Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat

Pełna wersja: Mała Fatra - w siłowni z wiatrem - zimowa biba 2019
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Motto (dedykacja własna dla Anetty i Bogusi): "Kobiety bez względu na wiek starają się za pomocą przereklamowanych środków chemicznych upiększyć swoją cerę i to z wynałożeniem niemałych środków pieniężnych. Tym razem małofatrzański wiatr za pomocą kryształków lodu przykraslił policzki naszym miłym i odważnym bibowiczkom całkiem zadarmo. Dało by się to nazwać naturalną pielęgnacją skóry."
Mała Fatra. Kto z nas ją nie zna? Często jest w repertuarze naszy bibowych spotkań. Dla mnie to już piąta relacja z tego pasma górskiego. Postaram się czytelnika jednak nie zanudzić swoimi myślami.
Dane techniczne:
DOBA : 21.- 24. 2. 2019
PRZESTRZEŃ: Mała Fatra Krywańska (MF)
OBIEKT (do spania): Chata pod Suchym, Pensjonat Balát w Sztefanowej
ODLEGŁOŚĆ: dzień 1 - Nezbudska Luczka - Stary Hrad - Pleszel - Chata pod Suchym (6,5 km); dzień 2 - Chata pod Suchym - Suchy - Mały Krywań Fatrzański - Siodło Bublen - Siodło za Krawarskim - Dolina Vratna Stara Dolina (11,5 km); dzień 3 - Sztefanowa - Mezirozsutce - Wielki Rozsutec - Mezirozsutce - Vrchpodżiar (bez Dier) - Sztefanowa (11 km); dzień 4 - Zamek Orawski.
SUMA PODEJŚĆ: dzień 1 - 800 m, dzień 2 - 900 m, dzień 3 - 1020 m
CZAS (według mapy): dzień 1 - 3:17, dzień 2 - 4:48, dzień 3 - 4:54
OSOBY:
- forumowe - Anetta, Beskidniska, Bogusia, Fazik, Pablo, Stasiu, TomaszRT, Tomtur, Tratina, Watażka
- gościli - Basia i Paweł

Dzień pierwszy, czwartek - zakładamy obóz wypadowy

Dla tych co mają wydłużony termin w drałowaniu po MF (poczet 8), zbiórka jest zaplanowana przed bazą główną - pensjonat Balat w Sztefanowej. Właścicielka jest dla nas pozytywnie nastawiona i możemy samochody - poczet 3 - zaparkować przed pensjonatem i tym zaoszczędzić trochę waluty.
[attachment=84529]
Zadanie brzmi jasno - dojechać do tego miejsca tak, żeby zdążyć na autobus z odjazdem 12:25. Spóźnialskich się nie toleruje. Jedziemy do Żyliny i tam przesiadka na kolejny publiczny środek lokomocji - pociąg.
[attachment=84530]
Ponoć dla poniektórych ciekawe przeżycie przejechać się znów pociągiem od bardzo wielu lat. No, czego nasz szanowny bibowicz jeszcze nie doświadczy. Ta atrakcja jednak nie ma długiego trwania. Po 15 minutach wysiadamy w ostatnim cywilizacyjnym miejscu - w Niezbudzkiej Luczce. Odtąd będziemy już kroczyć po własnych. Jeszcze nim wystartujemy, trzeba nam odwiedzić kultową gospódkę zaraz na stacji kolejowej. Przytoczę tutaj dwa historyczne zdjęcia z 2009 roku (dalej dla porównania będzie ich więcej).
[attachment=84531][attachment=84532]
Wtedy snuliśmy plany na świeżym stacyjnym powietrzu. Tym razem uchyliliśmy się do wnętrza.
[attachment=84533]
Całe cztery dni przed nami. Nie może być lepiej. Co nas tam czeka u góry? Sprawdzi się prognoza pogody? Takie pytania są zadawane w niemal domowym pomieszczeniu. Mamy 14:10 i stajemy na starcie.
[attachment=84534]
Dobre humory to podstawa. Na dalsze dni będzie nam tego potrzeba. Dzisiaj nas czeka ponad 3 godziny drałowania. Meta znów w kultowym dla bibowiczów GŚ miejscu - Chata pod Suchym. Na rozruszanie lekki wariant poziomego przejścia koło meandru Wagu pod Stary Hrad w akompaniamencie ruchu kołowego i kolejowego pobliskich dróg w relacji Żylina-Martin.
[attachment=84535]
Rzecz jasna, że to było godzinne głaskanie po głowie. Tych 800 m drałowania pod górkę było dla nas przygotowanych w kolejnej części wycieczki. Trudno mi o dramaturgię tego wyjścia. Tyle razy tu podchodziłem. Wiem, że kawałek za Polaną pod Hradem ktoś ogiął ścieżkę ostro w prawo i ktoś inny postawił ją prawie że pionowo. Pierwsze metry jeszcze nie rozdzierają płuca, ponieważ jest w planie odwiedzenie Starego Hradu. Nim człowiek zacznie rozdzierać płuca, już znów hamuje w celu odwiedzenia zamczyska. Ani nie postawiłem plecaka w kącie i już cała ekipa rozleciała się po ruinach.
[attachment=84536]
Ponoć szukali dogodnej komnaty do ewentualnego awaryjnego nocowania. Jednak faktycznie tutaj spać nie będziemy. Po pierwsze, w nocy tutaj na pewno straszy, po drugie, nie ma też centralnego ogrzewania i jeszcze jest za wcześnie na nocowanie w plenerze. No i po trzecie roi się tutaj od sporo rzezimieszków, którzy wykradają wiśniówki.
[attachment=84537][attachment=84538]
Było to jak w roku 2009, tak i teraz. Będzie trzeba z tym zrobić porządek. Wychwytać te osobniki i wymoczyć w zimnym Wagu.
[attachment=84539]
Na razie nie mamy czasu i raczej zmywamy się stąd szybko, ponieważ nam mogą te osobniki wykraść wszystkie zasoby. Żarty się skończyły i rozpoczyna się na poważnie drałowanie do góry.
[attachment=84540]
Każdy idzie za siebie i sam musi okosztować wartość podejścia. Wiele razy tutaj podchodziłem i mam zmapowany teren. Zaraz nad zamkiem są dwa podejścia rozgrzewające. Po drugim (rozpoczynający się od małej kapliczki na drzewie) jest małe wypłaszczenie z możliwością zregenerowania sił. Drugim powodem do zatrzymania się jest pierwszy widok na Suchy i zarastającą Chatę pod Suchym.
[attachment=84541]
Tutaj wyśmiany Paweł jest w roli statysty. Dla porównania, jak się to miejsce zmienia, podaję jeszcze dwa zdjęcia - jedno z porównawczej biby z roku 2009 i jedno z mojego samostatnego wyjścia z roku 2010.
[attachment=84542][attachment=84543]
W tym miejscu jest też pomyślna połowa pionu, który nam na dzisiejszy dzień MF przygotowała. Skala trudności podnosi się o jeden stopień. Do pionu dołącza zlodowaciała pokrywa śnieżna. Patrzeć na turystów z rozjeżdżającymi się nogami jest większy ubaw. Czekają nas kolejne dwa podejścia.
[attachment=84544]Szkoda, że Basię nie ująłem z boku. Można by było obliczyć według niej kąt nachylenia stoku. Ale i tak widać, że podejście nie jest przechadzką wiśniowym sadem. Wyciskacz tchu kończy się na Pleszelu. Pogoda nie jest przyjazna na wypicie napoju turystycznego, jak przed ongiś laty.
[attachment=84545]
Nas raczej ciemność powoli dopada. Jeszcze że ostatnia część wycieczki oferuje taryfę ulgową - Tomturowy Szlak. ,
[attachment=84546]
Za mniej więcej pół godziny będziemy się posilać w cieple schroniska. Już teraz mnie grzeje na sercu i duszy myśl o kominku w jadalni. Z tych grzejących myśli mnie wyrywa skuteczność. W powietrzu odczuwam zmianę pogody. Przedpowiednie głoszą na noc opady śniegu. Te się później sprawdzą. Po 3,5 godzinach docieramy do chaty.
[attachment=84547]
Takich widoków tym razem nie mieliśmy, ale nic nam nie może zepsuć kominkowej atmosfery.
[attachment=84548]
Lubię te pierwsze noce wśród przyjaznych dusz. Wtedy całkiem zapominam na świeckie problemy.
[attachment=84549]
Na koniec dnia Fazik pozdrawia z zamkowej komnaty.

Cdn....przejście granią blink
Takie miłe "zdrowego" początki, grań blink była piękna...

Moje spostrzeżenia zza aparatu:
[attachment=84550][attachment=84551][attachment=84552][attachment=84553]
Dzień drugi, piątek - 7 w skali beauforta

Rano jeszcze nic nie wskazuje, że później nas czeka wiatrzysko, które co do prędkości (odczytałem na portalu, że na Chlebie w ten dzień wiał wiatr o prędkości 60 km/h, w podmuchach może i więcej), można parafrazować z piosenką Czerwonych Gitar. Jednak my mogliśmy śpiewać tylko o siódemce. Ale i tak to wystarczyło. Podczas śniadania zauważamy, że przez noc nasypało około 20 cm nowego śniegu.
[attachment=84587]
Jest to dobrze widoczne na ławce w lewo obok ekipy bibowiczów. Trzeba jeszcze przytoczyć jeszcze jedną informację. Tomtur wczoraj skręcił nogę w kostce i nie czuł się na przejście. Z tego powodu postanowił zejść. Jego odwrót nam później pomógł w końcówce. Ochoczo zwiózł z Vratnej do Sztefanowej całą ekipę. Tomtura pozostawiamy jego losowi i ociężale wdrapujemy się po nartostradzie zaraz obok chaty. Jest 8:30 i my rozpoczynamy walkę ze śniegiem. Po osiągnięciu temperatury roboczej, przychodzi wypłaszczenie.
[attachment=84588][attachment=84589]
Widać, że nic nie widzieliśmy. Chwilkowe zatrzymanie się przy polnym ołtarzu w celu zamyślenia się nad naszym losem w dzisiejszej wędrówce. Jest o czym myśleć. Czeka nas wydrapywanie na Suchego. Od początku jest jedno jasne. Trudno będzie utrzymać letni wariant wyjściowy.
[attachment=84590]
Do tego typu poruszania u nas się mówi, że szliśmy na "pas blind". Jedyny kierunek był obrany w przód i na krechę. Na długo oczekiwany wierzchołek wychodzimy zziajani. Jest 10:30. Dwie godziny, to nie jest tak źle.
[attachment=84591]
W takiej pogodzie jeszcze na Suchym nie byłem. Raz trzeba to poznać.
[attachment=84592]
Pocieszam się fotem z przed dwu lat. Widać chociaż kolejne nasze cele - Białe Skały, Stratenec i w końcu M. F. Krywań. Teraz mogliśmy tylko wierzyć, że tam gdzieś w tej zawierusze jeszcze są. Chwilka odpoczynku na parę zamglonych zdjęć. Ruszamy dalej. Kolejna zmiana charakteru przejścia. W zimowym przejściu jesteśmy zmuszeni kopiować żyletę grani. Letni wariant często trawersuje zbocze. Jednak teraz to jest niemożliwe wręcz niebezpieczne. Akurat u podnóża Białych Skał ładnie się prezentowało lawinisko. Ja tego zdjęcia nie mam, ale ktoś z ekipy na pewno ma.
[attachment=84593]
Tutaj dochodzimy do wierzchołka Białych Skał. Latem szlak wierzchołek omija, jednak można wyjść. Teraz na graniówce mieliśmy taki widok - na północny przepaścisty stok, na południe z nawisy. Zejście z Białych do siodła Vrata też było okorzenione swoimi przyprawami.
[attachment=84594]
Czescy skiturowcy akurat schodzą w miejscu, gdzie nowy śnieg przykrył zlodowaciały stok. Faktyczna przechadzka polem minowym. Wystarczyła chwila nieuwagi i człowieczyna mógł ocknąć się o sto metrów niżej. Za siodłem Vrata nas czeka kolejny z trójcy - Stratenec. Przejście nie jest już takie groźne. Na jego odcinku dochodzi do zmiany pogody. Słońce stara się rozpuścić mgłę i do tego pomaga sobie wzmagającym wiatrem. Śnieg przestaje padać, ale wiatr zamiata ten zlodowaciały z ziemi. Odkryte części ciała są bombardowane tysiącami igiełek.
[attachment=84595][attachment=84603]
Za Priehybą czas od czasu pokazuje się nam Mały. Jesteśmy już cztery godziny na nogach i czas na jakiś odpoczynek i posilenie się. Jednak, gdzie tu na wydmuchowie się skryć? Na szczęście na podejściu do Małego są skałki, które jako tako dają schronienie. Mały dzisiaj nie jest w dobrym nastroju i nie ma w myśli nas przywitać. My jednak nie mamy innego wyboru i wciskamy się na siłę w odwiedziny.
[attachment=84604]
Nietypowe zdjęcia z wierzchołka. Jest 13:30. Dojście od chaty trwało nam 5 godzin. W normalnych warunkach to ma być 3 godziny. Odliczam pół godziny na przerwy i wychodzi nam 1,5 godziny spóźnienia. Na nic nie czekamy i wyruszamy z tego wydmuchowa dalej. Wiatr jet taki, że kijki raczej pozostawiam wolno, tylko na paskach, a one przyjmują pozycję poziomą. Czeka nas kolejna próba. Letnie zejście z Małego prowadzi stokiem. Teraz trzeba przejść po żylecie. Jest jeszcze trudniej niż na Białych. Miejscami chodnik ma szerokość około pół metra. Dobrą robotę odrobili czescy skiturowcy. Podążali przed nami i ich ślady nart były dla mnie jak nić Ariadny, która wyprowadziła Thesea z Labiryntu po pokonaniu Minotaura. Watażka mi później powiedział, że on znów widział tylko moje ślady i gdybym zleciał, to by on poleciał za mną, jak był do nich przyklejony. Teraz żałuję, że nie miałem w myślach zrobić jakiegoś zdjęcia. I tak ten odcinek muszę opisać tylko własnymi słowami.
[attachment=84596]
Końcówka zejścia z Małego nie oddaje prawdziwej atmosfery. Nawet jakby wiatr ustawał. Watażka powiedział prorocze słowa: "Ten wiatr już powoli ustaje". Później się okaże, że jeszcze raz będziemy poddani próbie.
[attachment=84597]
Małe okienko pogodowe. Moje ostatnie zdjęcie przed ostatecznym atakiem na nasze nicości. Na zdjęciu widzimy Koniarki. Latem szlak trawersuje jego zbocze i wychodzi w siodle Bublen (w prawo, na zdjęciu niewidoczne). Watażka radził, że możemy pójść znowu grzbietem. Ja jednak dałem się złakomić dobrze widocznym śladem daleko idących w przodzie skiturowców.
[attachment=84598]
Dla lepszej orientacji w mym opisie przytaczam zdjęcie z przejścia z 2016 roku. Idziemy trawersem Koniarek. W prawo widoczny Wielki, pod nim Piekielnik i na tle Rozsutców siodło Bublen. Tam trzeba było dojść. Jednak kolejne wydarzenia zdramatyzowały nasze losy. Najpierw zniknęły ślady nart i tym przerwała się nić Ariadny. Na razie jeszcze to nic nie oznaczało, powierzchnia była utwardzona i zbytnio się nie zapadałem. Widoczność się pogorszyła, ale poradziłem sobie iść na wyczucie. Jednak, kiedy już mieliśmy większość trawersowania stoku Koniarek za sobą i powoli trzeba było wyjść na Bublen, doszło do spiętrzenia wydarzeń. Nagle opanowała mnie biała ciemność, wzmógł się podmuch wiatru (chyba za cały czas najwięcej) i do teraz twardy teren gdzieś zniknął a ja wpadłem w grajdół zanurzając się po pas w śniegu. Moje poruszanie zamieniło się w coś co bym porównał z pływaniem i zarazem dreptaniem kapusty w beczce. Do przodu mogłem się poruszać tylko w dół, ale to nie był właściwy kierunek. Trzeba było do góry! Bezradność ze mną poruszała. Na szczęście z pomocą przyśpieszył Pablo. Ten znalazł 4-5 m ode mnie twarde podłoże i zniknął mi z pola widzenia. Ja, nie wiem jakim stylem pływackim, wypłynąłem z tej zatoki śnieżnej i podążyłem śladami Pablo. Po 30 m teren się wyprostował i dostrzegłem rozstajnik na Bublenie. Jednak dramat się nie kończy. Wiatr teraz napierał o takiej sile, że z trudem trzymaliśmy się na nogach. Wiem co to było. Jako wierzącemu człowiekowi było mi dane poznać jeden z wariantów bramy piekielnej. Jaki to był absurd. Wyżej czekała nas góra Piekielnikiem zwana. Tam to wyglądało jak na diabelskim weselu. Mnie się nie chciało być uczestnikiem tego wesela. Nie wiem, jak pozostali uczestnicy, ponieważ opisuję swoje myśli, ale zbytnio nam nie trwało zadecydować o opuszczeniu grani, zaniechania odwiedzin Piekielnika i Wielkiego i wykorzystać sutuację, kiedy inny szlak nas sprowadzi do doliny.
[attachment=84599]
Jest 15:30. Po siedmiu godzinach mocowania się z aurą pogodową wystarczyło trochę zejść i wnet przychodzi zmiana. W ogóle nie można porównać przeciwności pogodowe, które nas dręczyły cały czas z danym momentem. Widoczny grzbiet Krawarskiego jakby nie wiedział co się dzieje o kilkanaście metrów wyżej.
[attachment=84600]
Zejście do Siodła za Krawiarskim i dalej w dół do doliny to inny świat. Nawet rozmyślam czy tam na grani to była rzeczywistość czy może widzenie. Nawet strome zejście lasem nie było w tym względzie trudne. Jest godzina 17:00 i góry nas po 8,5 godzinach wypuszczają ze swego, większością, wietrznego objęcia. Nasze dzisiejsze zmagania kończymy we Vratnej Dolinie, poniżej dolnej stacji kolejki linowej.
[attachment=84601]
W tym miejscu czeka już dobro serdeczny Tomtur. Ten zwozi wszystkich do bazy w Sztefanowej. Tam już tylko kwatera, kolejni bibowicze i zajezdnia z dobrym jedzonkiem. Wieczorem sporo czasu przeznaczamy na pogawędkę długo niewidzianych przyjaciół.
[attachment=84602]
Anetta kończy dzisiejszy dzień pozdrowieniem z Małego. Ooo! Dopiero teraz zauważyłem, że jeszcze tam nie miała Fazikowe gadżety na buzi.

Cdn... wyjście na Rozsutec
Podejście pod sedlo Bublen w moim przypadku było na "ślepo" forumowa kopanija na moją prośbę nie czekała na mnie a i nawet nie wiedzieli że się czołgam po krzaczorach miejscami po pas a i samo trawersowanie zbocza chyba tego o którym pisze Stasiu gdzie stracił ślad skiturowców nie było dla mnie łatwe, z uwagi iż grawitacja działa na mnie nadal ze zwiększoną siłą śnieg pode mną zapadał się bardziej Smile
Bogdan zszedł w pewnym momencie zobaczyć czy jeszcze idę za wami i nadał kierunek marszu, jednak raczej szedł na czuja a nie po śladach, tych nie było widać wcale, jednak podążając za Bogusiem w pewnym momencie zauważyłem że będąc nieco niżej gramolę się w miejscu w kopnym po pas nawianym śniegu, chwilka przejaśnienia ukazała mi poniżej wywiane pole lodowe, nie namyślałem się długo i zjechałem w dół na czysty teren, miałem teraz twardo pod nogami ale straciłem kilkanaście metrów z podejścia, mogłem jednak poruszać się trochę płynniej jak w śnieżnej poduszce, wgramoliłem się w stronę Bogdana i popędziliśmy w stronę reszty ekipy.

Co do gadzetów na buzi Bogusi i Anetty to trochę mi głupio że nie zwróciłem uwagi na ich buzie na postoju pod małym, ale tam jeszcze nic nie zapowiadało takiego ostrego wiatru jaki nas spotkał po wyjściu zza obelisku. Mogły być zabezpieczone wcześniej, ja zresztą też maskę na gębę zakładałem dopiero po zejściu z małego przed Bublenem.

Ten dzień będziemy długo wspominać ok
[attachment=84605][attachment=84606][attachment=84607][attachment=84608]
Stanisław a byłem własnie ciekaw Twoich wrażeń z "pływania w śniegu" Smile
Ale mnie rozbawiło Twoje motto Stasiu! Big Grin Z całego serca dziękuję za dedykację choć moje przereklamowane chemiczne środki upiększające już sobie poradziły z małofatrzańską naturalną pielęgnacją skóry. Wink

Nasza wietrzna wycieczka jest jedną z tych, których nie zapomnę do końca życia. Niesamowite choć niebezpieczne, wyjątkowe i na pewno niezapomniane przeżycie!
Ja tak, jak i Bogusia, dziękuję Stasiowi za motto ... czuję się wyróżniona ... potwierdzam za Bogusią - u mnie tez już nie ma śladów na twarzy po małofatrzańskim wietrze ... mogę nawet chyba pokusić się o stwierdzenie, że co niektóre zmarszczki mi się dzięki tym "zabiegom" wyprostowały giggle
Stasiu czyta się niesamowicie ... wracają wspomnienia ... dla mnie ten dzień w górach będzie, jak dotąd, najbardziej niesamowitym, ekstremalnym, a jednocześnie pełnym przemyśleń przeżyciem ...
Wierzcie mi. Wcale nie chciałem, żeby tak było. Shy Jeszcze dobrze, że na Rozsutca mieliśmy już pogodę przyjazną. Smile
Aha, do motto by należała i Basia, trzecia kobieca uczestniczka, która też wystawiła swoją cerę naturalnej pielęgnacji. Jednak ją degraduje fakt, że jest tylko przyjacielem forum GŚ.
Wielki SZACUN dla Was wszystkich!!!, za tamten dzień w szczególności dla Kobitek !!!! okHugclap BRAWO dziewczynki !!! BRAWO WY, takich "wycieczek" , wyjść się nie zapomina.
tak swoją drogą dobrze, że się nie wybrałam przez tego Stoha, z tym malym, prawie pustym plecaczkiem szybciej bym pofrunęła niż stanęła na szczycie Wink - to była dobra decyzja, choć kusiło.

czekam na ciąg dalszy... ten idealny, piękny dzień !!!
Fajnie się czytało, przed oczami miałam nasze przejście z 2016 roku, ale warunki to się Wam trafiły... Godne zapamiętania Smile Brawo Dziewczyny, brawo Panowie, wierzę, że do śmiechu Wam momentami nie było podczas tej wycieczki, ale za to dłuuugo będzie co wspominać ok

Też kiedyś trafiłam zimą na wichurę na małofatrzańskiej grani... Nie wiem co jest w tym pasmie, ale chyba w żadnych innych górach jeszcze mnie tak nie wywiało, jak tam Wink

Czekam na kolejną część opowieści Smile
Dzień trzeci, sobota - Rozsutec na szpilkach

Przyznam, że na ten dzień najwięcej się cieszyłem. Pogoda była dla nas ten dzień łaskawa. Nic nie stało na przeszkodzie zimowemu wyjściu na Wielki Rozsutec. Jeszcze go zimą nie odwiedzałem i dlatego byłem w wielkim oczekiwaniu.
[attachment=84611]
Dzisiejszy dzień mamy pełną obsadę. 12 luda z naszej ekipy się pcha na wierzchołek. Do tego trzeba doliczyć dalszych adeptów. Będzie ciasno na wierzchołku. Jest to ostatni weekend na wyjście. Rozsutec się od 1.3. do 15.6. zamyka dla normalnych śmiertelników. Ptaszyny nie lubią gapiów podczas lęgu. Jest 9:00 i dajemy nogę.
