27.10.2012, drugi dzień
Rano wcześnie wstajemy z wyrka i z niecierpliwością patrzymy z okna, żeby zobaczyć co nam pogoda przygotowała. Przyznam, starała się dobrze. Na takich góroli, jak my, przecież nie może być lajtowo. Żadne prześwity słońca i błękit nieba, ale porządne diabelskie wesele. Tam u góry rozpruli gigantyczną pierzynę. Sypało całą noc i miało sypać jeszcze cały dzień. Na szczęście termometr pokazywał -7 stopni C, wtedy śnieg nie lepi się na ubranka i nie zrobi z nas bałwany. Z werwą wychodzimy na zewnątrz schroniska przygotowani walczyć z przeciwieństwami. Buzie na razie wyśmiane,
[
attachment=48813]
jednak niektórzy do walki ze śniegiem przygotowali się mniejwięcej jak bojownicy Ninja. Naszym pierwszym celem jest osiągnięcie schroniska Odrodzenie na Przełęczy Karkonoskiej. Ma to być próba naszych możliwości fizycznych i psychicznych. Startujemy o 9:30. Początek jest łatwy. Śniegu mamy powyżej kostek, przed nami przejechał samochód i zrobił nam wygodne kolejiny. Nawet wiatr jest przychylny, dmucha raczej z tyłu.
[
attachment=48814]
Taki typiczny szlak Tomtura. Jednak dzisiejsza wędrówka to będzie jak gra kopmputerowa. Z początku jest nastawiony Level 1, który jest łatwy i rozgrzewający. Przejście na Level 2 zaczyna się niebawem. Samochód przy Spalonej Strażnicy zjechał w prawo a my musimy wciąż przed siebie w stronę Kotłów. Kolejiny się skończyły, śnieg zaczyna padać poziomo i wiatr dmucha czas od czasu z boku starając się śmigać po licach.
[
attachment=48815]
To, że dochodzimy do kotłów poznajemy po poręczówkach z łańcucha. W normalnych warunkach są tutaj ładne widoki, ale nam są zapowiedziane. Wietrzyk wykorzystuje teren i próbuje nam dmuchać prosto w buzię.
[
attachment=48816]
Że ja głupol zapomniałem gogle w domu. Niekiedy je smykam w plecaku bez użytku pół zimy i teraz, kiedy je potrzebuję, to sobie leżą w domu w suchej szafie. Przechodzimy na dalszy poziom. Kiedy się ruszamy, jest dobrze. Jednak pozapinani na ostatni guzik człowieczyna się poci. Próba zatrzymania się jest natychmiast nagrodzona lodowym uściskiem odkrytych części i zamarznięciem przepoconych części garderoby. Ścieżka pod M. Szyszakiem wystawia nas na dalszą próbę. Kamienie na drodze nie są już poukładane tak równo. Przykryte śniegiem stawiają niemiłą przeszkodę. 11:45, Odrodzenie. Do schroniska jesteśmy wpychani lodowym wiatrem. Na szczęście drzwi idzie zamknąć i odcinamy ten świeży podmuch zimy od schroniskowego ciepełka.
[
attachment=48817]
Po focie widać, że twarze bibowiczów już inne niż we Śląskim. Uśmiech jakby zamarzł na ustach. No, nie trzeba się teraz zbytnio starać. Idziemy roztajać do głównego pomieszczenia w schronisku - jadalni. Zasłużyliśmy na okosztowanie miejscowych dań. Trochę nieprzyzwoicie zaglądam drugim do talerza.
[
attachment=48818][
attachment=48819]
Z własnego poznania mogę potwierdzić, że gulasz mi smakował. Uczestnikom jednak najwięcej smakował napój, który jest widoczny obok miski z zupą fidelii. Ten najwięcej dodał utraconej energii do zamrożonych bibowiczów. Pada pytanie co dalej. Czeka nas jeszcze 4 godziny drałowania do Schroniska PŁSz. Decydujemy się na korektę nasego planu. Postanawiamy przetorować drogę spodem głównego grzbietu. Na grani zaczyna pogoda nam coraz to więcej dokuczać. Dołem nie musi być chociaż tak wietrznie. O 13:30 ze smutkiem opuszczamy tą ciepłą przystań. Plan jest plan. Trzeba go pełnić. Gdybyśmy wiedzieli, że najbliższy wygrzany ludzki przybytek odwiedzimy aż po 6 godzinach, chyba ani parą wołów by nas z Odrodzenia nie wyciągnął. Ale tak w niewiedzy wyruszyliśmy przeciwko fujawicy. Plan był jasny - granią do Petrówki, potem kawałek czarnym i dalej zielonym Ścieżką Nad Reglami. Tylko jej pierwszą połową. Do schroniska chcemy dotrzeć czerwonym mijając Kotły. Pod Petrówkę szło się jako tako. Nie daliśmy się uwieść ofertą bud stojących po czeskiej stronie.
