Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat

Pełna wersja: koniec tygodnia po bieszczadzku.
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Ustrik.Piękne zdjęcia,znakomita relacja-masz pióro !
Ekipa rockandrollowa Wink a tereny przepiękne,
aż wstyd się przyznać ale są to jedyne góry w Polsce w których jeszcze nie byłem Sad
Spoko - święte słowa! nei zamieniłbym nigdy nie zamieniłbymtych skał na żadne łoże z baldahimem... no, może by mositera się przydała, bo cieły komary jak cholera Smile

Pablo - to dawaj w Bieszczady w jakiś długi łikend, czy coś Smile chętnie pokazę ci parę fajnych miejsc.

dzięki wam za miłe słowa Smile
Trzymam cię za słowo Ustrik, jak tylko coś się zakroi z wypadem w Bieszczady to zgłaszam się do Ciebie Wink
zapraszam Smile
daję także i nocleg w chałuupie Smile
Ja też jestem chętny.
Już kilka razy z żoną planowaliśmy wypad w Bieszczady i niestety nie dszedł do skutku. Ale któregoś dnia na pewno. Może coś ugotujemy na wolnym ogniu??
chętnie Smile biba forumowa na połoninach to byłoby to Smile
To było by to !!!
Wmarcu biba na Babiej , a dajmy na to w lipcu bieszczady.Jezdem za a nawet przeciw.
oj ja też jestem za, a nawet bardzo Smile
i oto wczoraj miałem kolejną, bardzo emocjonującą wyprawę. Relacja jest dość długa, dla tego podzieliłęm jąna części jakby ktośnie chciał calości czytać. miłej lektury Smile
24.02.2007
WIDEŁKI - KOLIBA - POŁONINA CARYŃSKA - USTRZYKI GÓRNE

Cz. 1
poranek i podróż.

   24 lutego, o godzinie 5’00 zbudził mnie śpiew egzotycznych ptaków skradziony do mojej komórki. Na polu jeszcze ciemno. Nie zastanawiałem się długo, aby z piątej zrobić szóstą. Eee, jakoś to będzie – i zakopałem się w kołdrze. Chwilkę potem znowu ta sama symfonia zmusiła moje oczy do otwarcia. Niby tylko godzinę dłużej spałem, ale za to miałem wiele więcej energii na start. Niestety, cały mój plan w jednej chwili stanął za wielkim pytajnikiem. Kiedy postawiłem swe kilogramy na nogach, poczułem silny ból brzucha – kur... to ten ogórek – pomyślałem. W kilka sekund instynktownie ruszyłem do kibla i , jak to się mówi – puściłem pawia. Rzeczywiście był tam ogórek, którego ostatnim wieczorem zjadłem na kolację. Czułem nawet jego posmak. Czyżby z wyprawy nici? Na szczęście nie. W szybkiej reakcji żołądek pozbył się wszelkiego syfu. Poczułem słodkie ukojenie i ulgę. Spojrzałem w lustro i powiedziałem do tej zarośniętej gęby – czas się zbierać. Krótka toaleta, gdzie umycie zębów było jakby zbawczym momentem.
W pokoju w dwie minutki się ubrałem, zszedłem do kuchni – kanapeczki i herbatka do termosu. Reszta już była spakowana. Ruszyłem samotny o 7. Co w planach? Nie miałem pojęcia. Zależało wszystko od tego, gdzie mnie kto podwiezie. Autostop to bowiem najprzyjemniejszy sposób podróży po Bieszczadzie.
   Na zewnątrz mróz  -15 szczypał w twarz. Zmrożony śnieg pod stopami głośno jęczał za każdym moim krokiem. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem sąsiada, który podwiózł mnie aż do punktu A. Szczęście się do mnie uśmiechnęło. Punkt A jest to miejsce, gdzie zawsze zaczynam łapać stopa jadąc w stronę Ustrzyk Górnych. Zaczyna się on tuż przed wiaduktem na ulicy Fabrycznej. Zrezygnowałem z jazdy autobusem, ponieważ o tej porze nic tam nie jeździ a stop jest zawsze ciekawym doświadczeniem. Pierwszy PKS jest zawsze o 8’20.