[attachment=84612]
Jeszcze na łące nad Sztefanową wchodzimy do szpilek. Droga nas do tego zmusza. Ja obuwam to ustrojstwo po bardzo długim czasie. Sporo się nanosiły u mnie w plecaku, jednak teraz muszą odpracować to noszenie.
[attachment=84613]
Podchodzimy pod siodło Medziholie. Myślę, że to jest dobry wariant. Z tej strony podejście jest łatwiejsze. Rzecz jasna idziemy w zimowych warunkach, szlak nie musi kopiować letni wariant i są na razie postawione pytania, na które znajdziemy odpowiedź dopiero na miejscu. Pierwszy odcinek - rozgrzewający - mamy za sobą. Jesteśmy w siodle. Większość turystów kieruje się w stronę Stoha i Osnicy. My mamy jasny plan. Odkrywa się nam widok. Widać Tatry i to jest dobrze. Z wierzchołka widok będzie jeszcze lepszy.
[attachment=84614]
Gdybym chciał, to by mi się nie udało. Na zdjęciu akurat uchwyciłem całą wczorajszą wietrzną ekipę. Pozostałych jak by nie było. Nie wiem, gdzie się reszta poniewierała. Od teraz poważne podejście. Ścieżka z początku prowadzi raczej prawym bokiem stoku, niż letnim wariantem po żylecie grzbietu.
[attachment=84615][attachment=84616]
Całkiem mi to przypomina alpejskie podejścia na lodowcach do przełęczy. Stok ma kształt hiperboli, czym wyżej, tym stromiej. W końcówce pion pokonuje się zygzakiem. Ciekawe widoki. Zwłaszcza na pobliskie urywy śniegu. Już to poleciało, czy jeszcze poleci? Takie myśli chodzą po głowie. Wychodzimy na grzbiet i łączymy się z letnim wariantem.
[attachment=84617]
Chyba kultowe zdjęcie. Z tego miejsca mam sporo zdjęć i nawet inni tak robią. Grabarz też coś takiego pokazywał. Widok na Medziholie w dole ma swój urok. Bez problemów posuwamy się naprzód. Miernikiem bliskości szczytu jest widok na przeciwległy Stoh. Są z Rozsutcem jednakowo wysokie (różnica 1 m). Kiedy dochodzimy do łańcuchów w ścianie jest już jasne, że nas czeka fajrant w podejściu.
[attachment=84618]
Wierzchołek jest blisko. Pełno turystów się tam kręci. Tylko jak tam wejść?
[attachment=84619]
Jest takie jedno słabe miejsce. Najpierw każdy musi przejść trawersikiem do przełęczy między szczytami Rozsutca.
[attachment=84620]
Trochę trzeba odwagi, kiedy patrząc pod nogi, człowiek w przedłużeniu widzi coś tam w dole. Trzeba się skoncentrować, bo jest ślisko a tu do głowy wpadają takie myśli jak by to było, kiedy by człowiek zjechał tym lodowym rygolem w dół. Dalej nas czekała mała ścianka z łańcuchem. Też niekiedy problemowe miejsce. Tym razem był śnieg. Ale długo tutaj trzyma się lód i trzeba wysiłku, żeby przejść to miejsce. Hemli by mogła coś o tym powiedzieć
[attachment=84621]
Końcówka już tylko na wytchnienie. Godzina 12:00 i jesteśmy na wierzchołku. Klasyczna euforia i pstrykanie w japońskim stylu. Harmider był taki, że nie mam wspólnego wierzchołkowego zdjęcia, mam tylko swoje (nie ma co pokazywać) i potem mi w kadr wlazł jakiś członek grupy antyterrorystycznej, kiedy sobie uwieczniałem Tatry.
[attachment=84622]
Ani nie zdążyłem sobie wysmakować zimowe wyjście na Rozsutec a tu wiara bibowa zaczyna zmykać w dół.
[attachment=84623]
Nie wiem co podawali w Sztefanowej na kolację, że wszyscy pędzili w dół jak głodne wilki. Jeszcze jedna momentka, zanim bibowicze znikną za wyżej wymienioną skałką.