[
attachment=48820]
Mogliśmy tak maksymalnie oblizać oblodzone wargi. Tylko Doctora trzeba było ciągnąć więcej za rękaw. Czarny szlak jakby pretegował swoje znaczenie. Opuszczaliśmy gdzieś niedaleko umieszczone ludzkie przybytki i zapuszczaliśmy się w białociemną otchłań. Powiedziałbym w sam środek diabelskiego wesela. Tutaj wiatr nie dmuchał, ale wystąpiły dwie dalsze przeszkody, które nas posunęły do dalszego Levelu wirtualnej gry komputerowej. Głębokość pokrywy śnieżnej raptownie się podnosi, ponieważ nie ma wiatru, który u góry pełnił coś w rodzaju gigantycznej miotły. Jednak największą przeszkodą, która nam utrudniała poruszanie się w przód były nieskładnie rozrzucone głazy na zielonym szlaku. Latem można sobie chyba po nich hasać jak pajacyk, ale teraz, kiedy były przykryte śniegiem, była to istna piekielna pułapka. Wpadnięcie nogą między kamole groziło złamaniem nogi. To było powodem, że nasze wędrowanie zamieniło się na stąpanie po minowym polu.
[
attachment=48821]
Żeby nie było aż tak źle. Czasem otrzymaliśmy małą premię w postaci drewnianych mostków. Przejście zielonym szlakiem było niekończące się. Skrzyżowanie z niebieskimi szlakami Pod Śmielcem i Pod W. Szyszakiem odbieram jako przełom w dzisiejszej wyprawie. Teraz już musimy posuwać się tylko naprzód. Droga powrotna już nigdzie nie prowadziła. Później w domu dowiadujemy się, że trochę wyżej w tym czasie odgrywała się jedna ludzka tragedia. Jakiś turysta zamarzł pod Śmielcem. Jeszcze pamiętam, że kiedy dreptaliśmy czerwonym szlakiem, prowadzącym koło Niedźwiadka, dziękowałem komuś nieznanemu, że przed nami trochę przetarł szlak. Był już sporo zawiany, ale często udawał mi właściwy kierunek, kiedy znaków nie było można wyszukać. Ciarki mi biegną po plecach, kiedy pomyślę, że to mogły być ślady tego nieszczęśnika. Czerwony szlak różnił się od zielonego. Kamoli nie było tyle, ale znowu źle się szukało właściwej drogi. Często zanikała wśród drzew. Na dodatek trzeba było już użyć czołówek, bo ciemność zapadła szybko. Wymienione warunki pogodowe i szlakowe zabroniły mi nawet użycie ostatniego atuta, który mam na ten czas zawsze w rękawie. Jest to autopilot Mieciura. Dzisiaj jednak umysł musiał pracować na pełnych obrotach. Kiedy dotaliśmy do zbiegu czerwonego szlaku z czarnym, wiedziałem, że to już finał naszej wycieczki. Techniczne przeszkody już nie były takie uciążliwe, nawet szlak był więcej przedreptany, jednak to wyczekiwanie życiodajnego schroniska przedłużało się w nieskończoność. Pamiętam tą radość na duszy, kiedy się z mgły wyłoniły światła SPŁSz. Byłem w takiej euforii, że nawet nie wiedziałem jak się przegragramoliłem przez parę zasp śnieżych (człowiek zapadał nawet po d...o), które były dla nas poukładane wzorowo przed ostatecznym podejściem do schroniska. Po 19:30 wpadamy do schroniska. Musieliśmy chyba wystraszyć obsadę schroniska, ponieważ wyglądaliśmy jak zmory. Pani szefowa nie mogła być z nas zadowolona. Miejscowy pult barowy zaatakowaliśmy z marszu. Gdyby nie zamykano kuchni o 20:00, to byśmy wyżarli i wypili wszystkie zasoby.
[
attachment=48822]
Za siebie muszę przyznać, że tak ciężkich warunków kopczykowych już długo nie zaznałem. Przepraszam, że sporo opisywałem swoje myśli i nie brałem pod uwagę obecność innych bibowiczów. Tak się zanurzyłem we swoich myślach, że i zdjęć z tego okresu nie mam sporo. Dobranoc.
Zdanie dnia
Tenshi o 21:30 przez uchylone okienko do kuchni SPŁSz uprzejmnie prosi: "Przepraszam, czy możemy dostać jeszcze piwko?" Z wnętrza kuchni przychodzi odpowiedź: "Niech pani nie przesadza."
