No to teraz i na mnie kolej, więc opowiem Wam moją górską historię, co chyba w poczet też się wpisuje i przedstawię swój nieco "przydługawy" portret górołaza

.
Na początek w mini się zaprezentuję, bo to ostatnio modne.


[
attachment=36226] Foto na Łysej Przełęczy w Beskidzie Małym. Tu jeszcze takiego długiego nosa nie miałam.

Wszystko zaczęło się od biegania po Beskidach. Na kolejnym foto akurat biegnę za kuzynem, który podstępnie ukradł mi piłkę (dopadłam go w końcu, ale to już inna historia...) [
attachment=36227]
Jak już znudziło mi się ciągłe bieganie po Beskidach (moim i innych: Śląskim, Żywieckim, Makowskim, Sadeckim...) przyszedł czas na Sudety, Karkonosze, Pieniny, Bieszczady... (ale zdjęcia mam kiepskie, więc musicie wierzyć na słowo). Niewiele z tamtych czasów pamiętam, co prawda Śnieżkę od Śnieżnika odróżnię, ale z innymi mogłabym mieć problem.
Potem były pierwsze spacery po Polskich Tatrach. [
attachment=36228] Czasy były takie, że o wyjeździe na Słowację nie było mowy. W końcu jednak granice się otworzyły i krok po kroku przyszedł czas na Fatrę i Tatry Słowackie, gdzie już na pierwszym wyjeździe zgubiłam swoje serce. O naszych kochanych Taterkach niestety szybko zapomniałam, bo za duży tam tłok jak dla mnie.
Były szczyty latem i zimą, [
attachment=36229] [
attachment=36230] czasem były ekstremy, czasem całkiem "light - owe" wycieczki, chwile szczęścia, żartów i wygłupów, ale też chwile trwogi, walki z samym sobą i swoimi słabościami.
Dużo by tu pisać... Ciągłe powroty w te same miejsca po raz n- ty i n- ty po raz drugi.[
attachment=36231]
Był też czas wypoczynku, drzemek w Tatrach, [
attachment=36232] a czasem relaksu w Beskidach. [
attachment=36233]
Czasem kwatera, czasem mały wypadzik w koleby, czasem noc w schronisku, a czasem pod drzwiami, zdarzały się też te pod namiotem i pod chmurką. W międzyczasie trochę się wspinałam w skałkach, w Tatrach, na nartach i na rowerze też trochę km zrobiłam, trochę też nad beskidzkimi łąkami pofruwałam, ogólnie strasznie się w tym górskim świecie przez cały czas szamotałam, ale dziś dzięki temu wiem, że tak naprawdę to turystką pieszą jestem chyba zdecydowaną, no i od teraz chyba też pisemnie zdeklarowaną.
Obecnie to głównie chodzę z małym plecaczkiem i tylko wtedy gdy czuję, że pogoda dopisze, żeby się za bardzo nie zmęczyć

i zawsze przy pogodzie zrobić coś konkretnego. I zaś na przemian - raz w Tatry, raz w Beskidy, [
attachment=36234]ale jednak wolę w Tatry, gdzie pychol mam zawsze taki: [
attachment=36235] Na tym foto z października 2010 r. nochal już nieco bardziej urośnięty.

Lubię, gdy jest, jak ostatnio Staś napisał: "lekko, łatwo i przyjemnie", ale przede wszystkim ma być zawsze bezpiecznie, bo stres mi na cukrzycę szkodzi, a i też relaksowi na łonie natury nie sprzyja.
A jak będzie w przyszłości...? Nie wiem..., ale raczej nie mam ambicji na zdobywanie szczytów w Alpach, Himalajach, Andach... Tatry wystarczająco potrafią mi nosa utrzeć, a i tak jeszcze sporo muszę w nich zrobić... oby tylko życia i zdrowia starczyło, bo pomysłów mi nie brakuje, a nawet gdyby brakło to tato zawsze służy radą i sugestią. A tak w ogóle to przez niego to całe zamieszanie z moim nochalem i górołażeniem po ścieżkach i bezdrożach, więc jakby co to pretensje do niego hi