[attachment=84624]
Widać drugi wierzchołek Rozsutca i jeden z przedwierzchołków. Coś takiego trzeba przejść, kiedy padło zamówienie na inną powrotną drogę. No nic, jeszcze się trzeba było skupić na to, gdzie plątają się nogi. Nie wiem czy by skrót w postaci zjazdu ścianą po tyłku był lepszym powrotnym wariantem.
[attachment=84625]
Chwila odpoczynku dla ciepłej herbatki. Trzeba okosztować też ostatni widoki. Jeszcze parę chwil i wszystko zanurzy się w las. Tomtur chyba kosztuje ten czas. Widzi, że na wierzchołku jest stale żywo.
[attachment=84626]
Podczas schodzenia nasza grupa miesza się z innymi turystami i trudno mi zrobić ujęcie tylko "naszych". Kiedy mijam takich turystów, zauważam, że niektórzy się chyba znaleźli nie w tym miejscu. Jedna dziewczyna, i z rakami, schodzi bardzo powoli. Wręcz widać, że jest napojona strachem. W tej samej grupie widzę dwu kolesiów, którzy dla odmiany półślizgiem zjeżdżają w dół, ponieważ nie mają raków w ogóle. Może byli tacy dobrzy, może nie mają kasy, ale chcą zimą na Rozsutca, nie wiem. To, że sobie idą, to ich sprawa, ale oni też tworzą potencjonalne zagrożenie dla innych osób. Jeżeli bym poleciał w dół z własnego błędu, to jest przeznaczenie, ale żebym poleciał w dół z powodu takiego, to mi się nie chce. Znów mi się przypomniała paralela, kiedy opisywałem niezabezpieczonych frajerów na ferracie.
[attachment=84627]
Nareszcie mi się udało zadokumentować naszą ekipę bez naleciałości cudzych. No, rzecz jasna bez Fazika, Beskidniskiej i Pawła. Ci polecieli naprzód w dół z wiatrem w zawodach.
[attachment=84628]
Nie dało mi jeszcze raz popatrzeć na naszego gospodarza. Był dla nas o wiele przyjazny niż Mały K. Cieszy mnie, że mogłem uczestniczyć w tej wyprawie i niech żałują Ci, którzy z nami nie byli.
[attachment=84629]
Jest 13:45 i po nudnej końcówce leśnego schodzenia dochodzimy do siodła Medzirozsutce. Krótka przerwa. Parę osobników słyszy zew Małego R. Pablo i Watażka wymiękają i postanawiają dzisiaj zaliczyć zimowy "double". Pozostali są głusi na wołanie, jak współbojownicy Odyseusza na wabienie Syren. Idziemy dalej w dół. Tutaj nas też czeka Fazik, ponieważ nie wytrzymał tępa Beskidniskiej i Pawła. Na siodło Vrchpodżiar schodzimy zielonym wariantem. To znaczy mijamy Janosikowe Diery. Tylko Fazik rozrywa ekipę i w drugiej połowie i próbuje zejść po drabinkach. Resztka ekipy, zostało nas siedmiu, ląduje o 15:30 na Vrchpodżiarze.
[attachment=84630]
Wystarczyło tego na dzisiaj. U mnie się odzywa żołądek, że ma też swoje prawa. Innym chyba też. Do Sztefanowej jest już co by czekanem rzucił. 16:00 i po 7 godzinach mamy dzisiejsze dreptanie za sobą.
[attachment=84631]
Jak wygląda w pełni nasza baza wypadowa i W. Rozsutec w jednym, widać na zdjęciu. Trójka największych głodomorów - Anetta, ja i Tomtur - od razu pędzimy do zajezdni. Reszta miała czucie najpierw na higienę osobistą. Później zamiana. W przeciągu wieczora bibowicze już w pełni i wybrykani prowadzą spokojne rozmowy w zapleczu - kuchni - do późnych godzin nocnych. I taki był dzisiejszy dzień.
[attachment=84632]
Tym razem Tratina nam na zakończenie prezentuje kawałek MF z grani Rozsutca. Dobranoc.
[attachment=84633] wspomniany przez Stasia obryw, chyba na Białych Skałach???
Ładny. ok
Fajny pomysł z tymi fotamiok
Stron: 1 2
Przekierowanie