Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat

Pełna wersja: Granią Niskich Tatr - niespełniony cel - wiosenna biba 2019
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Granią Tatr Niskich - niespełniony cel - wiosenna biba 2019
Motto (dedykacja własna dla współtowarzyszy na trasie - Bogusi, Marychy, Pablo, Pedra i Tomtura): "Często sobie stawiam sarkastyczne pytanie: Ile razy można wyjść na ten sam kopczyk? Jednak w sprawie przejścia grani Niskich Tatr wszelaki uśmiech mi zamarza na ustach. Po raz trzeci mi się nie udało na jeden zaciąg osiągnąć cel na odcinku Telgart - Donovaly. Tym razem powaliła mnie pogoda, plecak i jakieś dziwne uczucie spowalniające nogi, które nie pozwalało mi dotrzymać stanowionych czasów przejścia. Jednak doborowe towarzystwo trzymało mnie na duchu. Mogę tylko zaznaczyć: Ja wrócę! Muszę. Ponoć, kto nie przeszedł grań NT, ten nie zna Słowacji"
Grań Niskich Tatr. Miała by być w rozpisie górskich wypraw każdego poważnego wędrownika. 92 km i 4900 m przewyższenia. Można ją przejść w przeciągu kilkanaście godzin (górscy twardziele) lub 5 dni. My mieliśmy plan na 6 dni. Chcieliśmy odczuć smak noclegu w Hadielskim Siodle. Jednak wszystko było całkiem inaczej. I jak to w końcu było? Postaram się coś o tym napisać.
Dane techniczne:
DOBA : 30.4. - 3. 5.. 2019
PRZESTRZEŃ: Niskie Tatry, grań (NT)
OBIEKT (do spania): Andrejcova, Ramża, Chata gen. Sztefanika
ODLEGŁOŚĆ: dzień 1 - Telgartr - Kralova Hola - utulnia Andrejcova (15,8 km); dzień 2 - utulnia Andrejcova - Wielka Wapienica - Zadna Hola - utulnia Ramża (19,5 km); dzień 3 - utulnia Ramża - Czertowica - Chata gen. Sztefanika (14,8 km); dzień 4 - Chata gen. Sztefanika - Czertowica (7,9 km).
SUMA PODEJŚĆ: dzień 1 - 1249 m, dzień 2 - 1012 m, dzień 3 - 985 m, dzień 4 - 175 m
CZAS (według mapy): dzień 1 - 6:34, dzień 2 - 7:18, dzień 3 - 5:57, dzień 4 - 2:32
OSOBY:
- forumowe - Bogusia, Marycha, Pablo, Pedro, Stasiu, Tomtur
- goście - 0 ludzi, 0 misiów

