niektóre dobre, niektóre zaś niekoniecznie złe, ale dominuje w nich niedosyt... Tak więc Karkonosze, w towarzystwie miłej mej przyjaciółki Asi.
1 maja rano wysiadamy w Piechowicach, tam mamy bowiem spanie. Śniadanko, odświeżenie się, pogaduchy i ruszamy na spacer, na więcej nie ważąc się po nocy w pociągu, z prognozą deszczu w dodatku. Celem naszym jest zamek Chojnik, na który udajemy się - do Sobieszowa - samochodem, a dalej czarnym szlakiem. Po drodze mijamy Zbójeckie Skały - jakoś nie nachodzi mnie ochota na zdjęcia, za to nachodzi na pomstowanie, jak widzę efekty wielokrotnie opsioczonego na forum Prawa Pustej Butelki/Puszki Cięższej niż Pełna. Zbieram ze trzy takie odpadki, pakuję do specjalnej odpadkowej kieszeni w plecaku (z zamiarem wyrzucenia do kosza na Chojniku) i niedługo potem nieomal żałuję tej decyzji, bo zaczynam śmierdzieć resztkami piwa... Nic to, szlak nie salon na szczęście
Na Chojniku ludzi sporo, ale tłumem bym tego nie nazwała (poza restauracją). Biegamy po murach, opowiadam Asi legendę Chojnika (a wiecie, jaka to przyjemność patrzeć, jak błyszczą się oczy komuś słuchającemu pierwszy raz historii, którą wy znacie już od dzieciństwa?), strzelamy sobie pierwsze zdjątka - i tu baterie w komórkach odmawiają współpracy, aparatów niet (to już wiecie, czego zapomniałam z Warszawy... to tłumaczy jakość moich zdjęć.). Niemniej jednak foto z Chojnika - exploring my inner Daenerys...

Wracamy szlakiem zielonym. Na skałach tuż poniżej zamku łapie nas deszcz, ale duch w narodzie nie upada i schodzimy dzielnie. Szlak wiedzie do Jagniątkowa, gdzie przecinamy w pewnym momencie szosę, przechodząc powyżej potoku Wrzosówka tuż pod czyimiś oknami. Gdyby gospodarz siedział na przyzbie, to bym powiedziała "dzień dobry", bo głupio przechodzić tak blisko czyjegoś domostwa i ignorować tę bliskość... ale nikogo nie było na progu ani w oknie.
Na łące powyżej szlak ginie, ale szybko odnajduje się w lesie i idziemy dalej. Mijamy skałki na Grzybowcu, schodzimy do Michałowic, tu zachowujemy się jak dzieci z kolonii, bo obowiązkowo zaliczamy sklep spożywczy, a w nim - ciastka z czekoladą (doskonale wiedząc o czekającym w domu obiedzie!). Szlak zmieniamy na niebieski i idziemy nim wśród świeżej majowej zieleni aż do samych Piechowic.
2 maja pora na poważniejszą trasę. Śnieżne Kotły. Podjeżdżamy do Michałowic, tam wchodzimy w las i idziemy niebieskim szlakiem. Przekraczamy potok Szklarka, który w tym miejscu wygląda jak młodszy brat kogoś, kto ma coś wspólnego z Wodospadem Szklarki
Pogoda jest mglista, wczorajszy oraz poranny deszcz czuć w powietrzu. Próbuję fotografować krople rosy na drzewie nad potokiem:

Każdą komórką ciała cieszę się tymi kroplami, pąkami, wiosną, której nie śpieszy się do bycia latem, której chłód jest surowy, lecz nie groźny, a raczej przypomina surowość starych mistrzów... Idziemy w górę nieco stromym, większość czasu kamienistym szlakiem. Stopniowo przyzwyczajam się do przyczepności swoich butów, zaczynam stawiać nogi tak, jak nigdy bym tego nie zrobiła w miejskim obuwiu (które i tak nigdy nie jest na obcasie itd.), za to w sposób pozwalający osiągnąć zadowalającą mnie szybkość
Po krótkim czasie szlak niebieski łączy się z czarnym. Przecinamy niewielkie potoczki, ścieżka zakręca na zachód, robi się bardziej stroma i kamienista, między kamieniami płynie spora strużka i mamy wrażenie, że idziemy dnem potoku. Wrażenie mija, zanim jeszcze dotrzemy do miejsca, gdzie szlak czerwony łączy się z czarnym, a tam: spotykamy pierwszych tego dnia ludzi (ostrzegamy, że poniżej na czarnym szlaku jest śliiiisko - bo jest) i zachwycamy się widokami. Widziałam je kiedyś we wrześniu, teraz pora na wiosenne mgły:


Od tego momentu droga przestaje prowadzić pod górę, a wiedzie zboczem poniżej Łabskiego Kotła (ale o tym wiemy tylko z mapy, gdyż w dalszym ciągu znajdujemy się nieco poniżej górnej granicy regla). Niedługo potem wychodzimy na Halę pod Łabskim Szczytem:

