Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat

Pełna wersja: VI pożegnanie sezonu na Filipce 2014
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Motto (dedykacja własna dla ToamszaRZ): "Ładnie jest dreptać około Anapurny lub Everesta. Jednak Filipka to taki nasz miejscowy gigant. Też ma swoje naj. Trzeba się zmagać z przełęczami, ścianami, graniami i wierzchołkami. Pokazać, że się jest odważny w kosztowaniu nie tylko nepalskich smakołyków, ale i tych beskidzkich, jakimi była szłołkówka i prdelónka (zupa kaszankowa). Obyś na nas zawsze myślał, kiedy będziesz oglądał himalajskie giganty a my w tym czasie będziemy oglądać te nasze. Tylko wtedy górołazy są razem."
Filipka (762 m) (F), powoli staje się popularna jak najwięcej odwiedzane przez forumowiczów góry ? Tatry. Wiem, że nie można ją z nimi porównywać, ale też ma coś z siebie.

Dane techniczne:
DOBA : 20.11. - 24.11.2014
PRZESTRZEŃ: północno-zachodni grzbiet z F i Łączką (835 m) wybiegający z Wielkiego Stożka (978 m) w Beskidzie Śląskim, Dolina Głuchówki; kawałek głównej grani Beskidów Morawsko-Śląskich od Mostów koło Jabłonkowa przez Skałkę, W. Połom do Górnej Łomnej.
OBIEKT (do spania): chałupa pod F.
OSOBY: w kolejności alfabetycznej
forumowicze - Agnieszka1, Bogusia, Fazik, hemlighet, Kamyczek, Malwina, Mieciur, Pablo, Stasiu, szewczyczek, TomaszRT, tomtur,
goście - Bożenka, Jadzia, Łukasz, Marek.

20.11.2014, czwartek, trzeba chałupę ogrzać

Spotkanie filipkowe zaczyna się w tym roku nietradycyjnie. Daję w pracy dodatkowy wolny dzień i pomykam na F już w czwartek rano. Jakoś polubiłem przychodzić do chałupy wcześnie rano i na jakiś czas samotnie się po niej krzątać. Po niezbędnych procedurach chałupniczych, czas na odświeżenie samego siebie. Do tego służy gospódka na Filipce. Trzeba też sprawdzić czy jest należycie przygotowana do przyjęcia bandy forumowiczów. Napój turystyczny jest, nakładany ser też. Do tego jeszcze propozycja domowego salcesonu. Nie zginą. Jasne, że są i inne dania, zwłaszcza możliwość zamówienia sobie smażenego sera. W południe powiadamiam Tomtura, że wszystko jest przygotowane do przyjęcia bibowiczów. Pierwszy jednak przyjeżdża TomaszRZ. Jego kroki kierują się najpierw do zajezdni pani Łabajowej i na pierwszy rzut idzie smażony ser. Ja jeszcze na dodatek przywitałem żonę i syna z wnuczką. Trzeba jakoś na ten dzisiejszy dzień zapełnić chałupę. Za cały dzień zbytnio nie dokumentowałem. Tylko jedno zdjęcie.
[attachment=66881]
Wieczorem dajemy się za utopeńce. Jeszcze mają dojechać Tomtur z Bożenką. Wiele jednak nie pobibujemy. Idziemy spać.