Dzień pierwszy, wtorek - najwyżej

Zaczynamy w skromnej obstawie - ja, Bogusia, Pablo i Pedro i to w nietypowym miejscu. Na Donovalach, naszej planowanej mecie.
[attachment=85141]
Zostawiamy autka swemu losowi. Do punktu startowego nas dowiozą środki transportu publicznego. Trochę jestem podenerwowany. Połączenia są wyliczone na "knap" i wystarczy jedno opóźnienie i dostaniemy się do czasowego pressingu. Mamy przecież jeszcze tyle do przejścia i wyjścia a tu trzeba nam przejechać całą długość NT. Jednak nie musimy być poddani kolejnej próbie obciążenia i na czas (około 11:00) stawiamy się w Telgarcie na linii startowej.
[attachment=85142]
Poszli. Jeszcze przed wyjściem obchodzimy poszczególne zajezdnie w celu tradycyjnego ustalenia ostatnich niedociągnięć. Wszędzie pozamykane. Musi nam wystarczyć skromny sklepik.
[attachment=85143]
Ostatnie punkty programu ustalamy na skraju cywilizacji. Od teraz wchodzimy do krainy, gdzie gospodarzą inni. Bibowicze wyglądają zadowoleni. Są we swoim żywiole. Jednak prognoza pogody na to dzisiejsze popołudnie nie budzi zadowolenia. Naprzeciw jadą z wodą i to zmrożoną.
[attachment=85144]
Chmury nad Telgartem są tego dowodem. Trzeba nam wejść na 1946 m wysoką Królową NT. Profil trasy jest do tego dostosowany. Nie daje nic za darmo.
[attachment=85145]
Od razu płuca i serce (mówię za siebie) idą na całego. Naczynia krwionośne dostarczają energię i tlen do mięśni. Jest to początek i jest na razie z czego brać. Obciążenie worem (zważone w domu 18 kg) też nie daje pewnego postoju w nogach. 1050 m przewyższenia dla stołkowego urzędasa i na dodatek po zimowym bambelaniu, to jest nie lada wyzwanie. W jednej trzeciej podejścia, gdzieś nad Hornymi Pasenkami, podejście jakby trochę się wypłaszczyło. Szlak teraz prowadzi chodnikiem pod linią elektryczną, która napaja prądem stację przekaźnikową na wierzchołku.
[attachment=85146]
Wypłaszczenie jest jednak wykupione wodą. Wodą opadową i wodą grawitacyjną. U góry otworzyli kurki i też jedna z odnóg potoka Zubrovica (nazwa mi coś przypomina, ale raczej nie próbowałem) wybrała sobie akurat nasz chodnik. Ciaptanie w wodzie (staram się wymijać) zaczyna powolutku napierać na warstwę impregnacyjną butów. Kolejny trzecinowy etap podejścia się kończy. Kończy się też las i rozpoczyna się goła połać. Odpoczynek i schronienie przed deszczem szukamy pod daszkiem (2x1 m) wejściowych drzwi budynku, w którym nadziemna linia przechodzi w podziemną.
[attachment=85147]
Bibowicze już mają inny charakter twarzy (Bogusia się nie liczy, ta zawsze będzie się na zdjęciach uśmiechała i gdyby trakarze spadały z nieba). Kiedy człowiek wyjrzał spoza węgła budynku, to w dali zobaczył balustradę drogi technicznej prowadzącej na wierzchołek. To znaczy, że byliśmy blisko.
[attachment=85148]
Jednak to nie oznaczało koniec naszego zmagania. W gulaszu pogodowym do deszczu dochodzi stąpanie po płatach śnieżnych. Nie powiem, że było ślisko. Takie śnieżne błotko odnosi spory sukces w naruszeniu bariery impregnacyjnej i goretexowej naszych butów. Końcowe podejście jest dla mnie niekończące.
[attachment=85149]
