30-01-2012, 03:01 PM
Zaczęło się od pierwszej sprzeczki małżeńskiej w sobotni wieczór.
- To co? Jedziemy na te narty?
- Nie!!! Na żadne narty!
- Ale czemu nie? Przecież tyyyle śniegu jest! Po co się będziemy męczyć na nogach?
- WON!!! Na nogach chce iść! Jak ludzie!
- Ale zobaczysz, będzie fajnie!
- WON do pieca z tą sztachetą!!! Znowu się połamię na jakimś świerku!
- Albo się zapadniesz po szyję i utoniesz!
- Wolę taką śmierć niż na sztachetach!!!
- To jedź sobie sama, ja jadę na nartach!
- Ty też sobie jedź sam, ja idę na nogach.
- Ok to jedź!
- Aha...
- Co?
- I śpisz dziś na balkonie....
Z tym miłym akcentem poszliśmy spać.
O 7. 28 zajechał mieciur. Jak zwykle parę minut za wcześnie.
O 7.35 wyleźliśmy z domu. Jak zwykle parę minut za późno.
Odbyły się wybory. W końcu demokrację mamy.
Gosia3kowi obojętne gdzie pojedziemy, byle iść z buta. Mieciur też z buta, coś rzuca o Lubomirze i Kudłaczach. Ja mówię, że jak mam iść bez nart, to na jakąś stromą górę, żeby mnie nie kusiło...Ot, taki Ćwilin na przykład.
Podczas gdy my głosujemy, poldolot sam ruszył na Limanową. W kotlinach mróz strzela po kościach i pyskach, a po grzbietach przechadza się już słonko. W tych okolicznościach pogody stajemy na Przełęczy Gruszowiec - bazy wypadowej na Ćwilin. Czyli padło na moje. Hehe. No i gośkowe...bo z buta.
Trzy, dwa, jeden - start. Minus dwadzieścia jeden w powietrzu. Trzy warstwy ubrania na grzbiecie. Idzie mi się źle. Nie dość, że nie mam nart, to jeszcze muszę iść w krzaki. To bolało
.
Po kolejnych pięciu minutach marszu już można się rozebrać do drugiej warstwy, czyli prawie do naga. Taki upał. Plusem tego podejścia na Ćwilin jest akurat to, że jest krótkie i treściwe. Nie wiem ile szliśmy, ale wkrótce byliśmy na pod-szczytowej polanie. Tu nieopatrznie spłoszyliśmy z krzaków zefirka, który począł gonić wokół nas i wciskać swe zmrożone paluchy w każdą szczelinę ubrania. Na szczęście żar lał się ze nieba i dało się to jakoś wytrzymać. Widoki ze szczytu przednie - od Sądeckiego, przez Gorce, Pieniny, Tatry, Fatry, Babie, Małe, Wyspowe i takie tam insze góry. Pięknie! Naprawdę dobry punkt widokowy.
[attachment=43702][attachment=43701][attachment=43703][attachment=43704][attachment=43705][attachment=43706][attachment=43707][attachment=43708]
Na szczycie popas, herbatka i cukierki z rumem, po których narąbaliśmy się tak
, że zaczęliśmy zabawy na śniegu. Skoki, fikołki, pady na twarz - czyli to co normalny człek robi na śniegu w zimie
.
[attachment=43709][attachment=43710][attachment=43711][attachment=43712][attachment=43713][attachment=43714]
W końcu, jako że zrobiło się rześko, jednak, poczęliśmy zejście / dupozjazd na dół.
[attachment=43715][attachment=43716]
Na parkingu, uradowany że już po wycieczce, poszedłem do baru pod Cycem sprawdzić czy mają tam rosołku. Rosołku nie mieli, za to parę siekier i sztachet, za co podziękowałem uprzejmie i wróciłem do auta. A tam pozostała dwójka przegłosowała mnie, że jeszcze idziemy na Lubomir.
Plan mieciura też trzeba wcielić w życie. Kompromis. Demokracja. Cholera.
Poldolotujemy dokąd się da i od razu żwawo wbijamy się na czerwony szlak na Lubomir. Droga idzie jak krew z nosa, mozolnie, krok po kroku, zapadając się i osuwając do tyłu pniemy się na ten szczyt. Klnę pod nosem na te narty...
[attachment=43718][attachment=43719]
W końcu jest. Szczyt. Obserwatorium. Oczywiście zamknięte. Pogoda piękna, godzina młoda, znów więc debatujemy.
I znów przegrywam stosunkiem głosów 2 do 1. Idziemy przez Łysinę na Kudłacze. Mają mi tam dać nagrodę - rosołek
. To mnie przekonało.
[attachment=43720]
Godzinę później zażarłem żur
. Życie niesprawiedliwe jest. I pełne niespodzianek.
Ale to nic. Teraz trzeba z powrotem na Lubomir. Trochę mi się wydaje już bez sensu tak chodzić, ale mówią mi, że na dole na pewno będzie rosołek
, więc idę. Tak mi się tego rosołku chciało, że droga z powrotem na szczyt zabiera nam mniej czasu niż do schroniska
. Ups.
Jeszcze tylko do autka i już możemy jechać.
[attachment=43717]
Do domu.
Do kuchni.
Do rosołku!
Hurra!