Jeden samochód, drugi, trzeci i stop. Miły, starszy pan wziął mnie ze sobą. Podwiózł mnie tylko do skrętu na Jałowe zaraz za Ustrzykami, ale w przypadku „okazyjnych” podróży nie liczy się ile kto cię podwiózł, ale to, że z uśmiechem zaprosił cię do samochodu.
    Idę dalej. I ponownie jeden samochód, dwa, trzy i stop. Tym razem załapałem się na podwózkę do Lutowisk. Podróż umilały biesiadne melodie płynące ze starej kasety w równie starym odtwarzaczu starego samochodzie. „On zimny, on zimny, ona gorąca ....” przez całą drogę.
Powietrze było mroźne, na niebie niewiele chmur. Bynajmniej niezbyt gęstych.
W Lutowiskach niemal od razu złapałem okazję. Podjechałem do krzyżówki w Smolniku. Kierowca o bardzo znajomej twarzy jechał do Dwernika. Na tamtej trasie ruch jest bardzo sporadyczny. Latem przeszedłem ją całą aż do Zatwarnicy bez żadnego samochodu po drodze. To było w sierpniu, a co w lutym? Jak na początku nie złapiesz okazji mniej więcej do celu, to nie idź dalej – za duże ryzyko i szkoda czasu. Ja postanowiłem kierować się dalej na Ustrzyki Górne. Kawałek za mostem w Procisnem złapałem okazję tylko do Pszczelin. Nieciekawie – pomyślałem. Im bliżej parku, tym niższe szanse na stopa. Wtedy jednak mnie olśniło. Chwilę dalej, jesienią, niebieskim szlakiem w Widełkach ruszyłem na Bukowe Berdo. Po drugiej stronie ulicy ten sam szlak wiedzie na Magurę Stuposiańską. Tam mnie jeszcze nie było, więc przyśpieszyłem kroku, żeby dojść na szlak.
CZ. 2
Widełki – „Koliba”
  
  O 8’50 ruszyłem w puszczę. Cisza, spokój, górski wiatr lekko szumiał w koronach drzew. Od razu wszedłem w potężny i prastary las bukowy. Pokrywa śnieżna była bardzo zmrożona, co sprawiało uczucie lekkości. Wszelkie bowiem nierówności terenu przykrył śnieg, a zatem droga była całkiem prosta. Trasa ta jest bardzo łatwa – ani za stroma, ani za długa. Bardzo lekko mi się szło, a uśpiony, zimowy las pobudzał delikatnie moje zmysły tworząc bajkowy nastrój. Nagie i liczne bukowe gałęzie były przykryte łagodną śnieżną otuliną, a ich gęstość wokół mnie sprawiała wrażenie przytulności – czułem się bardzo zrelaksowany. Wiatru potem było brak. Idąc tak raz pod górkę, raz prosto zgrzałem się strasznie. Zdjąłem więc kurtkę i czapkę. Schowałem je do plecaka – ach co za świeżość. Zimowe, leśne powietrze głaskało mnie po skórze i przenikało ubrania. Poszedłem dalej. Podziwiając puszczę, oraz potężne jary, myślałem o nartach. Po ostatnich przygodach w buczynie na Laworcie wyobrażałem sobie zjazd po owym lesie. Śnieg był doskonały, a gęstość bukowiny niewielka – idealna wręcz. Ech, gdybym miał ski-toury – powzdychałem sobie.
Na szlaku ostatnio było pusto. Zmrożona pokrywa delikatnie została przykryta cieniutkim puchem, który musiał spaść w nocy. Na nim były jedne tylko ślady ogromnego buta i psich łąp, ale prowadziły one w odwrotną stronę. Przez całą drogę w lesie było zatem cicho. Słyszałem tylko swoje kroki i oddech. Zastanawiałem się, czy kogoś dzisiaj spotkam. Szanse nie były wcale małe, ponieważ była to sobota, a i pogoda sprzyjała wędrówkom.
   Zimowy las różni się od letniego nie tylko ciszą i śniegiem. Brak liści umożliwia wyłapanie pośród drzew widocznych w oddali szczytów bieszczadzkich. Po drodze miałem okazję zobaczyć czy to Bukowe Berdo, czy fragmencik Połoniny Caryńskiej. Dla tego ponoć najlepiej Otrytem idzie się w zimie. Ogólnie nie ma na nim punktów widokowych, ale w styczniu, czy w lutym z pomiędzy drzew można dostrzec niedalekie połoniny.
    Ukoronowaniem pierwszego etapu wycieczki była niewielka polanka u szczytu. Szlak prowadził nieco z boku. Po prawej stronie, troszkę wyżej widziałem spory prześwit. Postanowiłem więc zerknąć co tam jest. Pierwsze co zobaczyłem, była Połonina Caryńska w całości. Jak dotąd nie widziałem lepszego widoku na tę górę. Piękna – tylko to jedno słowo pchało się na myśli. Wspaniała połonina stała naprzeciwko mnie w całej okazałości – ponętna, delikatna, uwodzicielsko wzywała mnie do siebie jak dama w szykownej sukni. Nie było sposobu, by odwrócić wzrok. Wtedy to zadałem jej pytanie – a gdzie twój brat Szeroki Wierch? Zszedłem lekko w dół polany i był – bardzo Szeroki Wierch z majętną Tarnicą za sobą. Razem jako para tworzyły bardzo ciekawy układ szczytów – magiczne zdjęcie ... by było. Niebo skryte było za chmurami, ale widoczność pod nimi była bardzo przejrzysta. Bez trudu można było ujrzeć krzyż na Tarnicy. Nieco bardziej na prawo kolejni bieszczadzcy bracia – Bukowe Berdo i Krzemień. Ich poszarpane kształty wzbudziły we mnie zachwyt, sięgający aż po słońce hen hen ponad chmury. Okazało się, że niedługo przede mną ktoś był na tej polanie na ski-tourach. Wyraźne ślady dwóch par nart świadczą, że ktoś na dziko wędrował w ten dzień po lesie. Aż poczułem zazdrość. Wielkie buty z psem też tam były. Wcale się temu nie dziwiłem. Widok bardzo niezwyczajny. Pomalutku polana już zarasta. Za jakiś czas widok ten zostanie całkiem skryty przed ludzkim umysłem.
    Czasu nie miałem bardzo dużo, więc poszedłem dalej wróciwszy na niebieski szlak. Szybciutko doszedłem na Rohy – 983 m. Tam szlak się rozwidlał. Można było dalej iść niebieskim na Magurę, albo w dół do przełęczy Przysłup (Pryslip) Caryński, gdzie znajduje  się schronisko „Koliba”. Rohom towarzyszyła również spora polana, gdzie widok był podobny, ale inny od tego co na poprzedniej. Skierowałem się dalej niebieskim. Było to tylko 15 minut. Idąc tak dalej przez las podziwiałem gęste świerki zielone pod śniegiem, zobaczyłem zimorodki co przyglądały mi się z gałęzi i ... właśnie to „i” smukłe i ostre, właśnie to „i” wbiło mi się w kark. Zimny pot spłynął mi po plecach. Myśli zmilkły, jakby ktoś światło zgasił. Przerażone oczy utkwiły w jednym punkcie. Skąd, kiedy, jakim prawem? Na delikatnym puchu, pośród drzew było coś, czego nigdy bym się nie spodziewał. Na delikatnym puchu, pośród drzew ujrzałem świeże i przerażające ślady – główna część większa od mojej dłoni, a u góry pięć palców i pięć długich pazurów. Tylko jedna istota ma prawo do tej pieczęci. Największy drapieżnik Europy –
Ursus Arctos – Niedźwiedź Brunatny. Którędy, dlaczego, gdzie? Wiele pytań padło wtedy w mojej głowie, ale była na nie tylko jedna i ta sama odpowiedź – odwrót. Trop był bardzo wyraźny i świeży dość dużego osobnika. Niedźwiedź wyszedł z niewielkiej polany i poszedł spokojnym krokiem kawałek wzdłuż szlaku. Luty to przecież najzimniejszy i najbardziej śnieżny miesiąc w Bieszczadach. Dla czego nie spał w wygodnej gawrze, nie wiem. Ale nie chciałem sobie nawet wyobrażać co by się stało jakbym go wtedy spotkał. Magura Stuposiańska musi poczekać.
Bardzo szybko ruszyłem w stronę Rohów. Stamtąd zbiegłem do schroniska. Według czasu przejść na mapie powinienem tam dotrzeć za ok. pół godziny. Byłem tam już po 10 minutach.
