16-06-2009, 10:06 PM
Na ten wyjazd czekałam długo. Miał mi pozwolić na uporządkowanie swoich spraw, spojrzenie na nie "z boku", nabranie dystansu, ponowne przejęcie kontroli nad niekontrolowanym...
Potrzebowałam powietrza i przestrzeni. I samotności.
We wtorek 9 czerwca późnym wieczorem ruszam ze śmierdzącej Warszawy ku Zakopanemu. Na miejscu jestem parę minut po 7. dnia następnego. Miasto powoli budzi się do życia. W dworcowych delikatesach kupuję drożdżówki i tuptam na busika. Zwykle zatłoczony parking busów przez Fisem świeci pustkami.
Dziwne.
Z rozkładu jazdy wynika, że pierwszy samochód ku Chochołowskiej będzie dopiero za godzinę. Wrrrrr! 
Siedząc na schodkach przy barze kontempluję zakopiański folklor. Wreszcie słyszę, że młodziutka parka udaje się na Siwą Polanę. Wspólnie decydujemy się na wynajęcie taksówki i tym sposobem niebawem wysiadamy ku wlocie do Doliny Chochołowskiej.
Wszędzie cisza i spokój... Słonko delikatnymi promykami ściele mi drogę przy wtórze muczenia pierwszych krówek, które gospodarze wyprowadzają na pastwiska.
Przed godziną 9. docieram do wciąż sennego schroniska. Wbrew wcześniejszym informacjom otrzymanym drogą telefoniczną okazuje się, że spokojnie dostaję łóżko na 2 noce.
A więc szybkie przepakowanie i w blasku porannego słońca, prawie w podskokach ruszam na Grzesia. Czuję się dziwnie
, przez mózg przewijają mi się setki informacji na sekundę, tak jakbym znalazła się w zatłoczonym pokoju i każdy coś ode mnie chciał. A od tego próbowałam uciec! STOP!
Parę głębokich oddechów i skupiam się na tu i teraz.
Już spokojniejsza docieram na Grzesia. Rozkładam się na kawałku trawy i w samotności pochłaniam pyszną drożdżówkę, mój ulubiony pomarańczowy jogurt i inne skarby z plecaka.
Gra błękitu nieba, zieleni kosówek i bieli wciąż otulonych śnieżną kołderką szczytów, działa jak balsam.
[attachment=22974]
Nieśpiesznie obniżam się Długim Upłazem na Przełęcz Łuczniańską. Potem już nie wiadomo kiedy jestem na Rakoniu. [attachment=22976] Tam spotykam moich rannych towarzyszy z taksówki. Wymieniamy uprzejmości, ale nie mając ochoty na towarzystwo uciekam wyżej.
[attachment=22975] [attachment=22979]
Po prawej stronie w słońcu lśnią Rohackie Stawy. Zawsze robią na mnie duże wrażenie zawieszone między ziemią i niebem na różnych poziomach. [attachment=22978] A wyżej nadal jeszcze niezrealizowany cel - Rohacze: dumni i posępni strażnicy doliny.
Na Wołowcu [attachment=22977] moje splątane myśli skutecznie wywiewa coraz silniejszy wiatr. Korzystając z zasięgu mojego operatora telefonu wysyłam pozdrowienia, udaje mi się zamienić parę słów z Doktorem.
Kolejna porcja witaminy D przesłanej wprost z nieba powoduje, że zdaję sobie sprawę, że powoli balansuję na krawędzi spotkania z Morfeuszem. Prostuję więc kostki i decyduję o zakończeniu wycieczki. [attachment=22980] W moim postanowieniu utwierdzają mnie delikatne pomruki zbliżającej się burzy. Na poziomie lasu Wyżniej Chochołowskiej dopada mnie drobny deszczyk, ale to już nie jest ważne...
W schronisku ogarniam się i przepraszam Morfiego za przerwaną randkę na Wołowcu.
Zmęczenie - nie tyle fizyczne po nieprzespanej nocy w autobusie - daje o sobie znać. Koło 17. zasypiam w śpiworze jak niemowlak. Od bardzo dawna nie śni mi się nic.
Parę minut po 23. wraca na moment świadomość. Szybkie mycie ząbków, odkrycie, że 14-osobowy pokój zajmuję sama i powrót do krainy snów.
cdn...
Potrzebowałam powietrza i przestrzeni. I samotności.
We wtorek 9 czerwca późnym wieczorem ruszam ze śmierdzącej Warszawy ku Zakopanemu. Na miejscu jestem parę minut po 7. dnia następnego. Miasto powoli budzi się do życia. W dworcowych delikatesach kupuję drożdżówki i tuptam na busika. Zwykle zatłoczony parking busów przez Fisem świeci pustkami.
Dziwne.
Z rozkładu jazdy wynika, że pierwszy samochód ku Chochołowskiej będzie dopiero za godzinę. Wrrrrr! 
Siedząc na schodkach przy barze kontempluję zakopiański folklor. Wreszcie słyszę, że młodziutka parka udaje się na Siwą Polanę. Wspólnie decydujemy się na wynajęcie taksówki i tym sposobem niebawem wysiadamy ku wlocie do Doliny Chochołowskiej.
Wszędzie cisza i spokój... Słonko delikatnymi promykami ściele mi drogę przy wtórze muczenia pierwszych krówek, które gospodarze wyprowadzają na pastwiska.

Przed godziną 9. docieram do wciąż sennego schroniska. Wbrew wcześniejszym informacjom otrzymanym drogą telefoniczną okazuje się, że spokojnie dostaję łóżko na 2 noce.
A więc szybkie przepakowanie i w blasku porannego słońca, prawie w podskokach ruszam na Grzesia. Czuję się dziwnie
, przez mózg przewijają mi się setki informacji na sekundę, tak jakbym znalazła się w zatłoczonym pokoju i każdy coś ode mnie chciał. A od tego próbowałam uciec! STOP! Parę głębokich oddechów i skupiam się na tu i teraz.
Już spokojniejsza docieram na Grzesia. Rozkładam się na kawałku trawy i w samotności pochłaniam pyszną drożdżówkę, mój ulubiony pomarańczowy jogurt i inne skarby z plecaka.
Gra błękitu nieba, zieleni kosówek i bieli wciąż otulonych śnieżną kołderką szczytów, działa jak balsam.
[attachment=22974]Nieśpiesznie obniżam się Długim Upłazem na Przełęcz Łuczniańską. Potem już nie wiadomo kiedy jestem na Rakoniu. [attachment=22976] Tam spotykam moich rannych towarzyszy z taksówki. Wymieniamy uprzejmości, ale nie mając ochoty na towarzystwo uciekam wyżej.
[attachment=22975] [attachment=22979]Po prawej stronie w słońcu lśnią Rohackie Stawy. Zawsze robią na mnie duże wrażenie zawieszone między ziemią i niebem na różnych poziomach. [attachment=22978] A wyżej nadal jeszcze niezrealizowany cel - Rohacze: dumni i posępni strażnicy doliny.
Na Wołowcu [attachment=22977] moje splątane myśli skutecznie wywiewa coraz silniejszy wiatr. Korzystając z zasięgu mojego operatora telefonu wysyłam pozdrowienia, udaje mi się zamienić parę słów z Doktorem.
Kolejna porcja witaminy D przesłanej wprost z nieba powoduje, że zdaję sobie sprawę, że powoli balansuję na krawędzi spotkania z Morfeuszem. Prostuję więc kostki i decyduję o zakończeniu wycieczki. [attachment=22980] W moim postanowieniu utwierdzają mnie delikatne pomruki zbliżającej się burzy. Na poziomie lasu Wyżniej Chochołowskiej dopada mnie drobny deszczyk, ale to już nie jest ważne...
W schronisku ogarniam się i przepraszam Morfiego za przerwaną randkę na Wołowcu.
Zmęczenie - nie tyle fizyczne po nieprzespanej nocy w autobusie - daje o sobie znać. Koło 17. zasypiam w śpiworze jak niemowlak. Od bardzo dawna nie śni mi się nic.
Parę minut po 23. wraca na moment świadomość. Szybkie mycie ząbków, odkrycie, że 14-osobowy pokój zajmuję sama i powrót do krainy snów.
cdn...

Ale ja już myślami jestem w Dolinie Pięciu Stawów, gdzie mam spotkać Smoka z Mar.an
. Stęskniłam się za nimi okrutnie, więc zjadam śniadanie, pakuję plecak i ruszam w drogę. Przemo mi nie towarzyszy, gdyż zdecydował, że dojdzie do DPSP przez Krzyżne.
.
[

. Powodzenia 