- To co? Jedziemy na te narty?
- Nie!!! Na żadne narty!
- Ale czemu nie? Przecież tyyyle śniegu jest! Po co się będziemy męczyć na nogach?
- WON!!! Na nogach chce iść! Jak ludzie!
- Ale zobaczysz, będzie fajnie!
- WON do pieca z tą sztachetą!!! Znowu się połamię na jakimś świerku!
- Albo się zapadniesz po szyję i utoniesz!
- Wolę taką śmierć niż na sztachetach!!!
- To jedź sobie sama, ja jadę na nartach!
- Ty też sobie jedź sam, ja idę na nogach.
- Ok to jedź!
- Aha...
- Co?
- I śpisz dziś na balkonie....
Z tym miłym akcentem poszliśmy spać.
O 7. 28 zajechał mieciur. Jak zwykle parę minut za wcześnie.
O 7.35 wyleźliśmy z domu. Jak zwykle parę minut za późno.
Odbyły się wybory. W końcu demokrację mamy.
Gosia3kowi obojętne gdzie pojedziemy, byle iść z buta. Mieciur też z buta, coś rzuca o Lubomirze i Kudłaczach. Ja mówię, że jak mam iść bez nart, to na jakąś stromą górę, żeby mnie nie kusiło...Ot, taki Ćwilin na przykład.
Podczas gdy my głosujemy, poldolot sam ruszył na Limanową. W kotlinach mróz strzela po kościach i pyskach, a po grzbietach przechadza się już słonko. W tych okolicznościach pogody stajemy na Przełęczy Gruszowiec - bazy wypadowej na Ćwilin. Czyli padło na moje. Hehe. No i gośkowe...bo z buta.
Trzy, dwa, jeden - start. Minus dwadzieścia jeden w powietrzu. Trzy warstwy ubrania na grzbiecie. Idzie mi się źle. Nie dość, że nie mam nart, to jeszcze muszę iść w krzaki. To bolało
. Po kolejnych pięciu minutach marszu już można się rozebrać do drugiej warstwy, czyli prawie do naga. Taki upał. Plusem tego podejścia na Ćwilin jest akurat to, że jest krótkie i treściwe. Nie wiem ile szliśmy, ale wkrótce byliśmy na pod-szczytowej polanie. Tu nieopatrznie spłoszyliśmy z krzaków zefirka, który począł gonić wokół nas i wciskać swe zmrożone paluchy w każdą szczelinę ubrania. Na szczęście żar lał się ze nieba i dało się to jakoś wytrzymać. Widoki ze szczytu przednie - od Sądeckiego, przez Gorce, Pieniny, Tatry, Fatry, Babie, Małe, Wyspowe i takie tam insze góry. Pięknie! Naprawdę dobry punkt widokowy.
[attachment=43702][attachment=43701][attachment=43703][attachment=43704][attachment=43705][attachment=43706][attachment=43707][attachment=43708]
Na szczycie popas, herbatka i cukierki z rumem, po których narąbaliśmy się tak
, że zaczęliśmy zabawy na śniegu. Skoki, fikołki, pady na twarz - czyli to co normalny człek robi na śniegu w zimie
. [attachment=43709][attachment=43710][attachment=43711][attachment=43712][attachment=43713][attachment=43714]
W końcu, jako że zrobiło się rześko, jednak, poczęliśmy zejście / dupozjazd na dół.
[attachment=43715][attachment=43716]
Na parkingu, uradowany że już po wycieczce, poszedłem do baru pod Cycem sprawdzić czy mają tam rosołku. Rosołku nie mieli, za to parę siekier i sztachet, za co podziękowałem uprzejmie i wróciłem do auta. A tam pozostała dwójka przegłosowała mnie, że jeszcze idziemy na Lubomir.

Plan mieciura też trzeba wcielić w życie. Kompromis. Demokracja. Cholera.

Poldolotujemy dokąd się da i od razu żwawo wbijamy się na czerwony szlak na Lubomir. Droga idzie jak krew z nosa, mozolnie, krok po kroku, zapadając się i osuwając do tyłu pniemy się na ten szczyt. Klnę pod nosem na te narty...
[attachment=43718][attachment=43719]
W końcu jest. Szczyt. Obserwatorium. Oczywiście zamknięte. Pogoda piękna, godzina młoda, znów więc debatujemy.
I znów przegrywam stosunkiem głosów 2 do 1. Idziemy przez Łysinę na Kudłacze. Mają mi tam dać nagrodę - rosołek
. To mnie przekonało.[attachment=43720]
Godzinę później zażarłem żur
. Życie niesprawiedliwe jest. I pełne niespodzianek.Ale to nic. Teraz trzeba z powrotem na Lubomir. Trochę mi się wydaje już bez sensu tak chodzić, ale mówią mi, że na dole na pewno będzie rosołek
, więc idę. Tak mi się tego rosołku chciało, że droga z powrotem na szczyt zabiera nam mniej czasu niż do schroniska
. Ups. Jeszcze tylko do autka i już możemy jechać.
[attachment=43717]
Do domu.
Do kuchni.
Do rosołku!
Hurra!

Bo po zdjęciach nie ma widać. Chyba jednak Ty, Maciek, jak na drugim skaczesz wesoło. 

Zdjęcia bardzo udane. No i jak widać - nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło