29-05-2014, 01:20 PM
Pora na relację z niedawnego wejścia na Śnieżkę.
4 maja startujemy spod kościoła Wang. Pogoda i humory dopisują, o wczorajszym ziąbie prawie nie pamiętamy.

Początek drogi przypomina mi tę z Kuźnic w kierunku Giewontu (o ile mnie pamięć nie zawodzi)


Niebo stopniowo się chmurzy, ale nie przeczuwam załamania pogody, więc kontynuujemy wycieczkę:




Niedługo docieramy do schroniska Samotnia nad Małym Stawem:


Pozdrawiam je od mamy, która wędrowała tymi szlakami lata temu, uraczając mnie w dzieciństwie opowieściami z wędrówek. Niestety, nie mam autoryzacji, by podzielić się z forumowiczami (ale może kiedyś się uda, bo ciekawe są). W schronisku zasięgamy języka - droga na Śnieżkę stoi otworem. Maszerujemy więc dalej, w kierunku Strzechy Akademickiej.
Mijamy Strzechę, docieramy do Domu Śląskiego. Na szlaku coraz więcej turystów, a pogoda coraz mniej przyjemna (daleko jej jednak do warunków z zimy 2001). Zachwycam się zamarzłymi kroplami na krańcach igieł kosodrzewiny, wyglądają jak kiście kwiatów, szkoda, że zdjęcia tego nie oddają. Szczyt zasłonięty jest chmurami.

Zupełnie jakby chciał powiedzieć mi to samo, co w 2001: do Domu Śląskiego to jeszcze, ale potem to inna rozmowa. Ja wtedy przypominam sobie słowa Karłowicza... i upewniam się, że dziś na Śnieżkę można.
Droga przypomina niestety tatrzańską ceprostradę. Włącza się u mnie odruch uciekania przed tłumem, na dojście wybieramy czarny szlak. Tu też tłumy ludzi, ale niedzielnych turystów jakby mniej.
Cały czas idzie mi się dobrze, nawet bardzo dobrze. Dziwię się aż, że jest to dla mnie tak mały wysiłek, właściwie to muszę uważać, żeby nie zagonić Asi, która jest w naszym teamie głosem rozsądku przypominającym o odpoczynkach. Trochę mi dziwnie - nastawiłam się na zmęczenie, a jakoś nie bardzo je czuję. W czym problem? W niedostatku tego specyficznego rodzaju radości, który czuje się po ostrym treningu lub ostrym łażeniu właśnie
I coraz większym głosem woła we mnie coś: w Tatry! W Tatry!
Na razie jednak Śnieżka. Na górze atmosfera a la Morskie Oko jest trudniejsza do wytrzymania, niż śnieg, wiatr, mgła i wciskający się we wszystkie szczeliny ciała ziąb.
Szybkie foto...

... i uciekamy Ścieżką Przyjaźni Polsko-Czeskiej w kierunku wschodnim. Tu błoga pustka - przez całą drogę do schroniska Jelenka spotykamy aż trzy osoby
Tu wreszcie mam to, po co przyjechałam w góry - zabrzmi banalnie, ale inaczej chyba nie umiem - ciszę, spokój i radość obcowania z naturą. Ścieżka w kosodrzewinach, początkowo szeroki chodnik o interesujacym wzorku:

...powoli się zwęża, jakby kosodrzewiny dawały znać, że ceprostrada coraz dalej za nami, a tu tylko szlak dla wybranych
Dochodzimy do Jelenki, tam popas. Krótki niestety, bo brak gotówki każe nam z żalem patrzeć na menu z knedlikami oraz kije od Primatora. Przed wyruszeniem w dalszą drogę gawędzimy z parą Polaków, którzy polecają nam wycieczkę na Skalny Stół. Z takim planem na przyszłość schodzimy w kierunku Karpacza, po drodze robiąc sobie pamiątkowe foto przy granicy.

W miarę zejścia mamy wrażenie, jakbyśmy dokonały podróży w czasie - oto wyszłyśmy wiosną, przeszłyśmy zimę, a teraz wracamy do wiosny... W dolinie majowa zieleń, tu i ówdzie coś kwitnie, a my czujemy jeszcze niedawny śnieg. Byłyśmy w bajce, teraz wracamy do rzeczywistości.
4 maja startujemy spod kościoła Wang. Pogoda i humory dopisują, o wczorajszym ziąbie prawie nie pamiętamy.

Początek drogi przypomina mi tę z Kuźnic w kierunku Giewontu (o ile mnie pamięć nie zawodzi)


Niebo stopniowo się chmurzy, ale nie przeczuwam załamania pogody, więc kontynuujemy wycieczkę:




Niedługo docieramy do schroniska Samotnia nad Małym Stawem:


Pozdrawiam je od mamy, która wędrowała tymi szlakami lata temu, uraczając mnie w dzieciństwie opowieściami z wędrówek. Niestety, nie mam autoryzacji, by podzielić się z forumowiczami (ale może kiedyś się uda, bo ciekawe są). W schronisku zasięgamy języka - droga na Śnieżkę stoi otworem. Maszerujemy więc dalej, w kierunku Strzechy Akademickiej.
Mijamy Strzechę, docieramy do Domu Śląskiego. Na szlaku coraz więcej turystów, a pogoda coraz mniej przyjemna (daleko jej jednak do warunków z zimy 2001). Zachwycam się zamarzłymi kroplami na krańcach igieł kosodrzewiny, wyglądają jak kiście kwiatów, szkoda, że zdjęcia tego nie oddają. Szczyt zasłonięty jest chmurami.

Zupełnie jakby chciał powiedzieć mi to samo, co w 2001: do Domu Śląskiego to jeszcze, ale potem to inna rozmowa. Ja wtedy przypominam sobie słowa Karłowicza... i upewniam się, że dziś na Śnieżkę można.
Droga przypomina niestety tatrzańską ceprostradę. Włącza się u mnie odruch uciekania przed tłumem, na dojście wybieramy czarny szlak. Tu też tłumy ludzi, ale niedzielnych turystów jakby mniej.
Cały czas idzie mi się dobrze, nawet bardzo dobrze. Dziwię się aż, że jest to dla mnie tak mały wysiłek, właściwie to muszę uważać, żeby nie zagonić Asi, która jest w naszym teamie głosem rozsądku przypominającym o odpoczynkach. Trochę mi dziwnie - nastawiłam się na zmęczenie, a jakoś nie bardzo je czuję. W czym problem? W niedostatku tego specyficznego rodzaju radości, który czuje się po ostrym treningu lub ostrym łażeniu właśnie
I coraz większym głosem woła we mnie coś: w Tatry! W Tatry! Na razie jednak Śnieżka. Na górze atmosfera a la Morskie Oko jest trudniejsza do wytrzymania, niż śnieg, wiatr, mgła i wciskający się we wszystkie szczeliny ciała ziąb.
Szybkie foto...

... i uciekamy Ścieżką Przyjaźni Polsko-Czeskiej w kierunku wschodnim. Tu błoga pustka - przez całą drogę do schroniska Jelenka spotykamy aż trzy osoby
Tu wreszcie mam to, po co przyjechałam w góry - zabrzmi banalnie, ale inaczej chyba nie umiem - ciszę, spokój i radość obcowania z naturą. Ścieżka w kosodrzewinach, początkowo szeroki chodnik o interesujacym wzorku:
...powoli się zwęża, jakby kosodrzewiny dawały znać, że ceprostrada coraz dalej za nami, a tu tylko szlak dla wybranych

Dochodzimy do Jelenki, tam popas. Krótki niestety, bo brak gotówki każe nam z żalem patrzeć na menu z knedlikami oraz kije od Primatora. Przed wyruszeniem w dalszą drogę gawędzimy z parą Polaków, którzy polecają nam wycieczkę na Skalny Stół. Z takim planem na przyszłość schodzimy w kierunku Karpacza, po drodze robiąc sobie pamiątkowe foto przy granicy.

W miarę zejścia mamy wrażenie, jakbyśmy dokonały podróży w czasie - oto wyszłyśmy wiosną, przeszłyśmy zimę, a teraz wracamy do wiosny... W dolinie majowa zieleń, tu i ówdzie coś kwitnie, a my czujemy jeszcze niedawny śnieg. Byłyśmy w bajce, teraz wracamy do rzeczywistości.


No, nie liczę trochę napoju turystycznego, ponieważ my zjadamy ciężkie i tłuste dania i trzeba pomóc żołądkowi to strawić.