Mgła zasłania moich współtowarzyszy idących więcej w przodzie. Wiem, że tam gdzieś jest budynek przekaźnika ze swoim pomieszczeniem przeznaczonym do odpoczynku strapionych turystów. Jest 15:00 i po 3,5 godzinach zmagania (aż tyle?) wchodzimy do pomieszczenia na odpoczynek.
[attachment=85150][attachment=85151]
Czytelnik niech sobie nie myśli, że tam mieliśmy jaki komfort cieplny. Ten radiator za plecami Pedro nie był podłączony do życiodajnej energii cieplnej. Ciekawe myślenie tutejszych gospodarzy. Ratować biednych w nędzy, ale nie znów tak bardzo. No, jednak na bezrybiu i rak ryba i dlatego jesteśmy wdzięczni za to pomieszczenie. Zadanie z geometrii jest dzisiaj łatwe, ale nieuprośnie. Mamy w przestrzeni wykreślić dwa odcinki i te potem przejść. Odcinek z punktu A (Telgart) do punktu B (Kralova Hola) mamy wykreślony. Teraz nam trzeba wykreślić ten z punktu B do punktu C (Andrejcova). Ten jednak nie osiągniemy siedząc w awaryjnym pomieszczeniu na Kralovej. Trzeba w plener. Zwijamy menele i wyruszamy. Na zewnątrz deszcz jest, mgła jest. Wychodzimy spoza budynku przekaźnika i dostajemy po buzi lodowatym wiatrem. Przed dwoma miesiącami na Małej Fatrze wicher miał być i był, ale tutaj nie miało go być, ale był. Nie tak powalający. Jego skuteczność tkwiła w zamianie kierunku opadu deszczu. Z pionu przeszedł w poziom.
[attachment=85152]
Jakby próbował się przedostać pod nasze kurtki i spodnie. Na szczęście ubrania miały lepszą dynamikę ochrony przeciwdeszczowej niż buty. "No pasarán", toto hasło hiszpańskiej wojny domowej, mogę pózniej wypowiedzieć na końcu dzisiejszej wędrówki w stosunku walki deszczu z moją kurtką. Był to jej pierwszy poważny test.
[attachment=85153]
Cała grań od Kralovej po Bartkową była pod znakiem pogodowej zgryzoty. Tak by się chciało oglądać widoki, a tu w mózgownicy kręci się tylko jedna myśl. Jak najszybciej już być w ciepełku utulni. Kiedy się deszczu nie udało przedostać przez kurtki, to podczas schodzenia z Bartkowej mieliśmy naszykowane kolejne śnieżne pola z powalonymi drzewami.
[attachment=85154]
Buty tworzyły najsłabszy punkt ochrony przed wodą. Już teraz czułem wymoczone nogi i tym schodzeniem to było jeszcze "potuplowane".
[attachment=85155]
Końcówka. Pozostaje nam przejść kopczyk Andrejcova i tam gdzieś za nim jest nasza utulnia. Jest 18:45 i po więcej jak 7,5 godzinach wchodzimy pod zbawienną strzechę utulni.
[attachment=85156]
Dobrze, że przed nami tam była już grupka młodych ludzi, którzy się uporali z piecykiem i w pomieszczeniu było napalone. Kwaterowanie. Ja wybieram ciasnotę, ale ciepło. Bogusia, Pablo i Pedro wybierają raczej chłodniejszą przestrzeń. Przebrać się do suchego jest pierwszym zadaniem. Kolejne czynności to już bułka z masłem. Mamy też swój kącik.
[attachment=85157]
Uśmiech powraca na usta. Ciepło rozchodzi się po całym ciele i w końcu wysusza odmoczone nogi. Wieczorne posiedzenie i rozmowy to balsam na duszy. Zwłaszcza w takim kultowym miejscu jak utulnia Andrejcova. Jedno jednak w tym dniu zostało niespełnione. Z powodu deszczowej pogody nie mogliśmy sobie opiec kiełbaski.
[attachment=85158]
Ja i Paweł pozdrawiamy czytelnika z utulni Andrejcova.