21.11.2014, piątek, forumowa wiara się zjeżdża

Rano pobutkę zarządza nam ekipa Pabla. Ten z Bogusią, Agą i Łukaszem podjeżdżają z samego rana. Jechali pół nocy. Jakie to jest poświęcenie dojechać z Gdyni aż na Filipkę. Świętujemy rozrastającą się ekipę. Tylko Pablo musi suszyć jeszcze usta i to po całonocnej eskapadzie. Prowiant zamówiony u pana Edka sam nie przyjedzie.
[attachment=66882]
Trochę jesteśmy w Kolibiskach za wcześnie. Pan Edek dopiero rozpala w piecyku. Piecyk stary, poczciwy. Wnet ciepło rozlewa się w szynku.
[attachment=66883]
Czekając na prowiant każdy sobie wypełnia czas po swojemu. Jedni w przyjaznej rozmowie, inni w kosztowaniu płynu do chłodnicy i czytaniu miejscowego periodyku i jeszcze inni zaskoczyli za pana gospodzkiego, żeby (oprócz Pablo) nie suszyć długo buzi.
[attachment=66884][attachment=66885][attachment=66886]
Wszystko zakupione i można jechać. Dzisiejszy dzień mamy zaprogramowany na luzowo. Żadne chodzenie po kopcach. Nie liczę wychodzenie z gospódek z Kolibisk, z pod F i samotnej nocnej wspinaczki na F. Nie wiem kogo to był pomysł, jeszcze przed wieczornym opiekaniem mięsiwa, zejść ponownie do Kolibisk i wypróbować bajny napój zwany szfołkówka. Była to pierwsza próba do odzyskania odznaki "filipkowego górala".
[attachment=66887]
Próby podjęło się pięciu śmiałków. Kto to był, jest widoczne na filmiku, który nie jest na razie publicznie pokazywany. Wszyscy pomyślnie przeszli rundę kosztowania bajnego napoju. Szkoda, że nie mogliśmy na dłużej zostać w Kolibiskach. Trzeba było drałować do chałupy. Gdzieś w drodze byli Hemli z Szewczykiem i Malwina z Mieciurem. Wypada ich przywitać chlebem i solą (tym razem zamiast soli było mięsiwo).
[attachment=66888]
Najwięcej odwiedzanym miejscem był garaż w piwnicy. Tam człowiek był zaraz u źródła napoju turystycznego.
[attachment=66889]
W tym czasie integracja przebiegała na całego. Wyżej wspominani bibowicze dojechali szczęśliwie i na domiar otrzymaliśmy jeszcze informację, że Fazik z żoną kursuje gdzieś po Beskidach i szuka drogi, która by go doprowadziła na F. Jestem z tego faktu zdziwiony. Przecież wszystkie drogi w Beskidach prowadzą na F i dlatego nie można zabłądzić. No, na razie Fazika zostawiamy swojemu losowi i kontynujemy integrację już we wnętrzu chałupy. Może ktoś pamięta, jak Tomtur jeszcze długo przed bibą marzył o nogach przy kominku z zimnym w ręku.
[attachment=66890]
Jego marzenie się spełniło. Teraz jak patrzę na to zdjęcie to jeszcze więcej mi smutno, że w tym roku wszystko już za nami. Od ciepłego kominka nam trzeba kwapem stawać. Fazik skończył gdzieś obok szkółki leśnej i trzeba go telefonicznie naprowadzić do naszej przystani. Wszystko się dobrze kończy i możemy przywitać w tym dniu ostatnich bibowiczów. Było dzisiaj tego sporo, ale to nie koniec imprez. Czeka nas nocna wspinaczka na wierzchołek F. To jeden ze stałych punktów programu podczas pobytu w chacie na F. Sporo forumowiczów już stanęło na jego szczycie. Poszliśmy i tym razem. Północna ściana i wschodnie siodło zwalczyliśmy bez problemów. Tylko grań AL przygotowała dla nas niespodzankę w postaci bajora i błota, które w świetle czołówek stanowiły niezłą pułapkę. Jednak nasze doświadczenie w chodzeniu po lodowcach z przeręblami pomogło nam i tutaj uporać się bez uszczerbku na zdrowiu z tymi problemami.
[attachment=66892]
W budce na wierzchołku kolejny ciąg naszej integracji. Jesteśmy w euforii. Przed nami jeszcze 2 - 3 dni biby. Co może być lepszego? Pora wracać, jutro nas czeka czynność w postaci turystyki górskiej. Szewczyczek coś gadał o zejściu direttissimą F, ale wybiliśmy mu to z głowy. Nie mieliśmy odpowiedniego ekwipunku do tak ciężkiego zejścia. Może w następnym roku zabierzemy linę, szpej wspinaczkowy i spróbujemy wyjść północną ścianą o północy. Na otarcie łez Szewczykowi przysiągłem, że direttissimę nazwiemy szewczykową.
[attachment=66893]
Tej nocy musiało nam wystarczyć zejście granią PI. Po dojściu do chałupy impreza powoli się kończy. Wszyscy rozchodzą się do pokoi, żeby należycie przygotować się na jutrzejszy dzień.
[attachment=66891]
Bibowicze życzą dobranoc.