Cz. 3
Na połoninę

    Chwilkę przy schronisku  posiedziałem sobie na ławeczce. Właściwie to siedziałem po turecku, ponieważ siedzisko było pod śniegiem. Wystawał tylko blat drewnianej ławy. Wypiłem se herbatkę, zjadłem se kanapeczkę. Połoniny stamtąd prawie nie widać. Za to Tarnicę, Szeroki, Krzemień i Bukowe w całej okazałości można było podziwiać. Z schroniska słyszałem jakieś śmiechy i rozmowy. Musieli być w nim jacyś studenci. Lekki wiaterek zabawiał się moimi włosami. Temperatura była idealna. Kolejne zimorodki obserwowały mnie z drzewa. Sypnąłem im kilka okruszków. Bez wahania je zjadły. Musiały być głodne drobinki.
O 11 poszedłem zielonym szlakiem na Caryńską. Po drodze, patrząc na zachód poznałem Dwernik Kamień pięknie porośnięty gęstwiną z niewielką polanką u szczytu, gdzie miałem okazję spędzić raz noc. Czułem już spokój i brak obaw związanych z niedźwiedziem. Mimo to moja czujność się wyostrzyła. Przez las szło się już nieco trudniej, bo jest bardziej stromy niż poprzednio. A i tutaj więcej śniegu musiało napadać, bo puch sięgał po kostki. Kiedy wyszedłem na pierwszą polankę już na północnym zboczu Caryńskiej wiatr mroźnie przeszył mój polar powodując ciarki na ciele. Ubrałem więc kurtkę. Trasa na szczyt jest bardzo interesująca, ponieważ bukowinę przecinają od czasu do czasu polanki, z których widoki czy to na zachód z gęstym lasem, czy na wschód z koroną Bieszczad umilają wyprawę. Czasem musiałem nieco zejść ze szlaku, żeby bardziej wypełnić panoramę. W połowie drogi była taka polanka. Widok na Bukowe Berdo i Krzemień był olśniewający, a za nimi wyłaniały się Halicz i Kopa Bukowska. Cudownie wyglądał zwłaszcza długi, leśny stok Bukowego, którym szedłem jesienią. Jest to długi odcinek, który zabiera ok. 2 godzin, a to dla tego, że ciągnie się las szeroko pod połoniną. Potęga puszczy karpackiej w Bieszczadach jest zniewalająca. Jej bezkres i tajemniczość trudno pojąć zwykłym spojrzeniem. Wymaga to kontemplacji.
   Im wyżej, tym trudniej. W pewnym momencie zobaczyłem wydeptany napis POLIBUDA na śniegu. Najpewniej autorami byli ci sami ludzie, co siedzieli w schronisku. Jeżeli któryś z nich, co pod koniec lutego 2007 wydeptali to hasło, czyta tą relację to serdecznie pozdrawiam J.
Zacząłem się męczyć. W końcu wyszedłem ponad las. Wiatr nie był zbyt silny, ale śniegu było mnóstwo. Część była zmrożona, a część świeżo nasypana. Poczułem dolegliwości związane z brakiem raków. Musiałem mocno wbijać stopy w śnieg, żeby się nie ślizgać. Podejście to było też dość strome. Po sporym wysiłku doszedłem w końcu na szczyt. Jednak jak tylko wychyliłem się znad północnego stoku, silny wicher zdmuchnął mnie z powrotem.
Cz. 4
Idąc Caryńską

   Wychylając się znowu musiałem pełnią sił przeciwstawić się wiatrowi. Wiał on z południa uderzając drobnym lodem w moją twarz. Piękny widok na wschodzie z ukraińskimi Bieszczadami w tle. Tarnica moim zdaniem wygląda najładniej właśnie z Caryńskiej. Ciekawe jest, że oświetlało ją jasne światło, dzięki czemu odróżniała się od reszty, która była ciemniejszą. Nie mogłem jednak zbyt długo cieszyć się tym widokiem. Wicher znad Rawek ledwo pozwalał mi stać na nogach. Nie spodziewałem się takiej wichury, ani tego, że stoczę z nią taką walkę. Idąc grzbietem momentami musiałem się schylać, a nawet iść na czworaka, żeby mnie nie zwiało w dół. Co chwilę niemal się zapadałem. W oddali na zachodzie zauważyłem jakieś dwa cienie, które równie silnie jak ja walczyły z wiatrem. W kilka sekund jednak zniknęły gdzieś za wzniesieniem a ja szedłem dalej. Wspiąłem się w końcu na jeden ze szczytów caryńskich (1239 m). Musiałem usiąść, bo stojąc poleciałbym w dół z wiatrem. Siedząc tak sobie zjadłem kanapkę i napiłem się herbaty z termosu – gorący płyn jest jak skarb w takich warunkach. Szybko jednak musiałem iść dalej, gdyż wiatr zawiewając drobinki śniegu i lodu otaczał je wokół mnie, w wyniku czego masakrowały moją twarz. Musiałem wstać i iść dalej. Znowu raz stojąc, raz na czworaka, zapadając się czasem. Pomału zaczynały boleć mnie już mięśnie, ponieważ całą energię ładowałem w nogi, żeby się utrzymać. Zboczem też nie mogłem bezpieczniej iść, ponieważ był stromy i silnie zmrożony – śliski jak lodowisko. Niebo pokrywały ciemnoszare chmurzyska, których odcień zmieniał się jak światło na morzu. Na ich tle „uczesane przez wiatr nagie szczyty połonin” mocno się wyróżniały. Krajobraz był iście cudowny. Nie sypał śnieg,( z góry bynajmniej) ani nie było pyłu – widoczność bardzo czysta. Pozwalało to mi dostrzec co w oddali. Doszedłem do przełęczy (1206 m). Przede mną niczym piaskowa piramida na Saharze stał Kruchy Wierch – góra na górze – najwyższy szczyt połoniny. Jego ogrom widoczny od wschodniej jak i od zachodniej części Caryńskiej jest charakterystyczny dla tej góry. Przysypane wszystko – tablice, szlak ... Od czasu do czasu tylko coś wystawało. Słupki z tabliczkami całe w śniegu. Ledwo szło zobaczyć gdzie się jest i dokąd iść. Na przełęczy już tak nie wiało.  Mogłem odpocząć. Nie miałem jednak zbyt wiele czasu. Musiałem więc dalej iść. Jak tylko zacząłem wspinać się do Kruchego, wicher powrócił szamocząc moją kurtką. Na szczęście dobrą kurtkę kupiłem i taka wichura nie była jej straszna. Będąc w tak dzikim i nieprzyjaznym miejscu „człowiek staje się inny”. Mierząc się z naturą czuje się do niej respekt i łączność z nią. Myśli łatwiej płyną w wyobraźni i z całą energią czuje się, że „tam na dole zostało, wszystko to co cię męczy”.
Zbliżając się z wielkim trudem ku górze, ujrzałem poniżej grupkę ludzi. Stali mniej więcej w miejscu, gdzie się schodzi do Przełęczy Wyżniańskiej. Postanowiłem zejść do nich. Było ich czwórka. Patrzyli na mnie w swoich okularach. Wiatr uderzał we mnie ciągle od południa. Stali na ski-tourach za zasypaną skałą. Właściwie trudno orzec, czy to była skała ,czy też nie. Śnieg zasypał całą połoninę i nie było możliwości, poza sporadycznymi wypadkami określić gdzie co było. Wszędzie w koło wietrzne i lodowe dekoracje skierowane na północ. Wicher od dawna zatem musiał wiać w jednym kierunku. Kiedy dotarłem do nich machnąłem tylko ręką na powitanie. Nikt nic nie mówił, mimo że tam mniej wiało. Po chwili jednak zjechali w dół do przełęczy rezygnując z dalszej wycieczki z powodu wiatru. I znów pojawiła się ta myśl: ach, gdybym miał ski-toury ...
Wypiłem ostatnie łyki herbaty. Bułki już się skończyły. Luknąłem więc na Rawki. Był to najpiękniejszy widok tego dnia. Północna strona porośnięta lasem nad Przeł. Wyżniańską byłą cała zmrożona. Leśnie wąwozy swym ogromem budowały nastrojowe cienie zbocza. No i nagie, białe szczyty na tle gęstych, brudnoszarych chmur. Wielka i Mała Rawka wyglądały, jakby rzeźbione w szarym graficie. Stały twardo naprzeciwko mnie jak posąg – pełne chwały i ciężkości.
Trzeba iść dalej. Postanowiłem iść południowym zboczem, mijając Kruchy Wierch. Nie było tam tak stromo, więc mogłem śmiało iść. Wicher wył mi w uszach mimo czapki i szczelnego kaptura. Nie był jednak tak silny jak przedtem. Tutaj już szedłem poza szlakiem. Nie miało to jednak większego znaczenia. Śnieg był też w tej części połoniny twardszy, przez co się tak nie zapadałem. Obszedłem tak wkoło ostatni na zachód szczyt Caryńskiej,  którego nazwy nie znam (1258 m). Tam była taka mała rynienka, którą na brzuchu zjechałem kawałek w dół, gdzie wiatr był spokojniejszy. Zacząłem iść północnym zboczem – znacznie bardziej stromym, na około tego szczytu. Była to męczarnia. Ślizgałem się i zapadałem. Musiałem iść na czworaka pod górę, żeby nie ześlizgnąć się w dół. Nie mogłem dojść na szczyt. Wiatr i lód bardzo mi dokuczały. Było to wyczerpujące. Z tyłu za mną Połonina Wetlińska z wyraźną Chatką Puchatka i ogromny, nieskończony niemal las bukowy.  Był to najgorszy moment wyprawy. Klnąłem. Mówiłem głośno, że mam dość. Musiałem iść jednak dalej. Musiałem przejść jeszcze całą Caryńską, żeby dojść do Ustrzyk Górnych.
W końcu po, wielu minutach wysiłku wszedłem na grzbiet tuż przed Kruchym Wierchem. Poczułem ulgę. Wiatr nie wiał już tak mocno. Mogłem odpocząć idąc spokojnie. W pewnym momencie na szczycie Kruchego ujrzałem parę. Przytulali się do siebie. Ich kurtki ledwo co się trzymały – tak tam wiało. Nie ma bata, tutejsi – pomyślałem. W końcu sam dotarłem na szczyt. Najwyższy punkt połoniny Caryńskiej ponownie zdobyty (1297 m.). Ponownie, ale wysiłek jaki temu towarzyszył był nie do porównania. Okazało się, że ta para to same znajome twarze. Nie potrafiłem sobie przypomnieć skąd znajome, ale znajome. Musiałem widzieć ich kiedyś czy to w Ustrzykach Dolnych, czy gdzie indziej w Bieszczadzie, bo mówili, że mieszkają w Stuposianach i se wyszli „tak o” na wycieczkę. Oni poszli w dół, a ja zostałem. Nie dałem się wichurze. Stałem z całych sił prosto z rękami przy ciele. Podziwiałem północny widok. Gęste chmurzyska przyjmowały magiczne kształty. Od czasu do czasu tworzyły się leje w dół. Wyglądało to przerażająco i apokaliptycznie. Mroczne anioły chciały swoimi skrzydłami pochłonąć świat, ogarnąć go swoją potęgą. Gdzie nie spojrzeć chmury się zapadały i wznosiły. Połoniny wyglądały jak ich odbicie w tafli wody momentami. Piękny obraz, ale zdumiewający.
   Wiatr poniżej Kruchego Wierchu był już spokojniejszy. Była to godzina 14’30. Bardzo szybko idąc grzbietem trafiłem na swoje ślady. Zrobiłem więc kółko. Znacznie łatwiej mi się szło w drugą stronę. Szedłem powoli, zapadając się chwilami. W porównaniu jednak do tego co było dwie godziny wcześniej, to był lekki spacerek - bez wichury i lodu w oczach. Byłem bardzo radosny, że wybrałem się w ten dzień w góry. Nikogo już nie spotkałem po drodze. Na ostatnim etapie zjechałem sobie na tyłku pod sam las. Fajna i zasłużona zabawa. Uśmiechałem się do siebie. Potem wzdłuż lasu doszedłem do końca połoniny na wschodzie. Dalej to już tylko w dół lasem do Ustrzyk Górnych. Szybciutko, bo o 16’30 byłem już we wsi. Śnieg twardy pozwolił mi iść szybko w dół. Pierwsze co zrobiłem w Ustrzykach, to wstąpiłem do Lacha na piwko. Dawno mi tak nie smakowało zimne, złote piwko. Potem miałem sporo szczęścia, bo złapałem stopa do samych Ustrzyk. Dwóch bardzo sympatycznych panów wracało do Sanoka. Byli na Rozsypańcu, ale z tego co mówili, to tam warunki były znacznie łagodniejsze ...
Stron: 1 2 3 4
Przekierowanie