Cdn....Smile
Ale szybko... czekamy na c.d. Smile
Współczuję tej pogody! I również czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy Wink
Też czekam. Hmm...cierpliwie uhm Wink
To czekanie na pełne ekspresji opisy naszych forumowych wędrówek ma w sobie trochę z trillera Smile
Dzień drugi, środa - najdalej

Pochodu mamy dzisiaj sporo, jednak z całej obsady utulni pakujemy się ostatni. Młodzież puszczamy pierwszą. Oni mają dalej, ponieważ pogardzili Ramżą i maszerują aż na Czertowicę. Mamy w chałupie pełno przestrzeni na pakowanie meneli.
[attachment=85159]
Pamiątkowe zdjęcie z utulnią. W dali już się na nas uśmiecha Wielka Wapienica (1691 m). Dzisiejszy pierwszy cel i zarówno najwyższy. Kwadrans po dziewiątej nareszcie wyruszamy. Z uśmiechem na ustach. Pogoda ma być dzisiaj umiarkowanie słoneczna. Spojrzenie w tył pokazuje co wczoraj nam było zakazane oglądać.
[attachment=85160]
W przodzie Andrejcova, dalej Bartkowa. Muszę dokumentować wszystko za pochodu. Współtowarzysze nie czekają, oni widzą tylko do przodu. Często będę oglądał ich tyły i może nawet sylwetki w dali. Trudne jest życie starzejącego się dokumentarzysty. Wapienica jest na wyciągnięcie ręki.
[attachment=85161]
Nasuwa się pytanie. Co jest lepsze? Wyjść na kopczyk spokojnym podejściem (140 m) i stoczyć się (500 m) w dół, czy to samo w odwrotnym gardzie? Brutalnie gramolić się do góry i potem spokojnie zejść?
[attachment=85162]
Kierunek pochodu nam ustanawia pierwszy wariant. Kolana nam będą kwileć. Jednak plany na przyszłość są, że i odwrotny kierunek da się nam poznać.
[attachment=85163]
Najwyższy dzisiejszy punkt i wypada zrobić zbiorowe zdjęcie. W dali się na nas uśmiechają zaśnieżone Wysokie T. Zdjęcie dosyć nietypowe. Nie pamiętam, kiedy ilość członków bibowych można by policzyć na palcach jednej ręki. Odwiedzenie Wapienicy nie odkryło tylko widok na Wysokie T., ale też widok na to, co nas jeszcze czekało.
[attachment=85164]
Widać grzbiet Kolesarowej, Orawcowej i złączone Zadnia Hola i Homolka. Na horyzoncie w lewo od Homolki pokazuje się Beniuszka (jutro w jej pobliżu zejdziemy do Czertowicy), w prawo od Homolki widzimy Skałkę. Ta jest jeszcze nieosiągalna. Blisko niej prowadzi szlak na Chabaniec.
[attachment=85165]
Zejście z Wapienicy powoli zamienia się niemal na spadek swobodny. Wzrok co raz więcej uczepia się przeciwległego stoku. To jest Kolesarowa (1508 m) i Orawcowa (1544 m). Kto to wymyślił, że z najwyższego punktu zejść do najniższego - Priehyba (1187 m). No i potem znów 300 m do góry. Takie szastanie naszymi siłami. W siodle Priehyba jest kolejne oficjalne pole biwakowe (miejsce dla namiotów, wiata i woda). To dla górskich biegaczy, którym jest mało dojść na Andrejcovą. Na minionej bibie nas wtedy Watażka z Wojtkiem takim sposobem ścigali. Wiatę wykorzystujemy na przerwę obiadową. Ja, jako starszy rodem, mam przerwę krótszą. Wchodzenie pod kopczyk mi trwa dłużej i dlatego otrzymuję więcej czasu do wygramolenia.
[attachment=85166][attachment=85167]