Cdn...
Echhhh... Zazdroszczę Wam, że mogliście bawić się/spędzać czas w taki sposób i w takim zacnym Towarzystwie (Towarzystwie napisałem z dużej litery celowo. Bo to Towarzystwo przez wielkie "T"). Stasiu czekamy na więcej. Super czyta się to co piszesz.
Ehhh - dawno mnie tu nie było ... i od razu po przerwie trafiam na "Filipkową Opowieść" Smile
Miło zobaczyć Wasze radone twarze! Czekam na ciąg dalszy.
Fidelio, żal, że Ciebie z nami nie było, w ogóle zniknęłaś jakoś z GŚ....
Przyjemnie się czyta. I chce sie wiecej. Smile
relacja rozwija się na dobre, czekamy na pikantne kąski
22.11.2014, sobota, wypada coś przedreptać

Nie chciałem przypuścić tego samego scenariusza z zeszłorocznej biby, kiedy nie byliśmy na żadnej wyprawie. Nic nie pozostawiam przypadkowi i już wieczorem wszystkim wszczepiam do głowy, że "jedzie, jedzie pociąg z daleka, na nikogo nie czeka". A nam trzeba do Nawsia drałować 4,5 km. Na spóźnialskich nie czekamy. Dla tych co zostają na chałupie czeka zadanie w postaci obierania ziemniaków na placki i utrzymywania domowego ciepełka. W ilości 11 luda wyruszamy o 8:20 przez F do Nawsia na pociąg. Po drodze mijamy fermę, która w całej okolicy (nawet w pobliżu chałupy na F) wynajęła pola do wypasania bydła i trzody.
[attachment=66898]
Zainteresowanie bibowiczów wzbudziły włochate świnki, które domagały się na przechodniach jakieś zakąski.
[attachment=66899]
Dla niewiedzących mogę dodać, że to nie jest żadna krzyżówka barana ze świnią, ale jest to normalna węgierska rasa świń - Mangalica (patrz Wikipedia). Dodam tylko, że jest dostosowana do całorocznego wypasania i ponoć ich tłuszcz ma mniej cholesterolu. Trochę dalej największą furorę zrobiła Baśka (tak ją Tomtur pomianował), która nie tylko domagała się przekąski, ale ze smutnym kwikiem nie chciała się pogodzić z tym, że nie może nam dotrzymywać towarzystwa.
Patrz: https://www.youtube.com/watch?v=0QJ9yhjd5Ek
Do Nawsia dochodzimy przed czasem. Niektórzy ciekawscy z racji poznawania tutejszej kultury odwiedzają dworcową restaurację. Pociągiem podjeżdżamy dwie stacje do Mostów koło Jabłonkowa.
[attachment=66900]
Z tego miejsca rozpoczyna się jedno z głównych przejść Beskidów Morawsko-Śląskich. My mamy w planie odkroić kawałek z tego smakowitego kąska. Chyba w najbliższym czasie będzie trzeba sporządzić jaką poważną bibową wyprawę w tych górach. Mosty same od siebie są wysoko usytuowane (490 m) i dlatego nie trzeba zbytnio drałować pod górkę w stronę Skałki (około 400 m). Właściwie największe podeście jest w samej wiosce i potem jeszcze kawałe za nią.
[attachment=66901]
Dla nas akuratne do rozruszania kości i zagrzania organizmu. Tylko ta pogoda mogła być lepsza. Widoków brak. Lubię te nasze Beskidy. Mają jedną nigdzie niespotykaną zaletę. Sporo schronisk. Człowiek nie ma szansy się zbytnio upocić. Po godzinie wchodzimy do schroniska Skałka.
[attachment=66902]
Czas na pierwsze kosztowanie regionalnych dań. Napój turystyczny rzecz jasna. Wzięcie miała zupa czosnkowa, langosze i chyba ktoś próbował smażony ser.
[attachment=66903]
Na podobne zdjęcie, zasłane na forum, Mirek pytał o pogodę. Na zewnątrz pogoda trzymała wciąż swoje. Jednak nasze buzie były jak z żurnalu. Nie tylko pogodą żyje turysta.Trzeba było jednak nie przesadzać. Na drodze były jeszcze dwa schroniska. To następne postanowiliśmy ominąć. Tam zahaczyliśmy o najwyżej położony w Republice Czeskiej otwarty z nierdzewnej stali basen.
[attachment=66904]
Wtedy wznikło następne pamiątkowe zdjęcie. Wszyscy są ustawieni, tylko Tomtur robi zdjęcie powierzchni wody i zarazem wygląda jakby chciał zrobić nura i też ja, który w lewo u dołu zdjęcia w dziwnej pozycji dolatuje do grupki, żeby zdążyć na czas. Stąd to było 15 minut od Skałki i uciążliwych 20 minut do Kamiennej Chaty.
[attachment=66905]
Najpierw zajmujemy wieżę widokową w nadziei, że coś zobaczymy. Jednak marne były nasze nadzieje. Nie było nam dzisiaj dane oglądać widoków. Tylko Tomtur opowiedział co by było widać, kiedy by było widać.
[attachment=66906]
