Braszow - Czerwone Jezioro - Wąwóz Bicaz
Braszow
Mieszkamy niespełna trzydzieści kilometrów od Braszowa. Dlatego, chociaż
program czasowo jest bardzo napięty decydujemy się na poznanie miasta. Znajdujemy bez trudu parking w centrum, Heniu zostaje a my zwiedzamy.
Spacerujemy po Starym Mieście.[
attachment=7120][
attachment=7122]
[
attachment=7123][
attachment=7124][
attachment=7125]
Starówka to rynek z okazałym Ratuszem. Czekamy na wejście do słynnego „Czarnego Kościoła” Podziwiamy wspaniały gotycki ołtarz, niestety
nie wolno fotografować, nawet za dodatkową opłatą. To największy gotycki kościół w południowo-wschodniej Europie, gotycka katedra robi wrażenie. W trakcie spaceru poznajemy ulicę Sznurowa – najwęższą w Europie. Nasz pobyt w tym urokliwym mieście musieliśmy zakończyć, przed nami jeszcze około 400 kilometrów. Chcemy dojechać aż na Bukowinę.
Lacul Rosu (Czerwone Jezioro) jest na trasie naszej podróży. Powstało w 1837 roku na skutek oberwania skalnej ściany, do dziś z wody sterczą kikuty drzew. Wygląda to trochę niesamowicie, to niespotykany widok. [
attachment=7126][
attachment=7127]Kawałek dalej zaczyna się wąwóz Bicaz. Leży na trasie z Mołdawii do Siedmiogrodu (Cheile Bicazului ) Wysokość jego ścian sięga 800 metrów więc jest to najgłębszy wąwóz Europy. Jest porównywalny tylko z Verdon we Francji. Faktycznie jego szerokość jest niewielka, tak, że w najciaśniejszym miejscu zaledwie mieści się droga i potok. Jest tutaj też wspinaczkowy raj. Pionowe, czasami przewieszone ściany pokrywa sieć dróg wspinaczkowych w części ubezpieczonych na stałe. Stoi duża ilość budek oferujących owcze skóry, drewniane łyżki i inną cepeliowską tandetę. Spacerujemy wąwozem zadzierając głowy do góry. Pamiątkowe zdjęcie zostaje zrobione na jednej ze skał.
[
attachment=7128][
attachment=7129][
attachment=7130] Jedziemy wyszukując miejsca na przerwę w podróży. Tuż za Bicaz rozciąga się na długim odcinku trasy zalew Lacul Izvoru Muntelui. Chociaż na mapie zaznaczono że jest dojazd na półwysep, na coś w rodzaju campingu, takiego miejsca nie znajdujemy. Dziewięć par oczu nie wypatrzyło nawet drogi pozwalającej zjechać z wysokiej skarpy nad brzeg zalewu.
Ostatecznie zjeżdżamy gdzieś nad Bystrzycę, gotujemy wodę na kuchence gazowej i spożywamy posiłek. Jest trochę bałaganu nad rzeką ale znajdujemy swój w miarę czysty „kawałek plaży” Po długiej podróży wszystko było „upragnione”: kanapki, „gorący kubek” czy piwo pośpiesznie chłodzone w rzece.
Dzień powoli się kończył a my mieliśmy jeszcze sporo kilometrów do Suczawy. Kierowcy nie można w żaden sposób popędzać, jedzie tak jak mu warunki na drodze pozwalają. A że były liczne utrudnienia to trudno było osiągnąć zakładaną niewysoką średnią 50 km /godz.
Najważniejsze jednak ze samochód jest sprawny, więc powoli zbliżamy się do Bukowiny.
Postanowiłem o zmianie zaplanowanej trasy, dojeżdżamy do Brosteni. Kierujemy się na Frasin, jedziemy przez kolejne pasmo górskie Muntii Stanisoarei. Może niezbyt wysokie ale serpentyny i zapadające ciemności spowalniają przejazd. „Głupie” 50 km jedziemy półtorej godziny. Wiem że jesteśmy już blisko celu, skręcamy w prawo na Paltinoasę. Posiadam „namiary” na Wilhelma mówiącego po polsku, który „powinien”nam pomóc w załatwieniu noclegu. Korzystam z komórki Piotrka, moja na kartę nie sprawdza się, czas najwyższy rozstać się z nią. Wilhelm jest uprzejmy ale pomóc nam nie może bo już posiada zakwaterowaną grupę wycieczkową.
Decyduję się dojechać do „polskiej wsi”, najbliższą z tego miejsca jest Kaczyka (Cacica) „Mam wiedzę” że jest tam Dom Polski ale innych szczegółów brak. Podobno świadczy usługi noclegowe. Bez większych jak na te warunki (ciemność, padający deszcz) problemów dojeżdżamy do tej miejscowości. „Szukam szczęścia” w pierwszych domach, próbuję „zasięgnąć języka” gdzie to jest ten Polski Dom. Jakieś gospodarstwo jest zamknięte na „cztery spusty”, nie sposób się dostać, trochę też jest obawy przed psami. W kolejnym domownicy podchodzą do bramy „zwabieni”hałasem ale twierdzą że nie mają pojęcia o czymś takim. Decyduję ze podjedziemy do centrum wsi, akurat grupa małolatów toczy swoje dyskusje. Są chętni pokazać nam Dom Polski, pojawia się ojciec jednego z nich który zgadza się nawet żeby syn z nami pojechał busem pod „nasz dom” Halinka „doceniła” jego pomoc, a my jesteśmy zaskoczeni bo posesja mieści się tuż obok tych których pytaliśmy o ten adres. Czyżby stosunki rumuńsko –polskie były tutaj napięte?
Pytanie pozostaje otwarte bo nie mamy czasu i możliwości to sprawdzić. Jesteśmy w „Polskim Domu” i po cichu sądzę że chyba niemożliwe jest żeby nas stąd odesłano „z kwitkiem” Dom otwiera nam para młodych ludzi, okazuje się że też są tutaj tylko „zakwaterowani”
Otrzymuję numer telefonu do gospodarzy Domu, po rozmowie z nimi otrzymujemy miejsca noclegowe. Jestem mile zaskoczony że wystarczył telefon, obietnica dopełnienia później innych formalności i możemy mieszkać.Kolejny raz mamy nocleg, namioty zabrane "na wszelki wypadek" okazują się niepotrzebne.