W dole obok wiaty widać pozostałych. Zejście z Wapienicy jakoś z tego miejsca płasko wygląda. Następnym razem będziemy go kosztować w podejściu. Na drugim zdjęciu Wapienica dmie się dumnie. Ja na odwrót dumny z siebie nie jestem. Wyścig na dochodzenie kończy się u mnie szybko, wkrótce znów zagrzewam ostatnie miejsce korowodu.
[attachment=85168]
Dla tych z przodu ma to pewną wygodę. Czekając na mnie mają czas na inne czynności. Tutaj Bogusia sobie spokojnie uwiecznia krokusy. Kwiatki, dla których tabuny ludzi niemal się zadepczą w Chochołowskiej.Tutaj kwitną tylko dla nas. Kolesarowa i Orawcowa jakoś nam szybko zleciały i zaskakująco szybko docieramy do Zadnij Holi (1620 m).
[attachment=85169]
Kolejny postój na odpoczynek. Jest powód. Na chwilę opuszczamy leśny porost i na krótko odkrywają się widoki. Zadnia H. ma jeszcze jeden ewement. Tutaj można skoczyć w bok na Wielki Bok. Jeszcze nikt nie miał na forum odwagi na taki skok. Nie uwieczniłem tego widoku w tej wyprawie, ale z poprzedniej biby mam jedno:
http://www.gorskiswiat.pl/forum/attachme...?aid=74089
Zachęta duża. Kiedyś w przyszłości trzeba się tam wybrać. Jednak ze spaniem znów na Ramży.
[attachment=85170]
Przed nosem mamy Homolkę (1660 m). Szlak nie wiedzie na sam wierzchołek, ale zboczem. W tyle widać Beniuszkę, ale to jutrzejsze tereny. Taki widok to odznaka, że cel - Ramża - się zbliża. Jednak spojrzenie na mapę nie robi mnie zbyt optymistycznym. Chociaż mamy za sobą górską huśtawkę (z góry w dół i znów do góry ... n-ty raz), to teraz nas czeka górski wąż. Szlak winie się raz w lewo, raz w prawo, tu zatacza o 90 stopni, tam jeszcze więcej. Zejście z Homolki na Hawranią Polanę i drałowanie rozległym zboczem Vrbovicy jest obliczone jeszcze na niespełna dwie godziny. Nie lubię takie te niekończące się podchody w lesie i nawet przez połacie, które kiedyś lasem było.
[attachment=85171]
Z tego miejsca nawet zobaczyliśmy pierwszy raz Ramżę. Było widać. Nasi już puszczali znaki dymne. No tak, ale jak to w takim przypadku często bywa. Cel był po drugiej stronie padołu i dlatego jeszcze nas czekał szeroki łuk chodnika. Jednak kto sobie poczeka, ten się doczeka. Po więcej jak 9 godzinach dreptania moje nogi doprowadziły mnie do kolejnego celu.
[attachment=85172]
Marycha, Pedro i Tomtur śmieją się z operatora zdjęcia. No, zapamiętam! Ramża - dla mnie bardzo ikoniczne miejsce noclegowe. Poniektórzy się jednak szczycą tego miejsca. Dla nas to była wygoda - mamy budę tylko dla siebie.
[attachment=85173]
Dzięki nowo przybyłym - Marycha i Tomtur (inni dostawcy zawiedli) - możemy sobie sporządzić prawdziwą sielankę połączoną z opiekaniem kiełbasek i kosztowaniem świeżego napoju turystycznego. Prawdziwe cielesne i duchowe odrodzenie dla ciała. Nawet wieczorna obniżka temperatury nam nie przeszkodziła w kontynuacji (jak to w jednym poście napisał Szewczyk) sielanki. Zaleźli my do budy i piecyk nam oddawał właściwe ciepło całą noc. Odczułem, że wszyscy byli zachwyceni tym miejscem, nawet bym dodał, że lepiej niż na Andrejcovej.
[attachment=85174]
Pedro, Tomtur, Bogusia, Pablo i marycha pozdrawiają wszystkich z wnętrza Ramży. Dobranoc.