Kolejne odwiedziny schroniska. Tutaj się odbywało drugie zadanie w pełnieniu odznaki ?filipkowego górala?. Tym razem w postaci kosztowania tajemniczej zupy prdelónki (kaszankowej).
[attachment=66907]
Próby podjęło się tylko dwu śmiałków, trzeci ostrożnie spróbował jedną łyżkę. Pozostali ze zgrozą na twarzy nie podejmnęli się tego zadania. Nie wiem co było przyczyną tak znikomego uczetnictwa w tym podejściu? Może dlatego, że im jeszcze w żołądkach bulgotała czosnkowa i kolejna regionalna zupa mogła przyswoić niedolegliwości przewodu pokarmowego. Trzeba nam było porządnie odpocząć. Czekała nas dłuższa przeprawa przez W. Połom (najwięcej położony na wschód jednotysięcznik w RC) do G. Łomnej. Jest to dziki odcinek na granicy ze Słowacją, o którym się mówi, że to kraj misia, wilka, rysia i cietrzewia. Od Kamiennej Chaty to jest pełnych 16 km nim się dojdzie granią do następnego schroniska na Hadaszczoku. Znam to przejście i muszę tu raz przeprowadzić bibowiczów. Dzisiaj nie mamy w planie drałować tak daleko, zejdziemy pod Połomem do Łomnej.
[attachment=66908]
Po gospodarzach nie było ani śladu i dlatego w miarę organizowanie docieramy na wierzchołek. Dziki odcinek i dlatego też dziki wierzchołek. Zero widoków.
[attachment=66909]
Jednak najwyżej osiągnięty punkt (1067 m) całej biby trzeba jakoś uczcić. Do tego celu nam służy trochę destylowanego soku śliwkowego.
[attachment=66910]
Zbytnio nie gościmy na szczycie. Autobus z Przelaczy odjeżdża dokładnie o 16:00 i na spóźnialskich nie czeka. Schodzimy do siodła, gdzie znajduje się Kapliczka pod Murzynkowym Wierchem. Ze studzienki napajamy się jeszcze prawdziwej, ponoć leczniczej, wody i na dobre opuszczamy główny grzbiet.
[attachment=66911]
Końcówka to typiczne beskidzkie schodzenie lasem do doliny. Pierwsze chałupy dają znać, że jesteśmy gdzieś u celu. Jednak i tutaj wszystko wygląda jak na końcu świata. Na szczęście i z końca świata jeździ autobus.
[attachment=66912]
Ten przejeżdża całą doliną Łomnianki i wypluwa nas ponownie w Nawsiu. Jednak to nie był koniec naszej dzisiejszej wędrówki. Z wygrzanego środka komunikacji publicznej stajemy na końcowym przystanku we mgle i już po ciemku. No trzeba nam jeszcze tych 4,5 km drałować do chałupy na F. Pognaliśmy jak konie za wodą, żeby się rozgrzać. Pogoda taka, żeby prosiaka na dwór nie wygnał. Nawet Baśki nie było. Niewiernica jedna. Przed 18:00 jesteśmy na chacie. Tam na nas czekał już poszerzony kolektyw o Kamyczka i jej męża Marka. Osobiście sprawdzam wykonanie zadań przez domowników - obrane ziemniaków i utrzymywanie ciepła. Są wykonane. Fazik nawet trochę pozamiatał. Kto by pomyślał, że resztki dnia już upłyną na luzie, to się myli. Czekały nas jeszcze dalsze imprezy i zadania. Najpierw trzeba było napiec placki. Przyznam, że to była dla mnie premiera. Zawsze tylko pomagałem ojcu. Teraz ja miałem odebrać pałeczkę. Jak to się zakończyło? Z początku miałem problemy, ale dzięki paru radczyniom uporaliśmy się razem z tym zadaniem. Placki ze szpyrką musiały smakować, ponieważ tylko mało ich pozostało. Następną imprezą napoczętego wieczoru był kwiz.
[attachment=66913]
Uczestnikom przygotowałem trochę tortur, żeby nie mieli na bibie lekko. Trzeba było odpowiedzieć na parę (30) pytań. Przyznam, że wszyscy poważnie zabrali się do tego zadania. Mam nadzieję, że to nie było tylko z powodu możliwości zyskania nagrody, ale z powodu sprawdzenia swojej wiedzy w trzech tematach. Po ogłoszeniu wyników (dla mnie wszyscy wygrali), rozpoczęła się ponownie część integracyjna. Dzień był ciężki i dlatego pojedyncze osobniki ulatniały się do swych pokoi. Z tego też powodu drugie nocne wyjście na F było znacznie przerzedzone. Na uznanie zasłużyli tylko Bogusia, Bożenka, Kamyczek i wtórujący im Tomtur. Nie wiem co się działo na górze, ale musiało być fajnie. Kiedy o 00:30 wynosiłem popiół do kontejnera, z wierzchołka snuł się głośny śpiew, któremu drugi głos użyczały obudzone psy w okolicy. Mogę tylko zakończyć myślą dnia: "Na F odeszły trzy turystki i jeden turysta a powróciło śpiewacze trio pod batutą Tomtura".
[attachment=66914]
Od Chaty Skałka bibowicze życzą dobranoc.

Cdn....uhm

Stasiu napisał(a):
Cdn....uhm


i na to czekam niecierpliwie Smile

Stasiu napisał(a):
Od Chaty Skałka bibowicze życzą dobranoc.


wspomniałeś że 11 osób ruszyło na wyprawę, a na ostatnim zdjęciu doliczyłem się 12 postaciWink, czyżbyście kogoś dokoptowali po trasie

Super się czytało Stasiu Smile
Wiele rzeczy z tego spotkania utkwiło mi w pamięci, m.in. powitanie strudzonych wędrowców mięsiwem, i to jakim Shy, najwyżej położony basen ze stali nierdzewnej w Czeskiej Republice Toungue, czy tam test dla forumowiczów, który był genialnym pomysłem. Chciałoby się, żeby takie spotkania trwały dłużej, ale co zrobić - trzeba się cieszyć, że w ogóle są Smile
A z ową prdelonką być może się jeszcze kiedyś zmierzę... Chociaż jakbym miała wybierać to chyba wolę jednak skosztować szfołkówkę uhm

Czekam na cd ok
Stasiu do chaty Zuzana do pana Petra nie zawitaliście.Do świata Dzikiego Zachodu?
Mirek, Tomtur miał ten zamysł, ale to byśmy czasowo się nie wyrabiali. innocent Z tego powodu mijaliśmy też Severkę.
Tak też myślałem, zostanie na następny raz.ok
23.11.2014, niedziela, tym razem na luzie