W schronisku Pod Łabskim Szczytem robimy sobie popas z kanapkami, a potem ruszamy szlakiem żółtym. Scieżka łagodnie wspina się zboczem Łabskiego Szczytu, aż docieramy nad Śnieżne Kotły. Tutaj mgła uniżenie pozwala nam docenić ich majestat. Mały Kocioł ( w tle Grzęda, a na niej RTV Centrum Nadawcze):


Wielki Kocioł, w dali Śnieżne Stawki:


Dochodzimy z Asią do wniosku, że nasz kolega, który pojechał w tym samym czasie na Islandię i wrzucał zdjęcia gorących źródeł czy innych wulkanów (wyglądało jak Mordor i dymiło), mógłby nam pozazdrościć widoków.
Od Kotłów idziemy na Przełęcz pod Śmielcem, mijając Szyszak po prawej. Wkrótce docieramy na Czarną Przełęcz, a ja trzy razy czytam tabliczkę i około pięciu pytam spotkanych turystów, czy to na pewno tu, bo jakoś za szybko doszłyśmy
Od Czarnej Przełęczy schodzimy niebieskim szlakiem, na rozdrożu pod Śmielcem skręcamy w zielony, a niedługo potem w czarny. Szlak wiedzie przez chwilę wzdłuż potoku Wrzosówka, a okolica wygląda tak, że mogłaby zagrać w ekranizacjach Tolkiena. Nastrój potęguje brak słońca, opary mgiełki nad potokiem, rzadkość drzew i absolutny brak ludzi (a długi weekend wszak jest).
Po pewnym czasie wchodzimy w las reglowy, a wychodzimy z niego w Jagniątkowie. Tu, podczas kontemplacji mapy okolicy, przyplątuje się łase na pieszczoty kocisko. Miziam futrzaka i życzę sobie foto - futrzak życzy sobie jednak nieustannego miziania...

Wyprawę kończymy pod Domem Hauptmanna, skąd wracamy do Piechowic samochodem.
Ciąg dalszy relacji z wyprawy, czyli 3 maja (wodospady) i 4 maja (Śnieżka) nastąpi niebawem.
Urodzona we Wrocławiu, pierwsze górskie kroki stawiałam w okolicach Piechowic, do Sosnówki i Borowic jeździłam na kolonie, w Zachełmiu spędziłam kiedyś Boże Narodzenie. Również z późniejszych wyjazdów mam różne wspomnienia, niektóre dobre, niektóre zaś niekoniecznie złe, ale dominuje w nich niedosyt... Tak więc Karkonosze, w towarzystwie miłej mej przyjaciółki Asi.
1 maja rano wysiadamy w Piechowicach, tam mamy bowiem spanie. Śniadanko, odświeżenie się, pogaduchy i ruszamy na spacer, na więcej nie ważąc się po nocy w pociągu, z prognozą deszczu w dodatku. Celem naszym jest zamek Chojnik, na który udajemy się - do Sobieszowa - samochodem, a dalej czarnym szlakiem. Po drodze mijamy Zbójeckie Skały - jakoś nie nachodzi mnie ochota na zdjęcia, za to nachodzi na pomstowanie, jak widzę efekty wielokrotnie opsioczonego na forum Prawa Pustej Butelki/Puszki Cięższej niż Pełna. Zbieram ze trzy takie odpadki, pakuję do specjalnej odpadkowej kieszeni w plecaku (z zamiarem wyrzucenia do kosza na Chojniku) i niedługo potem nieomal żałuję tej decyzji, bo zaczynam śmierdzieć resztkami piwa... Nic to, szlak nie salon na szczęście

Na Chojniku ludzi sporo, ale tłumem bym tego nie nazwała (poza restauracją). Biegamy po murach, opowiadam Asi legendę Chojnika (a wiecie, jaka to przyjemność patrzeć, jak błyszczą się oczy komuś słuchającemu pierwszy raz historii, którą wy znacie już od dzieciństwa?), strzelamy sobie pierwsze zdjątka - i tu baterie w komórkach odmawiają współpracy, aparatów niet (to już wiecie, czego zapomniałam z Warszawy... to tłumaczy jakość moich zdjęć.). Niemniej jednak foto z Chojnika - exploring my inner Daenerys...

Wracamy szlakiem zielonym. Na skałach tuż poniżej zamku łapie nas deszcz, ale duch w narodzie nie upada i schodzimy dzielnie. Szlak wiedzie do Jagniątkowa, gdzie przecinamy w pewnym momencie szosę, przechodząc powyżej potoku Wrzosówka tuż pod czyimiś oknami. Gdyby gospodarz siedział na przyzbie, to bym powiedziała "dzień dobry", bo głupio przechodzić tak blisko czyjegoś domostwa i ignorować tę bliskość... ale nikogo nie było na progu ani w oknie.
Na łące powyżej szlak ginie, ale szybko odnajduje się w lesie i idziemy dalej. Mijamy skałki na Grzybowcu, schodzimy do Michałowic, tu zachowujemy się jak dzieci z kolonii, bo obowiązkowo zaliczamy sklep spożywczy, a w nim - ciastka z czekoladą (doskonale wiedząc o czekającym w domu obiedzie!). Szlak zmieniamy na niebieski i idziemy nim wśród świeżej majowej zieleni aż do samych Piechowic.
2 maja pora na poważniejszą trasę. Śnieżne Kotły. Podjeżdżamy do Michałowic, tam wchodzimy w las i idziemy niebieskim szlakiem. Przekraczamy potok Szklarka, który w tym miejscu wygląda jak młodszy brat kogoś, kto ma coś wspólnego z Wodospadem Szklarki
Pogoda jest mglista, wczorajszy oraz poranny deszcz czuć w powietrzu. Próbuję fotografować krople rosy na drzewie nad potokiem:
Każdą komórką ciała cieszę się tymi kroplami, pąkami, wiosną, której nie śpieszy się do bycia latem, której chłód jest surowy, lecz nie groźny, a raczej przypomina surowość starych mistrzów... Idziemy w górę nieco stromym, większość czasu kamienistym szlakiem. Stopniowo przyzwyczajam się do przyczepności swoich butów, zaczynam stawiać nogi tak, jak nigdy bym tego nie zrobiła w miejskim obuwiu (które i tak nigdy nie jest na obcasie itd.), za to w sposób pozwalający osiągnąć zadowalającą mnie szybkość
Po krótkim czasie szlak niebieski łączy się z czarnym. Przecinamy niewielkie potoczki, ścieżka zakręca na zachód, robi się bardziej stroma i kamienista, między kamieniami płynie spora strużka i mamy wrażenie, że idziemy dnem potoku. Wrażenie mija, zanim jeszcze dotrzemy do miejsca, gdzie szlak czerwony łączy się z czarnym, a tam: spotykamy pierwszych tego dnia ludzi (ostrzegamy, że poniżej na czarnym szlaku jest śliiiisko - bo jest) i zachwycamy się widokami. Widziałam je kiedyś we wrześniu, teraz pora na wiosenne mgły:

Od tego momentu droga przestaje prowadzić pod górę, a wiedzie zboczem poniżej Łabskiego Kotła (ale o tym wiemy tylko z mapy, gdyż w dalszym ciągu znajdujemy się nieco poniżej górnej granicy regla). Niedługo potem wychodzimy na Halę pod Łabskim Szczytem:

W schronisku Pod Łabskim Szczytem robimy sobie popas z kanapkami, a potem ruszamy szlakiem żółtym. Scieżka łagodnie wspina się zboczem Łabskiego Szczytu, aż docieramy nad Śnieżne Kotły. Tutaj mgła uniżenie pozwala nam docenić ich majestat. Mały Kocioł ( w tle Grzęda, a na niej RTV Centrum Nadawcze):


Wielki Kocioł, w dali Śnieżne Stawki:


Dochodzimy z Asią do wniosku, że nasz kolega, który pojechał w tym samym czasie na Islandię i wrzucał zdjęcia gorących źródeł czy innych wulkanów (wyglądało jak Mordor i dymiło), mógłby nam pozazdrościć widoków.
Od Kotłów idziemy na Przełęcz pod Śmielcem, mijając Szyszak po prawej. Wkrótce docieramy na Czarną Przełęcz, a ja trzy razy czytam tabliczkę i około pięciu pytam spotkanych turystów, czy to na pewno tu, bo jakoś za szybko doszłyśmy
Od Czarnej Przełęczy schodzimy niebieskim szlakiem, na rozdrożu pod Śmielcem skręcamy w zielony, a niedługo potem w czarny. Szlak wiedzie przez chwilę wzdłuż potoku Wrzosówka, a okolica wygląda tak, że mogłaby zagrać w ekranizacjach Tolkiena. Nastrój potęguje brak słońca, opary mgiełki nad potokiem, rzadkość drzew i absolutny brak ludzi (a długi weekend wszak jest). Po pewnym czasie wchodzimy w las reglowy, a wychodzimy z niego w Jagniątkowie. Tu, podczas kontemplacji mapy okolicy, przyplątuje się łase na pieszczoty kocisko. Miziam futrzaka i życzę sobie foto - futrzak życzy sobie jednak nieustannego miziania...

Wyprawę kończymy pod Domem Hauptmanna, skąd wracamy do Piechowic samochodem.
Ciąg dalszy relacji z wyprawy, czyli 3 maja (wodospady) i 4 maja (Śnieżka) nastąpi niebawem.

. Popatrz nawet kot się poznał na Wasylisie. 








Poczekam na opinie innych, co tam będą mieli cześć Ciebie spotkać.
Jest tam chwila napięcia i kawałek ponauczenia dla innych.
Może akurat dla tego ostatniego kolega przepuścił do przodu, kiedy widoki na góry były marne.