Smile Cdn?.
Fajna trasa i fajnie się czyta. Ponad 9 godzin z dużym plecakiem na szlaku, to, przynajmniej moim zdaniem, zasługuje na szacun ok i dobrą kolację Wink.
A Ja się cieszę (troszkę tylko Smile) że nie udało się wam całości przejść, byle następna próba była po całości to będzie się można spróbować "wespół w zespół..."
Fajna wyprawa, taka prawdziwa czysta przygoda.
ok
Dzień trzeci, czwartek - zahaczamy o cywilizację

Rano wstajemy dla spokojnego przygotowania się do dalszej wędrówki. Tomtur przekonał sam siebie i na swoich plecach przyniósł wszystko co potrzebne do jajecznicy.
[attachment=85190]
No, nie było idealnie, ponieważ była ugotowana na gazie, jednak nie zostało nic dla leśnej zwierzyny. Ramżę trzeba powoli opuścić. Przyznam, że wcale mi się nie chciało. Takie magiczne to było miejsce.
[attachment=85191]
Zadowolenie jest widać na twarzach wszystkich uczestników. Mamy 10:00 i czas plecaków na plecach.
[attachment=85192]
Nie trzeba się zbytnio śpieszyć, mamy przed sobą najkrótszy odcinek. Dzisiaj nas czeka i jedna premia na trasie w postaci zahaczenia o cywilizację. Wykorzystamy wszystkie jej oferty z tym związane. Do Czertowicy idziemy faktycznie dokończeniem podobnego profilu trasy, jaki mieliśmy wczoraj w końcówce. Trasa winie się raz lasem, potem lasem wyciętym, jakiś kopczyk, dreptanie stokiem.
[attachment=85193]
Raczej nudne przejście, które ewokuje w myśli sporo przestrzeni do fantazjowania o lanym napoju turystycznym na Czertowicy. Trzeba się mieć na baczności. Oprócz przełęczy o diabelskim znaczeniu, jest tu jeszcze kopczyk - Čertova svatba (Czarcie Wesele), który akurat trawersujemy. Trzej z teraźniejszej wyprawy ma jeszcze świeżo w pamięci jak to było w pobliżu Piekielnika na Małej F. przed dwoma miesiącami. Tym razem nic się nie działo, diabły poleciały gdzie indziej gnębić turystów i dlatego dochodzimy bez utraty na zdrowiu na Przełęcz pod Leniwą.
[attachment=85194]
Widok otwiera się w pełni na drugą część trasy. W przodzie widać Kraliczkę i grzbiet Ďumbiera. Tam gdzieś jest schronisko. Na razie nas czeka siodło Czertowica i odpoczynek.
[attachment=85195]
Jest 12:30 i oglądamy budynki na Czertowicy (1232 m). Od Ramży 2,5 godziny. Uważny czytelnik zauważy nad byłą Chatą Czertowica stromiznę. W niektórych mapach szlak prowadzi zakosami, w niektórych na krechę. Do przodu zdradzę, że szliśmy na krechę. Prawdziwy wyciskacz tchu. Jeszcze jedno można wspomnieć o Czertowicy. Tutaj się NT dzielą na Wschodnie i Zachodnie. Żegnamy Wschodnie i witamy Zachodnie. Najlepiej pod dachem tutejszych zajezdni. Po obmyśleniu dalszej strategii wyruszamy do walki z pionem. Najpierw ta stara nartostrada.
[attachment=85196]
Każdy idzie sam za siebie. Ja znów beznadziejnie wyruszyłem prędzej, żebym mógł ten wysiłek uwiecznić na twarzach bibowiczów. Tyły są zawsze takie same. Chwilka wytchnienia po wyjściu nartostrady i czeka nas pierwszy kopczyk Zachodnich NT - Lajsztroch (1602 m). Ono się wydaje, że to tylko niecałe 400 m od Czertowicy, ale wchodzimy w obszar, gdzie górska huśtawka jest naturalnym zjawiskiem dreptania szlakiem. Tu 400 m do góry, tam 200 m w dół, żeby znów do góry 300 m. I potem się człowiek dziwi, że i w niskich górach można wyjść na Mt. Everest i nie trzeba w Himalaje..
[attachment=85197]
Na przed wierzchołku Lajsztrocha (ten jest za głową Tomtura) widać dalszy przebieg naszej trasy. Zwłaszcza dreptanie na Kraliczkę (1807 m). W tyle już dumnie się wypina Ďumbier (2046 m) ze swym najwyższym wierzchołkiem, który był dotychczas zasłonięty. Ruszamy wydeptać ten chodnik. Ja wiem, że za Kraliczką już jest dobrze. Odsłoni się widok na chatę i będzie to kolejny dobry znak dla nas. Aczkolwiek przenocowaliśmy w dwu romantycznych miejscach, jednak jesteśmy już rozpieszczeni technokratyczną społecznością i trzeba nam obmyć proch górskich chodników pod ciepłą wodą.