Kto myśli, że będę opisywał jeszcze jakie górskie swawole, to się myli. W niedzielę turysta górski nie pracuje, ale odpoczywa. Rano sobie wstaje każdy jak sobie chce. W planie jest jedyny stały punkt programu - smażenie jajecznicy na ogniu. Żadna jajecznica nie smakuje lepiej jak ta, która przejdzie ogniem.
[attachment=66919]
Do jego rozpalenia jest powołany druh Mieciur. Klasycznie rozpala jedną zapałką. Budujemy prowizorne palenisko do postawinia garnka. Role są podzielone. Kolejny druh Szewczyczek roztapia szpyrkę.
[attachment=66920]
Trzeba jej sporo. Przecież jajecznica będzie o 60 jajkach. Druh Szewczyk sprawnie się uwija, wszyscy wiedzą, że ma praktykę w smażeniu wysokogórskiej jajecznicy. Patelnia jest stałym ekwipunkiem jego plecaka. Pozostałej wiarze bibowej przypadła rola degustatorów.
[attachment=66921][attachment=66922]
Musiało smakować, ponieważ z garnka jajecznica szybko znika a talerze były wręcz wylizane. I co z napoczętym dniem? Zdrowa część udaje się na kawę lub inne napoje do gospody pani Łabajowej. Ta o 11:00 jest już sporo zapełniona, ale udaje nam się jeszcze wmieścić przy stole gospodarzy. W czasie odpoczynku pada propozycja odwiedzenia pobliskiej Łączki. Naszym forumowym górołazom nie trzeba dwa razy proponować takie aktywności. Idziemy.
[attachment=66923]
Opuszczamy wygrzaną gospodę i kierujemy się na wyznaczony wierzchołek. Z Łączki jest ładny widok na zachód. A nuż będzie nam dane zobaczyć Pradziada!
[attachment=66924]
Marne jednak nasze nadzieje. Tegoroczna biba jest skąpa na widoki. Trzeba się pocieszyć integracyjnymi rozmowami. Wracamy do chałupy, żeby długo nie pozostała sama ta leniwsza część wyprawy.
[attachment=66925]
Jak przypuszczałem. Czyste powietrze zrobiło swoje. Bibowicze, jak nie chodzą po kopcach, to jedzą. Na zgliszczach jajecznicowego ogniska zrobili sobie nowe ognisko, tym razem do opiekania kiełbasek. Ciekawi mnie tylko co Tomtur miał w tej filiżance, że musiał wdziać krótkie spodenki i to podotykam, że było parę stopni nad zerem. Dla mnie jednak nadchodzą smutne chwile. Jest niedziela popołudniu i bibowicze powoli zaczynają myśleć nad powrotną drogą. Na żadnej bibie nie lubię tego czasu. Jednak życie jest takie. Raz, i to dobre, wszystko się kończy. Ani się nie nadzieję i w chałupie robi się pusto. Pozostałem ja i Tomtur z Bożenką. Smutek jest jeszcze większy, kiedy dowiadujemy się, że pani Łabajowa ma już zamknięte. Nawet nie ma gdzie na smutek posiedzieć. Musi nam wystarczyć wieczór z oglądaniem czeskiego filmu w telewizji.
[attachment=66926]
Wyśmiane buzie bibowiczów żegnają się z nami.

24.11.2014, poniedziałek, trzeba jakoś posprzątać

Już wieczorem gwiazdziste niebo daje nam nadzieję na słoneczny poniedziałkowy poranek. U mnie i Tomtura budzi się od razu górska dusza. Wstajemy na wschód słońca. Nie można przepuścić takiej okazji. Sporo nas to nie kosztuje. Jest późna pora roku i F jest bardzo blisko.
[attachment=66927]
Słońce spoza Stożka wychodzi dopiero o 7:48. Obstrykujemy całą okolicę. Nareszcie pogoda nam jest nakłoniona i góry dumnie pozują przed obiektywem aparatu.
[attachment=66928][attachment=66929]
Na drugiej fotografii w środku daleko w tyle widać nasz Wielki Połom. Szkoda, że tak nie było w sobotę. Z letargii budzi nas goła skuteczność. Jest poniedziałek i ten nie jest przeznaczony dla górskich swawoli. Trzeba robić porządek. Chałupę polerujemy całe dopołudnie. Zaczynałem u Łabajowej i też kończymy u niej. Obiadek nam w nagrodę bardzo smakuje. Jednak i nam powoli kończy się odmierzony czas przeznaczony na bibowanie. Zjeżdżamy do doliny, gdzie nas pochłania codzienne życie.
[attachment=66930]
A chałupa na F cierpliwie na nas poczeka do następnego roku.

I na koniec: Dzięki wszystkim za hojne przybycie na pożegnanie górskiego roku 2014. Chałupa wytrzymała ten napór i dlatego możemy próbować ponownie w przyszłym roku tutaj zawitać. Przecież trzeba nam robić direttissimę F. Dziękuję wszstkim za pomoc w przygotowaniu czegokolwiek. Dzięki za dobry humor i miłą atmosferę. Do następnego!

KONIEC
naprawdę fajna bibka wam się udała, widać Stasiu że na wszystko byłeś przygotowany i poprowadziłeś pożegnanie sezonu od otwarcia chaty do jej zamknięcia w nienaruszonym stanie
Gratulacje ok
Stron: 1 2 3
Przekierowanie