[attachment=85198]
Marychę uwieczniłem wczasie podejścia na Kraliczkę z widokiem na huśtaweczkę od Lajsztrocha, przez Kumsztowe Siodło (1445 m) i Pańską Holę (1635 m). Trochę jest pocieszające, że szlak w górnej części Kraliczki trawersuje jej zbocze.
[attachment=85199]
To zdjęcie by mogło być włożone do działu zagadek z pytaniem: "Odnaleź dwu bibowiczów". Jednak ja tym zdjęciem chciałem przekazać, że i zdjęcia robione z powodu mego wolniejszego podchodu mają coś w sobie. Chociaż nie są ujawnione twarze uczestników to widać, że jedna osoba coś pokazuje kijkiem drugiej osobie. Resztę niech sobie do wyobrazi czytelnik. Dodam tylko, że to był Tomtur i Pablo.
[attachment=85200]
Podobne zdjęcie udało mi się zrobić w Siodle Kraliczka. Dreptanie pod górki mieliśmy już za sobą. Wystarczyło przejść tę równię pochyłą i tam już był nasz cel. Na zdjęciu do dwu sylwetek tych poprzednich dołączyły nasze dwie bibowiczki - Bogusia i Marycha. Te dwie uszczęśliwiony Tomtur pochwycił już przed ostatecznym zejściem do chaty.
[attachment=85201]
Trójce w dali sekundują Chopok (2024 m) i Deresze (2003 m), nasze w końcu nieosiągnięte cele. Mamy 17:30 i stoimy u progu Chaty gen. Sztefanika.
[attachment=85202]
Z jednej strony mnie to cieszy, że mamy kolejny cel za sobą, z drugiej mnie to smuci, ponieważ przez wzgląd przepowiedni warunków pogodowych i za tym idącego obniżenia się pogody ducha, jest to z mojej strony na rzucenie ręcznika do ringu. Dalsze wędrowanie by nie dostarczało pozytywnych przyjemności. Smutek na czas wieczorny mi rozprasza atmosfera schroniska. Spłukanie trzydniowego brudu i wypocin jest dobrym początkiem na wieczorną integrację. Chociaż woda nie miała idealnej temperatury (dopiero co odnowiona dostawa wody, w zimie była zamarznięta) i tak udało mi się doszorować do samej skóry. Buty odpoczywały w suszarni i rano nie musiałem po trzech dniach suszyć je własnymi nogami. Dalej muszę pochwalić kucharza za wyborny gulasz kociołkowy. Był tak dobry, że dwaj bibowicze spałaszowali dwie porcje. Nie będę pisał którzy to byli, niech się sami ujawnią. Wieczorowa integracja bibowiczów to już czas sam za siebie w niemal pustej chacie. Oprócz personelu była tam ekipa młodych, z którymi mieliśmy cześć razem noclegować na Andrejcowej.
[attachment=85203]
Chciałem, żeby Bogusia się z Wami pożegnała na ten dzień, ale nie mogła. Na Lajsztrochu się z czegoś lub kogoś śmiała. Podejrzewam, że Tomtur znów wygłaszał te swoje mądrości. Dobranoc.

Cdn...uhm
Kameralny wyjazd, fajne tereny i piękna wędrówka. Tylko żałować, że nie było i mnie tam Sad Wy chodziliście, mi było tym razem dane biegac po górach. Oby do następnego wspólnego!
Cudna relacja Stasiu jak zwykle Wink
Coś tego Tomtura za dużouhm
Widać, na zdjęciach perspektywę ok .. jednak taki mój telefon, mimo że ładnie wyjdzie zdjęcie, to wszystko spłaszcza do jednego wymiaru.

Mim, że to tak niedawno ale już dobrze się wspomina Smile
Bo z Tomturem zawsze jest weselej! Wink Big Grin

tomtur napisał(a):
Coś tego Tomtura za dużouhm

Przestań chodzić na biby i mój aparat będzie uwieczniał kogo innego.giggle

Stasiu napisał(a):

tomtur napisał(a):
Coś tego Tomtura za dużouhm

Przestań chodzić na biby i mój aparat będzie uwieczniał kogo innego.giggle


Tomtura trudno nie uwiecznić na zdjęciu, zajmuje 2/3 kadru giggle

Stron: 1 2 3
Przekierowanie